Relikwie Św. Walentego w Chełmnie. Fot. PAP/Wojtek Szabelski
Św. Walenty kojarzony jest dziś głównie jako patron zakochanych, ale dawniej na Pomorzu patronował także rybakom, a w niektórych stronach jego imię funkcjonowało w przekleństwach jako synonim diabła
Pierwotnie Św. Walenty był uważany głównie za patrona-uzdrowiciela, zwłaszcza – jak zauważa etnolożka Magdalena Kowalak – „osób chorych na padaczkę i epilepsje dawniej zwanymi «wielką niemocą» bądź „«rzucanką»”.
Ten aspekt kultu, skupiony na opiece nad chorymi, przenikał się z bardziej formalnymi tradycjami kościelnymi i legendami, które utrwalały pamięć o jego cudownych uzdrowieniach. Historycy i badacze hagiografii wskazują, że postać Św. Walentego była w tradycjach chrześcijańskich wielowarstwowa. Dawniej w „Martyrologium Romanum”, na przykład w edycji z 1961 roku, wymieniano dwóch Walentych pod datą 14 lutego: kapłana rzymskiego, a także biskupa z Terni (Umbria), jako osobne postaci.
Pierwszy z nich, Walenty rzymski, według średniowiecznej tradycji, zasłynął przede wszystkim jako opiekun nieżonatych żołnierzy. Legenda głosi, że potajemnie udzielał im ślubów wbrew wyraźnemu zakazowi cesarza Klaudiusza II Gockiego, który uważał, że żonaci legioniści są mniej skłonni do walki i ryzykowania życia. W tej wersji Walenty trafia do więzienia, gdzie nawraca strażnika Asteriusza i co najważniejsze, przywraca wzrok jego niewidomej córce. To właśnie ten cud uzdrowienia sprawia, że dziewczyna się w nim zakochuje, a przed egzekucją Walenty pisze do niej pożegnalny list podpisany „od twojego Walentego”.
Drugi, Walenty z Terni, przedstawiany jest jako biskup Interamny, (obecnie Terni) i jego imię kojarzono przede wszystkim z cudownymi uzdrowieniami o charakterze neurologicznym.
Najsłynniejsza legenda opowiada o przywróceniu zdrowia synowi rzymskiego retora Kratona, który cierpiał na ciężką padaczkę. Po uzdrowieniu Kraton i cała jego rodzina przyjęli chrzest. Ten cud jednak nie przeszedł bez echa. Walenty, głosząc Ewangelię w Rzymie i nawracając pogan, ściągnął na siebie gniew władz. Prefekt miasta, w niektórych wersjach sam cesarz, uznał jego działalność za zagrożenie dla porządku publicznego i religii państwowej. Chrześcijanie nie składali ofiar bogom, a Walenty odmawiał tego nawet pod groźbą tortur.
Według relacji zebranej przez hagiografa Joachima G. Schäfera, Walenty „został aresztowany, uwięziony, biczowany i wreszcie ścięty na 63. mili Via Flaminia prowadzącej do Rzymu, w nocy, aby uniknąć powstania ludu”.
Po egzekucji ciało zabrali uczniowie i przenieśli do Terni, gdzie pochowano je w kościele, który szybko stał się miejscem kultu. Obie wersje legendy umieszczają męczeństwo Walentego w bardzo podobnym czasie. Jedna podaje rok 269 za panowania Klaudiusza II Gockiego, druga około 270 za Aureliana. To dwaj kolejni cesarze rzymscy, którzy rządzili tuż po sobie, co dodatkowo potwierdza, że chodzi prawdopodobnie o jednego bohatera. Ponadto w obydwu hagiografiach podkreślana jest moc uzdrowicielska męczenników. Przy czym nie leczą oni schorzeń kostnych ani gastrologicznych, a skupiają się na uzdrawianiu chorób w obrębie głowy i układu nerwowego.
Przekłada się to na samą historyczną już nomenklaturę schorzeń. Badaczka Monika Buława zauważa, że jest wiele nazw, na przykład epilepsji lub padaczki, „których jednym z komponentów było imię świętego: choroba / chorość / cierpienia / przypadek / słabość / słabota świętego Walentego”.
Skąd jednak to powiązanie? Jak wyjaśniał Aleksander Brückner, „Chorobą św. Walentego przezwali Niemcy padaczkę, bo nazwa kilku świętych Walentych przypominała im ich «fallende Sucht» (tj. padająca choroba), a myśmy to za nimi powtórzyli”.
Co za tym idzie zarówno w języku, jak i obrzędowości nie brakowało takich odniesień. W zapisach Oskara Kolberga możemy przeczytać, że na Podkarpaciu najlepszą metodą na „Wielką chorobę v. (vel) św. Walentego było położenie dziecka w izbie na ziemi pod stragarzem (tj. główną belką w stropie), pod ten krzyż, co jest w środku stragarza, i przykrywają je nieckami, jedną niecką, a przy tym miejscu, gdzie jego główka, zabijają się gwóźdź w ziemię, i ten tam już zostaje. Dziecko się podnosi, gdy je już opuści ta bieda”.
Ten sam etnograf zaświadcza, że dzień 14 lutego jest „najlepszy dla upuszczania zdrowotnego krwi”. Lęk przed chorobą, która przychodzi nagle i powala na ziemię, był w dawnej kulturze jednym z najbardziej dotkliwych doświadczeń. Nic więc dziwnego, że kult św. Walentego w folklorze polskim był żywy, zwłaszcza na Pomorzu, Kaszubach, Śląsku, Podkarpaciu i w Małopolsce.
Silne emocje kumulujące się wokół tych schorzeń sprawiły, że w siedemnastowiecznej polszczyźnie imię Walenty zaczęło funkcjonować w przekleństwach jako synonim diabła: „Bodaj cię święty Walenty ciskał!”, „Walenty w tobie!”, „Wie cię Walenty”, „Daj go Walentemu!”, „Walentymi ciskać”. W kaszubszczyźnie obowiązywały zaś: „walentyński diabeł” czy „do walentyńskich djáblów”. Uzdrowiciel w mowie potocznej stawał się więc sprawcą cierpienia.
14 lutego odprawiano msze wotywne, „małe odpusty” i nabożeństwa proszalne za epileptyków, osoby z paraliżami, bólami głowy, nerwicami, chorobami psychicznymi, a nawet za nerwowe niemowlęta z drgawkami. Składano wota woskowe: kulki, krążki, korony (od korony cierniowej), ale też w kształcie serc, rąk, nóg, głów, szczęk. Wota wypożyczano od kościelnego za ofiarę pieniężną lub produkty. Obchodzono z nimi trzykrotnie ołtarz. Zgarniano kurz z desek i wcierano go w bolące miejsca, bo wierzono, że przenosi łaskę. Odlewano również świece w wysokości chorego, które palono podczas mszy, aby „wypaliły” chorobę.
Dzień 14 lutego wiązano również z pogodą i rolnictwem. Przysłowia ostrzegały przed lodem: „Na święty Walek nie ma pod lodem balek” (tj. lód staje się kruchy), „Święty Walenty tych powali, co patronem go nie zwali lub nie znali”.
Inne prognozowały mróz i głód: „Święty Walenty odmrozi pięty, na wyżywienie sprzedawaj sprzęty”, „Święty Walek rad odmrozi pięty”, „Gdy na święty Walenty deszcze, mrozy wrócą jeszcze”, „Jak Walenty nie poleje, to na wiosnę masz nadzieję”.
Na Pomorzu i Kaszubach św. Walenty patronował rybakom, a odpusty w Pucku i Gdańsku przyciągały pątników nierzadko wędrujących po lodach zatoki.
Relikwie św. Walentego zachowały się w kilkunastu miejscach w Polsce, m.in. w Chełmnie, Lublinie, bazylice archikatedralnej w Przemyślu, klasztorze na Jasnej Górze i krakowskiej bazylice Św. Floriana.
Św. Walenty jest patronem archidiecezji przemyskiej, ale za najważniejsze w Polsce sanktuarium tego świętego uznawany jest dziś kościół św. Walentego w Bieruniu Starym na Górnym Śląsku, gdzie tradycja pielgrzymek w intencji uzdrowienia z padaczki i chorób umysłowych ma już trzysta lat.
W niektórych parafiach Podkarpacia (Futoma, Wiązownica, Hoczew, Wielichowa z cudownym wizerunkiem i nowenną) św. Walenty niezmiennie piastuje funkcję lokalnego patrona.
Dopiero nowożytna tradycja anglosaska przesunęła akcent z patronatu zdrowotnego na sferę uczuć. W średniowiecznej Europie Zachodniej dzień 14 lutego zaczęto łączyć z początkiem godów ptaków, a z czasem z romantycznym losem młodych ludzi. Ale w Polsce aż do XIX wieku kojarzono Walentego z chorobą, a nie z miłością. (PAP)
autor: Marta Panas-Goworska
mpg/ jkrz/
