„Windą na szafot” - pokaz legendarnego filmu w 100. urodziny Milesa Davisa
Warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej uczci przypadającą 26 maja 100. rocznicę urodzin słynnego amerykańskiego trębacza jazzowego Milesa Davisa. Z tej okazji odbędzie się pokaz filmu „Windą na szafot” Louisa Malle’a z 1958 roku z muzyką artysty.
Ścieżkę dźwiękową do francuskiego kryminału Davis stworzył podczas swego pobytu w Paryżu w grudniu 1957 r. Trębacz regularnie występował wówczas w klubie Saint-Germain, w nagraniu akompaniowali mu Kenny Clarke - mieszkający nad Sekwaną amerykański perkusista - a także francuscy jazzmani: saksofonista Bernard Wilen, kontrabasista Pierre Michelot oraz pianista Rene Urtreger. Davis i akompaniujący mu artyści oglądali w studiu nagraniowym poszczególne sceny i „na miejscu” tworzyli do nich jazzowo-bluesowe tło. Trębacz wydał im jedynie ogólne wskazówki, pozostawiając im miejsce na swobodną improwizację, reagowanie na to, co ujrzeli na ekranie. „Wszystko działo się spontanicznie, nagranie całości zajęło nam jakieś trzy godziny” - wspominał Clarke, cytowany w książce „Kind of Blue. Miles Davis and the Making of a Masterpiece” Ashleya Kahna.
Trębacz wspominał w autobiografii, że w Paryżu czuł się wolny jak nigdy wcześniej. Traktowany był jak pełnoprawny człowiek, a nie - jak w ojczyźnie - obywatel drugiej kategorii, podlegający prawom segregacji rasowej. „W Paryżu zrozumiałem, że nie wszyscy biali są tacy sami. Niektórzy nie są uprzedzeni” - wspominał. Po raz pierwszy przyjechał do Francji pod koniec lat 40. wraz z zespołem Tadda Damerona. Zaprzyjaźnił się z pisarzem Borisem Vianem, filozofem Jeanem-Paulem Sartre'em, zakochał się w piosenkarce Juliette Gréco.
„Muzyka była całym moim życiem, dopóki nie spotkałem Juliette Gréco i ona nauczyła mnie, co znaczy kochać kogoś innego niż muzykę. Juliette była prawdopodobnie pierwszą kobietą, którą kochałem jak równą sobie istotę ludzką” - wspominał w „Miles. Autobiografia”. W Paryżu - dodawał pianista Rene Urtreger - jazz traktowano z szacunkiem. Marzył, że zostanie nad Sekwaną na dobre, ale wrócił do Stanów, gdzie czekała na niego partnerka i dwójka małych dzieci. Do Paryża przyjechał ponownie w latach 50. i to wówczas został poproszony o nagranie muzyki do filmu Louise Malle'a.
Choć film 24-letniego reżysera określany jest jako klasyka Nowej Fali, nawiązuje raczej do tradycji amerykańskiego kina noir.
„Windą na szafot” z Jeanne Moreau w roli głównej był debiutem artysty, który w kolejnych latach zapisał się w historii francuskiego kina za sprawą takich dzieł jak „Kochankowie”, „Zazie w metrze”, „Błędny ognik” czy „Do zobaczenia, chłopcy”. To prosta opowieść o zbrodni, która z pozoru wydaje się doskonała. Okazuje się jednak, że drobiazgowo obmyślony plan ma skazę, a jego egzekutor zostaje uwięziony w windzie na miejscu przestępstwa. Napięcie i klaustrofobiczne poczucie osaczenia podkreśla ścieżka dźwiękowa. Do historii przeszła scena samotnego spaceru Moreau po nocnych Polach Elizejskich do dźwięków trąbki Milesa Davisa. „Muzyka jest nawet lepsza niż sam film” - ocenił w 2016 r. krytyk magazynu „The New Yorker” Richard Brody.
Wydana w Stanach Zjednoczonych wpierw pod tytułem „Jazz Track”, następnie jako „Frantic” i jako „Ascenseur Pour L'Échafaud” we Francji stała się jedną z najpopularniejszych płyt Davisa. Do udziału amerykańskiego trębacza we francuskiej produkcji filmowej doprowadził Jean-Paul Rappeneau - asystent reżysera i prywatnie fanatyk muzyki jazzowej. Ponoć celował w osiągnięcie podobnego efektu jak przy okazji filmu Rogera Vadima „Sait-On Jamais” z 1957 r., muzykę do którego skomponowała grupa Modern Jazz Quartet. Wcześniej jazzowe ścieżki dźwiękowe stworzyli także Elmer Bernstein i Shorty Rogers do „Złotorękiego” z Frankiem Sinatrą w roli głównej czy Chico Hamilton do „Słodkiego smaku sukcesu” z Burtem Lancasterem i Tonym Curtisem.
Davis odchodził w tamtym czasie od tradycji gorączkowego be-bopu na rzecz bardziej stonowanego „jazzu modalnego”, który miał rozwinąć na wydanym w 1959 r. albumie „Kind of Blue” w zespole, w którym towarzyszyli mu John Coltrane, Bill Evans, Paul Chambers, Wynton Kelly, Julian „Cannonball” Adderley i Jimmy Cobb. Trębacz stawał się kimś więcej niż tylko muzykiem jazzowym - nagle stał się ikoną stylu. Zdystansowanego, dystyngowanego i poważnego. Jego muzyka była stonowana i wymuszała uwagę, skupienie. Oglądać go i słuchać przychodziły gwiazdy filmowe: Ava Gardner i Elizabeth Taylor. Na scenie grywał odwrócony do publiczności plecami, co jedni uznawali za przejaw arogancji, inni - wyraz niechęci wobec białych fanów. Nie przedstawiał zespołu, nie zapowiadał kolejnych utworów, nie zabawiał publiczności żartami. Davis był milczący i poważny, domagał się szacunku i uwagi.
Przez kolejne dekady stał na czele przemian zachodzących w muzyce jazzowej i kolejnych prowadzonych przez siebie grup, które stanowiły trampolinę do wielkich karier dla takich muzyków jak Herbie Hancock, Wayne Shorter, Keith Jarrett, Marcus Miller czy Chick Corea. Zmarł 28 września 1991 r. w wieku 65 lat. Do jego najsłynniejszych płyt należą „Kind of Blue”, „In a Silent Way”, „Miles Smiles”, „Sketches of Spain”, „Bitches Brew”, „On the Corner” i „Tutu”. (PAP)
pj/ miś/