Mówią Wieki 2/2026. Fot. Materiały prasowe
Głównym tematem miesięcznika „Mówią Wieki” w lutym 2026 r. jest Armia Krajowa. Jednak koniecznie trzeba przeczytać wywiad ze zmarłym niedawno prof. Andrzejem Paczkowskim. Przytoczona przez niego anegdota o rosyjskim marszałku i generałach to prawdziwa perełka.
Jacek Sawicki, historyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przypomniał, że Armia Krajowa była krajową reprezentacją Wojska Polskiego. Została powołana na mocy decyzji legalnych, działających na emigracji władz Rzeczpospolitej i była częścią Polskiego Państwa Podziemnego.
Rzeczywiste funkcje Armii Krajowej wykraczały daleko poza aspekty ściśle wojskowe i obejmowały m.in. wymiar sprawiedliwości, administrację, politykę, kulturę, nawet wychowanie obywatelskie. Armia Krajowa zdobyła autorytet, zyskując wpływ na codzienne poczynania i postawy dużej części społeczeństwa polskiego. Nie była to formacja regularna, powstała z poboru, jej żołnierze nie stacjonowali w koszarach, często nie mieli nawet mundurów. Ale dlatego, że nabrała charakteru armii ochotniczej, wyróżniała się patriotyzmem i wysoką świadomością nie tylko zaprzysiężonych żołnierzy, lecz także ludzi z jej otoczenia, współpracowników, często członków ich rodzin, znajomych, sąsiadów, którzy pozostawali w ich oddziaływaniu i tworzyli szerokie zaplecze AK. Czasem rozrzucone i głęboko zakonspirowane komórki akowskie były jedynym śladem utrzymującej się w terenie polskości.
Podstawowym zadaniem Armii Krajowej było prowadzenie walki. Decyzje o celach i zakresie podjętego wysiłku, intensywności i charakterze działań stanowiły wynik uzgodnień najwyższych władz wojskowych i cywilnych na obczyźnie oraz w okupowanym kraju. Nadrzędne dyrektywy wypracowywano w Londynie w porozumieniu z dowództwami sojuszniczymi, a następnie przekazywano w postaci rozkazów lub bardziej ramowych zaleceń do kraju, gdzie na ich podstawie sztabowcy opracowywali szczegółowe plany walki.
Zasadniczym zadaniem, do którego się przygotowywano, było powstanie powszechne. Przewidywano, że dojdzie do niego w końcowej fazie wojny. Widziano w tym analogię do wydarzeń z pierwszej wojny światowej. Temu celowi podporządkowano szkolenie kadr wojskowych, gromadzenie oraz samodzielną produkcję środków walki. Uzgodniono, że powstanie zostanie przeprowadzone na tyłach armii okupacyjnych, gdy pojawią się oznaki ich przewidywane go rozkładu, najlepiej z chwilą wkroczenia do kraju regularnych jednostek polskiego wojska.
Jednym z problemów, przed którym stanęło dowództwo AK, była szczupłość kadr – znaczna część oficerów we wrześniu 1939 r. dostała się bowiem do niewoli. W konspiracyjnych warunkach udało się jednak uruchomić szkolnictwo wojskowe.
Gdy nadzieje na szybkie pokonanie Niemiec okazały się płonne, dowództwo AK postawiło na prowadzenie takich działań, by minimalizować groźbę odwetu. Od akcji zbrojnych ważniejsze były dywersja, sabotaż i wywiad. Szczególnie na tym ostatnim polu znaczenie AK było olbrzymie.
Wszystkie te działania były dowodem – również dla Niemców – że Polska została pokonana militarnie, ale nie udało się jej zniszczyć.
W początkach okupacji często starano się ukrywać, że akcje wykonało polskie podziemie, chcąc ograniczyć skalę odwetu i dalszych represji na społeczeństwie. Zmieniło się to z początkiem 1943 roku – wówczas rozpoczęto nagłaśnianie akcji bojowych Armii Krajowej. Precyzyjne uderzenia w funkcjonariuszy i infrastrukturę oraz ich ujawnienie wpływało destrukcyjnie na okupanta, osłabiało jego wolę, hamowało represje. Oddziaływano też na społeczeństwo – informowano je o prowadzonej walce, podnoszono na duchu, budowano autorytet i jednoczono wokół organizacji. Niewątpliwie działania takie wzmacniały morale, ale miały też zadanie dyscyplinowania, wskazywania właściwej postawy, przeciwdziałania rosnącej patologii wynikającej z destrukcji systemu okupacyjnego, życia w biedzie i permanentnym zagrożeniu.
W Armii Krajowej rozwinęły się niemal wszystkie służby, jakie funkcjonowały w ramach regularnej armii. Wiązało się to z planami odtworzenia sił zbrojnych w końcowym etapie powstania powszechnego. Ale z powodu bieżących potrzeb konspiracji i braków kadrowych jedne rozwijały się szybko, na wielu poziomach organizacji, a inne pozostawały w postaci zawiązków referatów. Do ważniejszych można zaliczyć Służbę Łączności, Saperską, Uzbrojenia, Zdrowia, Duszpasterską czy Wojskową Służbę Ochrony Powstania.
W kolejnym artykule w tym samym, lutowym magazynie „Mówią Wieki” Jacek Sawicki opisał Wojskową Służbę Kobiet. Podkreślił, że w warunkach konspiracji kobiety pełniły służbę wojskową na równi z mężczyznami. Bez ich udziału wywiad nie odniósłby wielu sukcesów, nawet działania wydzielonych oddziałów walki bieżącej nie byłyby tak skuteczne. Obecność kobiet była szczególnie widoczna w Służbie Łączności i Zdrowia. Służyły też w partyzantce.
Udział polskich kobiet w konspiracji niepodległościowej – jak przypomniał Jacek Sawicki - wynikał z tradycji. Kobiety w AK były sanitariuszkami, łączniczkami, pracowały w różnych służbach pomocniczych, z czasem zaczęły też brać udział w akcjach dywersyjno-sabotażowych, wywiadowczych i propagandowych.
W kolejnym artykule w tym samym numerze magazynu „Mówią Wieki” Jarosław Rabiński opisał Akcję „Burza” i Powstanie Warszawskie. Przypomniał, że „Burza” miała być zbrojnym zrywem, dzięki któremu polskie wojsko miało wystąpić jako gospodarz wobec wkraczającej od wschodu Armii Czerwonej.
Podczas realizacji „Burzy” okazało się jednak, jak bardzo rzeczywistość odbiega od planów. Lokalne warunki, zwłaszcza liczebność i stan wyszkolenia oddziałów polskich, zmuszały do improwizacji i znacznych nieraz modyfikacji założeń wyjściowych. Jako pierwsze do realizacji „Burzy” przystąpiły na Wołyniu oddziały polskie, z których uformowano 27. Wołyńską Dywizję Piechoty AK. W kwietniu 1944 roku uczestniczyła ona w walkach o Kowel i Włodzimierz Wołyński, jednak szybko została rozproszona. Ten pierwszy test skuteczności politycznego oddziaływania „Burzy” wypadł niepomyślnie. Kreml zaprzeczył, by dywizja brała udział w walkach z Niemcami, a nawet zanegował samo istnienie polskiej jednostki.
Trzeba też zauważyć, że 27. DP działała wbrew rozkazom – koncentracja sił w jednym miejscu w ramach jednej dużej jednostki uniemożliwiła przeprowadzenie podobnych wystąpień na terenie całego okręgu. W pierwszej połowie lipca 1944 roku polskie oddziały dowodzone przez ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” wzięły udział w wyzwalaniu z rąk niemieckich Wilna. Choć pod silnym naporem przeciwnika wycofały się z walki po kilku godzinach, w boju nadal brały udział nieliczne oddziały AK wewnątrz miasta. Także w tym wypadku dokonano modyfikacji założeń „Burzy”. Planowano uderzenie na broniące się siły niemieckie, podczas gdy według pierwotnych założeń siły polskie miały nękać wycofujące się oddziały nieprzyjaciela. Po wyparciu Niemców władzę nad Wilnem usiłował przejąć tamtejszy aparat Delegatury Rządu RP na Kraj, jednocześnie – zgodnie z złożeniami „Burzy” – ppłk Krzyżanowski podjął rozmowy z dowództwem sowieckim. Polscy oficerowie zostali aresztowani przez NKWD, a żołnierze rozbrojeni i wywiezieni w głąb ZSRR. Rozpoczęły się walki pomiędzy jednostkami polskimi a sowieckimi, które na kresach północno-wschodnich trwały do 1945 roku (resztki konspiracji funkcjonowały tam do lat pięćdziesiątych XX wieku). Również w lipcu 1944 roku „Burzę” realizowano we Lwowie, gdzie polskie 5. Dywizja Piechoty AK i 14. Pułk Ułanów Jazłowieckich wsparły Armię Czerwoną. Tu akcja przebiegała, powiedzieć można, modelowo, ściśle według założeń. Po wyzwoleniu miasta ujawniły się polskie struktury administracyjne i wojskowe. Również tam doszło do aresztowania oficerów, rozbrojenia i internowania żołnierzy przez Sowietów.
„Burzę” realizowano również m.in. na Polesiu i Podlasiu (30. Poleska Dywizja Piechoty AK pod dowództwem ppłk. Henryka Krajewskiego „Trzaski”), w rejonie Sandomierza i Staszowa (2. Pułk Piechoty Legionów AK) oraz na Mazowszu. Akcja nie przyniosła jednak zakładanego efektu politycznego, a ponoszone w wyniku ujawniania się straty rosły, osłabiając możliwości obronne społeczeństwa przed siłami sowieckimi.
Choć w ramach „Burzy” dowództwo AK rzuciło do walki ok. 50 tys. żołnierzy, Stalin oznajmił aliantom, że organizacje wojskowe i cywilne związane z rządem RP na uchodźstwie są efemerydami pozbawionymi wpływów, wobec czego musi się on oprzeć na prężnych strukturach tworzonego pod jego auspicjami komunistycznego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.
Kolejny artykuł, autorstwa Rafała Kierzkowskiego, pracownika Archiwum Akt Nowych poświęcony jest opisowi dokumentów Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej, które znajdują się w zasobach tej placówki. Są wśród nich egzemplarze prasy konspiracyjnej i powstańczej – w sumie aż 1282 tytuły wydawane w podziemiu i podczas powstania warszawskiego.
Cykl artykułów poświęconych Armii Krajowej w lutowym numerze magazynu „Mówią Wieki” domyka publikacja Bogusława Kubisza. Autor przypomniał, że Armia Krajowa była największą podziemną siłą zbrojną w okupowanej Europie. Poniosła olbrzymie straty - według meldunków dowództwa ZWZ-AK od marca 1940 roku do marca 1944 roku zginęło 111 419 oficerów i żołnierzy. „Do tego trzeba doliczyć nieznaną liczbę poległych podczas „Burzy”, kilkanaście tysięcy wojskowych ofiar powstania warszawskiego, wreszcie kilka tysięcy zabitych i zamordowanych po wojnie przez Sowietów i polskich komunistów” – przypomniał autor artykułu.
Zaznaczył również, że w pierwszych latach PRL-u akowcy byli represjonowani przez władze komunistyczne, które uważały ich za wrogów i bały się ich jako nosicieli idei niepodległości.
Represje spadły również na tych, którzy się ujawnili i nie występowali przeciwko władzom. Tysiące trafiły do więzień, wielu zostało straconych na mocy wyroków śmierci orzeczonych w sfingowanych procesach. Prześladowaniom towarzyszyła brutalna propaganda mająca zohydzić AK. Do 1956 roku dorobek AK negowano lub spychano na margines, wmawiając społeczeństwu, że prym w walce z niemieckim okupantem wiodło podziemie komunistyczne. W 1956 roku dawnych akowców zwolniono wprawdzie z więzień, zrehabilitowano i dopuszczono do grupującego kombatantów Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, ale nie oznaczało to końca zafałszowania dziejów AK.
Wśród innych tematów lutowego wydania „Mówią Wieki” jest też kamienica przy ul. Marszałkowskiej 124 w Warszawie. Paweł Tejchman, autor tego artykułu, przypomniał, że budynek niegdyś przyćmiewał swoim bogactwem i stylem nawet najznamienitsze pałace. Był ikoną przedwojennej Warszawy i wręcz symbolem wielkomiejskiej Marszałkowskiej. Możemy go zobaczyć na wielu starych zdjęciach i pocztówkach z Warszawy, podobnie jak dziś na pocztówkach często widnieje PKiN.
Nowoczesna, żelbetowa konstrukcja przetrwała bombardowania w 1939 roku. Ze względu na wytrzymałość budynku w czasie powstania warszawskiego sztab Komendy Obszaru Warszawskiego Armii Krajowej wybrał go na swoją siedzibę, w piwnicach zorganizowano także powstańczy szpital. Podwórko gmachu było świadkiem niejednego ślubu i niejednego powstańczego pogrzebu. Toczyło się tu bogate życie powstańczej Warszawy, m.in. przygotowywano materiały do budowy barykad, znalazło się też miejsce na odpoczynek, posiłek, a także na miłość i tańce. Wszystko to świetnie uwiecznił na fotografiach Eugeniusz Lokajski ps. Brok. Ostatecznie budynek spłonął w wyniku bombardowań Luftwaffe, a znaczna część strawionej przez płomienie konstrukcji zawaliła się. Z całego gmachu, który znajdował się na działce między ul. Marszałkowską, Sienkiewicza i Moniuszki, oprócz nienadających się w dużej mierze do odbudowy ruin i poszarpanych elementów ścian zewnętrznych pozostał w zasadzie tylko front od Marszałkowskiej, do wysokości drugiego piętra.
W lutowym numerze magazynu „Mówią Wieki warto sięgnąć także po artykuł Małgorzaty Kaganiec o nagrobku Katarzyny Habsburżanki, trzeciej żony Zygmunta Augusta.
Katarzyna była córką cesarza Ferdynanda I i Anny Jagiellonki. Zanim 26 lipca 1553 roku poślubiła Zygmunta Augusta, krótko była żoną księcia mediolańskiego Franciszka III Gonzagi. Małżeństwo z polskim monarchą zawarte głównie ze względów polityczno-dynastycznych nie było udane, na początku października 1566 roku kobieta dobrowolnie opuściła Polskę i wróciła do ojczyzny. Po krótkim pobycie w Wiedniu zamieszkała na zamku w Linzu, gdzie zmarła 28 lutego 1572 roku. Ponieważ mimo nacisków Habsburgów Zygmunt August nie zgodził się na pochowanie jej na Wawelu ani w żadnym innym miejscu w Polsce, trumnę z ciałem zmarłej złożono w pałacowej kaplicy.
W lutowym numerze magazynu „Mówią Wieki” przypomniany został również wywiad, jaki ze zmarłym 3 stycznia prof. Andrzejem Paczkowskim przeprowadzili Jarosław Krawczyk i Piotr M. Majewski.
Prof. Paczkowski w tym wywiadzie wspominał konferencję historyczną w 1997 r. w podwarszawskiej Jachrance. Poświęcona była okolicznościom wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, a wzięli w niej udział m.in. Stanisław Kania, Wojciech Jaruzelski, Florian Siwicki, Mieczysław Rakowski, Stanisław Ciosek, Tadeusz Mazowiecki, Zbigniew Bujak, Janusz Onyszkiewicz, Zbigniew Brzeziński, Richard Pipes. Zjawili się również marszałek Wiktor Kulikow (były głównodowodzący wojsk Układu Warszawskiego) oraz generałowie Wiktor Anoszkin (były asystent Kulikowa i Anatolij Gribkow (były szef sztabu wojsk Układu Warszawskiego). To właśnie ci ostatni przykuli uwagę Paczkowskiego.
„Gdy patrzyłem na tych dwóch generałów i marszałka, to wydawało mi się, że Związek Sowiecki cały czas istnieje, bo oni rozmawiali w stylu dowódczym, że wciąż należy go bronić. Funkcjonują u nas dwa sprzeczne ze sobą stereotypy takich osobistości: stereotyp prostego żołdaka i makiawelicznego demona. Nie potrafię rozstrzygnąć tego dylematu. W sowieckim wojsku jak w każdej armii byli rozmaici ludzie. W końcu ta armia zawaliła się nie dlatego, że była zła, tylko z tego powodu, że system nie nadążał z jej modernizacją. Oni może nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy wymyślą proch, ale wyglądali na zawodowców bardzo doświadczonych w swoim rzemiośle. Nie budzili przerażenia, ale Stanisław Ciosek już w kuluarach powiedział Bujakowi: „Teraz rozumiem, dlaczego nigdy nie udało się nam was przekonać, uspokoić, złagodzić. Za to gdyby pan wraz z panem Wałęsą przez pięć minut porozmawiali sobie z tymi marszałkami, to natychmiast rzucilibyście się w nasze ramiona”. Również ich zachowanie nie było wcale „demoniczne”: mówili powoli, nie poruszali się za bardzo, siedzieli wyprostowani. Tacy dobrze trzymający się starsi panowie. (PAP)