Bernardo Bertolucci na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, 1981 r. PAP/Jerzy Kośnik
85 lat temu, 16 marca 1941 r. urodził się Bernardo Bertolucci – włoski reżyser i scenarzysta, autor takich filmów, jak „Konformista”, „Ostatnie tango w Paryżu” i „Ostatni cesarz”. Marzę o tym, żeby żyć filmami, myśleć filmami, jeść filmami, śnić filmami. Tak jak poeta żyje, myśli, je i śni poezją - mawiał.
Kiedy Pauline Kael obejrzała „Ostatnie tango w Paryżu” (1972) uznała film Bertolucciego za „kamień milowy w historii kina”. Legendarna amerykańska krytyczka oceniła, że obraz ten jest tym samym dla świata filmu, czym w 1913 r. była dla świata muzyki słynna, zakończona skandalem paryska premiera baletu „Święto wiosny” Igora Strawińskiego.
„Nie doszło do zamieszek i nikt nie rzucał niczym w ekran, ale myślę, że można śmiało powiedzieć, że publiczność była w szoku, ponieważ »Ostatnie tango w Paryżu« wywołuje ten sam rodzaj hipnotycznego podniecenia co »Święto wiosny«, ma tę samą prymitywną siłę i ten sam natarczywy, przeszywający erotyzm” – recenzowała Kael na łamach magazynu „The New Yorker”, podsumowując, że „to film, o który ludzie będą się spierać, dopóki będzie istniało kino”.
Słowa Kael wydają się niemal prorocze. O ile bowiem „Ostatnie tango w Paryżu” uznawane jest dzisiaj za arcydzieło, to jednocześnie informacje, które po latach ujrzały światło dzienne, rzucają się cieniem na postać włoskiego reżysera. Bernardo Bertolucci to jednak nie tylko skandalizujący film z Marlonem Brando i Marią Schneider w rolach głównych, za który włoski sąd pozbawił reżysera praw obywatelskich na pięć lat, skazując jednocześnie na cztery miesiące aresztu w zawieszeniu.
Zdaniem włoskiej krytyczki Irene Bignardi Bertolucci to „ostatni wielki mistrz XX wieku”. „Tak bardzo włoski i tak bardzo międzynarodowy. Tak wyrafinowany i tak ludowy. Tak literacki i tak wizualny”. Ten paradoks doskonale charakteryzuje twórczość Bertolucciego, który wielokrotnie mówił: „Marzę o tym, żeby żyć filmami, myśleć filmami, jeść filmami, śnić filmami. Tak jak poeta żyje, myśli, je i śni poezją”.
Bernardo Bertolucci urodził się 16 marca 1941 r. w Parmie jako syn Ninetty Giovanardi – miejscowej nauczycielki - oraz poety, krytyka Attilio Bertolucciego. Początkowo wydawało się, że Bernardo pójdzie w ślady ojca i odda się literaturze. Z czasem jednak coraz bardziej pochłaniał go świat filmu. Eksperymenty z kamerą rozpoczął już jako 15-latek, czego efektem były dwa krótkometrażowe filmy dokumentalne. Pomimo tego wciąż nie do końca zdecydowany Bertolucci idąc na rzymski uniwersytet La Sapienza, wybrał literaturę. Kilka lat później rzucił studia i został pomocnikiem swego sąsiada – Pier Paolo Pasoliniego, któremu w 1961 r. asystował przy „Włóczykiju”.
Pierwszym samodzielnym filmem Bertolucciego była „Kostucha” z 1962 r. Pasolini, który był autorem scenariusza, początkowo sam chciał stanąć za kamerą i to właśnie „Kostucha” miała być jego filmowym debiutem. „Wszystko, co pokazuje Bertolucci, z jednej strony jest antyestetyczne, a z drugiej strony ma walor estetyczny właśnie. Majestatyczne budynki i wzbudzające zachwyt plenery są scenerią erupcji odstręczających ludzkich namiętności” – czytamy w książce Piotra Kletowskiego „Pier Paolo Pasolini. Twórczość filmowa”. Ten paradoks stanie się czymś charakterystycznym dla włoskiego twórcy, który co ciekawe w tym samym czasie, kiedy debiutował w świecie filmu, otrzymał prestiżową nagrodę literacką Premio Viareggio za...debiutancki tomik poezji. Ostatecznie jednak wybrał film.
Młody Bertolucci inspirował się nie tylko Pasolinim, a nawet nie przede wszystkim. Jak wspomina wyżej Kletowski jego mistrzem był czołowy przedstawiciel francuskiej Nowej Fali Jean-Luc Godard. „Błędem byłoby myśleć o Bernardzie Bertoluccim tylko jako o reżyserze kina włoskiego. Mimo że jest spadkobiercą wielkiej fortuny kina mistrzów: Viscontiego, Felliniego, Antonioniego czy Pasoliniego, od początku był zafascynowany francuską Nową Falą” – czytamy w książce Bożeny Kudryckiej „Ukryte spojrzenia w filmach Bernarda Bertolucciego”.
„Nie mówiłem o tym przez dziesiątki lat, ale Godard był dla mnie prawdziwym guru. Myślałem, że kino dzieli się na to przed Godardem i na to po Godardzie, tak samo jak mówimy: »przed narodzeniem Chrystusa« i »po narodzeniu Chrystusa«” – wyznał reżyser w rozmowie z brytyjskim dziennikiem „The Guardian”. Zarówno z Godardem jak i z Pasolinim łączyły go także poglądy społeczno-polityczne. Bertolucci nigdy nie ukrywał swojej sympatii do lewicy, nawet tej skrajnej.
Pierwszym znaczącym filmem reżysera był „Konformista” (1970). Otrzymał za niego nominację do Oscara. Obraz ten jest dość luźno opartą na powieści Alberta Moravii historią z Jeanem-Louisem Trintignantem w roli głównej. „Musiałem rozwiązać bardzo ważny problem: jak mówić o epoce, której nie znam? Moją jedyną pamięcią jest kino: włoskie filmy z lat trzydziestych, na których czas zostawił swój ślad. A także kino amerykańskie i francuskie. Zażądałem więc od swoich scenografów i projektantów kostiumów, aby obejrzeli jak najwięcej starych filmów” – wspominał reżyser cytowany przez „Film”.
To osadzona we Włoszech lat 30. historia Marcella (Trintignant), który żyje z myślą, że w wieku 13 lat zabił zalecającego się do niego szofera homoseksualistę. Z czasem zostaje współpracownikiem tajnych faszystowskich służb i otrzymuje zadanie likwidacji przeciwnego faszyzmowi profesora. Wkrótce jednak przypadkowo dostrzega mężczyznę, którego kiedyś rzekomo zabił.
„Szczególnie zafascynowała mnie i zaintrygowała osobowość protagonisty, która pozwalała stworzyć postać tyleż tragiczną, co obmierzłą, wielką i nędzną” – opowiadał reżyser.
„Człowiek ten staje się konformistą, ponieważ jest przekonany, że jako dziecko zabił człowieka. Film kończy się w lipcu 1943 roku. W ciągu jednej nocy całe faszystowskie Włochy stają się antyfaszystowskie. W tym momencie na ulicach Rzymu bohater jest świadkiem upadku faszyzmu i odkrywa, że całe jego życie było wielka pomyłką” – podsumował Trintignant, który za swoją rolę zebrał świetne recenzje. Bertolucci był z niego na tyle zadowolony, że zaproponował mu rolę w swoim następnym filmie – „Ostatnie tango w Paryżu”. Francuski aktor jednak odmówił.
Wspominany film można traktować jako przełom w karierze Bertolucciego. Od czasu premiery „Ostatniego tanga w Paryżu” – filmu, który przyniósł Bertolucciemu kolejną nominację do Oscara, premiera każdego następnego jego filmu odbierana była jako wydarzenie. „Bertolucci nie ograniczył się jednak do wielkich opowieści. Interesowały go też kameralne filmy o ludziach starających się wyłamać z ograniczających ich norm, próbujących uciec od samotności, odnaleźć wspólny język, choćby to był tylko język ciała, jak w »Ostatnim tangu w Paryżu«. W 1972 roku film wywołał skandal obyczajowy. Dziś czuje się w nim głównie krzyk ludzi łaknących bliskości” – oceniła na łamach „Rzeczpospolitej” Barbara Hollender.
„Ostatnie tango w Paryżu” opowiada historię starzejącego się 45-letniego Paula (Marlon Brando), który załamany po samobójczej śmierci żony, spotyka się z 20-letnią Paryżanką Jeanne (Maria Schneider). Dziewczyna ma narzeczonego, za którego wkrótce ma wyjść za mąż. Pomimo tego spędza z Paulem trzy dni, podczas których oddają się niczym nie skrępowanej wzajemnej seksualnej fascynacji. To właśnie te śmiałe sceny erotyczne wywołały skandal.
Z czasem jednak przestały elektryzować publiczność, skandalem stało się natomiast podejście reżysera do odtwórczyni roli Jeanne, 19-letniej wówczas Schneider. Okazało się bowiem, że słynna scena gwałtu została nagrana bez jej wiedzy i zgody. Zdaniem aktorki film Bertolucciego zniszczył jej życie, a włoski reżyser stał się osobą, której nie chciała znać. „Nie znam tego pana. Bertolucci to nie reżyser, to gangster!” – zaznaczyła Schneider, która swoje doświadczenia okupiła terapią w szpitalu psychiatrycznym.
„Powinnam była zadzwonić do mojego agenta albo prawnika, żeby ktoś przyszedł na plan. Przecież nie można zmusić kogoś do tego, czego nie ma w scenariuszu! Ale wtedy tego nie wiedziałam. Marlon powiedział do mnie: »Maria, nie przejmuj się tak, to tylko film«. Ale w tej scenie, choć to, co Marlon robił, nie było naprawdę, ja płakałam prawdziwymi łzami. Czułam się upokorzona i, prawdę mówiąc, prawie jakbym była zgwałcona, zarówno przez Marlona, jak i Bertolucciego. Marlon później nawet mnie nie przeprosił. Na szczęście to było tylko jedno ujęcie” – wspominała w 2007 r. Schneider.
Bertolucci podkreślał, że czuję się wobec niej winny, jednak dodawał, że niczego nie żałuje. Tłumaczył swoje zachowanie potrzebą uzyskania możliwie najbardziej realistycznego efektu.
– „Jedliśmy z Marlonem śniadanie na podłodze, gdzie kręciliśmy film. Była tam bagietka i masło, i od razu obydwaj pomyśleliśmy o tym samym. W pewien sposób byłem okropny dla Marii, bo nic jej nie powiedziałem. Nie chciałem jednak, aby Maria odgrywała swoje upokorzenie, swój gniew. Chciałem zobaczyć jej reakcję jako dziewczyny, a nie aktorki. Czuję się za to bardzo winny, ale nie żałuję. Czasami, żeby robić kino, osiągnąć coś, musimy być całkowicie wolni” – opowiadał po latach włoskiej prasie. Tej samej, z którą często droczył się odpowiadając na zadawane mu pytania w języku francuskim, co wzbudzało wśród niektórych dziennikarzy prawdziwa irytację.
„»Tango...« było bodaj najważniejszym dziełem w jego doświadczeniu twórczym. Wyjątkowo krzywdzące jest jednak sprowadzanie tak eklektycznej, różnorodnej pod względem ideowym i stylistycznym twórczości do jednego tytułu – i to głównie z powodu niechlubnej sceny gwałtu, wokół której narosło tyle niesprawdzonych pogłosek” – zaznaczyła z kolei Kudrycka.
W 1976 r. na ekrany kin wszedł „Wiek XX” z Robertem De Niro i Gerardem Depardieu w rolach głównych i muzyką Ennio Morricone w tle. Zrealizowany z rozmachem epicki fresk to historia dwóch urodzonych tego samego dnia, ale pochodzących z bardzo różnych rodzin przyjaciołach, których losy rozgrywają się na tle Włoch pierwszej połowy XX wieku.
„Ten film opowiada o pragnieniu mitu i o jego samoodrzuceniu. Dla tych, którzy są zauroczeni tym, czego nienawidzą, walka z samym sobą nigdy się nie kończy” – recenzowała Kael na łamach „New Yorkera”. Zdaniem amerykańskiej krytyczki „»Wiek XX« zawiera wszystkie motywy i tematy charakterystyczne dla Bertolucciego; można by go nazwać »przenośnym Bertoluccim«, choć wcale nie jest przenośny”. „Film jest przerażający, a jednak ma w sobie wielkość klasycznego, wizjonerskiego szaleństwa” – podsumowała.
W kolejnych latach Bertolucci zrealizował takie filmy, jak „Księżyc” (1979) i „Tragedia człowieka śmiesznego” (1981). W międzyczasie zmagał się z depresją, szczególnie surowo oceniając włoskie społeczeństwo, które jego zdaniem wyzbyło się wartości. „Młodej generacji zostały ukradzione wartości, które dla nas były ważne. We Włoszech obserwuję dzieciaki nastawione wyłącznie na konsumpcję, pozbawione pamięci historycznej” – wspominał.
Poszukiwania inspiracji zaprowadziły go do Azji, gdzie w 1987 r. zrealizował film „Ostatni cesarz” z Johnem Lone (dorosły cesarz) i Peterem O’Toole (jego nauczyciel) w rolach głównych. „Najważniejszym motywem mego przyjazdu do Chin była chęć oderwania się od atmosfery Włoch. Nie potrafiłem znaleźć już we Włoszech niczego, co byłoby dla mnie inspirujące. Co mogłoby stać się tematem mojego nowego filmu.
Włochy, kraj pozornie szczęśliwy, coraz bardziej pogrążają się w korupcji. Osiągnęły taki poziom konsumpcyjnego stylu życia, że regionalne tradycje kulturalne zostały zmiażdżone przez międzynarodową superkulturę” – powiedział w wywiadzie dla dziennika „L’Humanite”.
„Ostatni cesarz” to nakręcona z rozmachem i nagrodzona aż dziewięcioma Oscarami biograficzna opowieść o ostatnim cesarzu Chin – Aisin Gioro Puyi – człowieku, który przeszedł drogę z cesarskiego pałacu, poprzez bycie fasadowym władcą utworzonego przez Japonię marionetkowego państwa Mandżukuo, następnie osadzony w radzieckich i chińskich więzieniach, stał się zwykłym obywatelem Chińskiej Republiki Ludowej. Co ciekawe konsultantem filmu był młodszy brat cesarza – Puije. „Ta historia zafascynowała mnie z wielu powodów. Początkowo była to fascynacja możliwością opisania postaci człowieka, który był znakiem łączności między różnorodnymi wydarzeniami historycznymi (…). Ta historia miała dla mnie od początku wydźwięk moralny, a także polityczny” – podsumował Bertolucci, któremu „Ostatni cesarz” przyniósł dwa Oscary – za najlepszy film i reżyserię.
„Film Bertolucciego powstał za zgodą chińskiego rządu, który udzielił mu pozwolenia na kręcenie zdjęć w Zakazanym Mieście, więc raczej nie spodziewałbyś się w nim bezkompromisowej, bezpardonowej krytyki chińskiej historii politycznej. Jednak »Ostatni cesarz« w żadnym wypadku nie jest dziełem propagandowym. Jest on wyjątkowo wyważony w odniesieniu do wielu reżimów” – czytamy w „The Guardian”.
W kolejnych latach reżyser zrealizował takie filmy, jak „Pod osłoną nieba” (1990), „Mały Budda” (1993), „Ukryte pragnienia” (1996), „Rzymska opowieść” (1998). Za ostatnie znaczące dzieło Bertolucciego uznaje się film z Evą Green, Michaelem Pittem i Louisem Garrelem w rolach głównych. „Marzyciele” (2003) to nostalgiczna opowieść o czasach paryskiej wiosny 1968 roku. Reżyser powrócił nim do najbardziej interesujących go tematów związanych z francuską Nową Falą oraz polityką i erotyką. Ostatnim pełnometrażowym filmem Bertolucciego był dramat obyczajowy „Ja i ty” (2012).
Bernardo Bertolucci zmarł 26 listopada 2018 r. w Rzymie. Artysta chorował na raka płuc. Miał 77 lat. „Niewątpliwie Bertolucci, jak niewielu innych, zasłużył na to, aby nazywać go »ostatnim wielkich«, czy nawet »ostatnim cesarzem« kina. Dla widza ważne jest przede wszystkim to, że każdy film kręcił tak, jakby miał być ostatnim”– podsumowała na łamach „Kultury Liberalnej” Kudrycka. (PAP)
Mateusz Wyderka


