Kolejka do mauzoleum wodza rewolucji w rocznicę śmierci Mao Tse Tunga. Fot. PAP/EPA/Robyn BECK
Chińskie władze wykorzystują turystykę jako narzędzie propagandowe do pobudzania nacjonalizmu – powiedziała PAP politolożka zajmująca się Chinami dr Joanna Wardęga. W 2025 r. Chińczycy odbyli w sumie ponad 6 mld podróży krajowych.
Autorka książki „Turystyka w służbie narodu. Przeszłość, dziedzictwo i nacjonalizm w Chinach” zwróciła uwagę na szczególne znaczenie tzw. czerwonej turystyki, czyli podróży szlakami historii Komunistycznej Partii Chin (KPCh) i rewolucji komunistycznej (od założenia KPCh w 1921 r. do proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 r.).
– Taki rodzaj turystyki jest elementem edukacji patriotycznej rozwijanej po 1989 roku, po masakrze na placu Tiananmen. Miało to umocnić przekonanie w narodzie, że partia komunistyczna to instytucja, której naród chiński zawdzięcza swój rozwój, dobrobyt i bezpieczeństwo – powiedziała politolożka z Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Wardęga podkreśliła, że do różnych miejsc w ramach „czerwonej turystyki” - od miasta Shaoshan, w którym na świat przyszedł założyciel ChRL Mao Zedong, przez bazy komunistyczne z czasów rewolucji komunistycznej, po otwarte w 2021 r. Muzeum KPCh w Pekinie - przyjeżdżają zarówno zorganizowane grupy, jak i turyści podróżujący prywatnie, w tym rodziny z dziećmi.
- Niektórzy turyści korzystają z wycieczek finansowanych przez np. partię lub zakład pracy, ale wielu odwiedza te miejsca dobrowolnie. Dla osób starszych bywa to podróż sentymentalna, dla młodszych rodzaj rozrywki czy sposób edukowania dzieci, czasem łączony z turystyką przyrodniczą. W Chinach znajdują się m.in. parki rozrywki, które przypominają Disneylandy, ale zamiast strzelać z laserów do złoczyńcy z „Toy Story”, można bawić się w partyzantów z okresu wojny z Japonią z lat 1937-1945 – powiedziała ekspertka.
Zaznaczyła przy tym, że „czerwona turystyka nie jest marginalnym zjawiskiem, gdyż obejmuje około 30 proc. turystyki wewnątrz Chin i rośnie”.
Do zjawiska podróży patriotycznych zalicza się tzw. mroczna turystyka - wyjazdy do miejsc dramatycznych wydarzeń, zwłaszcza z czasów wojny chińsko-japońskiej. Mają one przypominać o dawnych tragediach i słabości państwa, aby turysta tym bardziej docenił obecne bezpieczeństwo i wysoką pozycję swojej ojczyzny.
Rozmówczyni PAP podała, że Chińczycy mogą dość swobodnie podróżować także w Sinciangu i Tybecie. – W Tybecie buddyzm tybetański stał się produktem turystycznym. Wygładzone lokalne tradycje i odbudowane zabytki mają stanowić dowód na to, że różnorodne grupy etniczne harmonijnie budują jedność narodową. Chińczycy przyjeżdżają do Lhasy, przebierają się w stroje Tybetańczyków i fotografują na trasach pielgrzymkowych, wypierając stamtąd tybetańskich pielgrzymów. (…) Z kolei w Sinciangu pomniejsza się znaczenie islamu i stawia na kulturę świecką czy walory przyrodnicze. Cześć starego miasta w Kaszgarze została zamieniona w atrakcję turystyczną, co wiązało się z wysiedleniem Ujgurów (muzułmańskiej, tureckojęzycznej mniejszości etnicznej – PAP) poza centrum miasta – wyjaśniła.
- Zdarza się, szczególnie w ostatnich 20 latach, że turystyka w Chinach jest wykorzystywana jako narzędzie do walki geopolitycznej. Ma to związek z łatwiejszym uzyskiwaniem wiz przez obywateli. Kiedy w latach 2012-2013 nasilił się konflikt (z Japonią - PAP) o bezludne wyspy Diaoyu/Senkaku, leżące na Morzu Wschodniochińskim, zarówno władze w Pekinie, jak i młodzi gniewni nacjonaliści w internecie przekonywali Chińczyków, by nie podróżowali do Japonii, która ich zdaniem była nieprzyjazna Chinom. Spowodowało to falę odwoływania wycieczek – powiedziała Wardęga.
Przywołała też przykład z 2016 r., kiedy USA rozmieściły system radarowy THAAD na terytorium Korei Południowej dla ochrony przed zagrożeniem rakietowym ze strony Korei Północnej. – Chińczycy uznali to za akt nieprzyjazny wobec nich, co doprowadziło do drastycznego spadku liczby chińskich turystów odwiedzających Koreę Południową. To był spory problem dla koreańskiego przemysłu turystycznego, który w 47 proc. opierał się wtedy na podróżnych z Chin. Kiedy rok później turyści z Chin zaczęli wracać do Korei, pierwsze grupy były witane na lotnisku przez delegacje w tradycyjnych strojach, hanbokach, z kwiatami – przypomniała Wardęga.
Na pytanie, jakimi turystami są Chińczycy, naukowczyni odpowiedziała, że „przede wszystkim wygodnymi i wymagającymi”. - Chińczycy są najliczniejszą grupą narodowościową podróżującą na świecie. Szacuje się, że inne państwa odwiedza około 170 mln chińskich turystów rocznie. Żadna inna nacja (...) nie może równać się z tym wynikiem – podkreśliła. Jak dodał, chińscy turyści słyną z tego, że podczas podróży zagranicznych wydają dużo pieniędzy.
Wardęga przypomniała, że „zaledwie co dziewiąty Chińczyk ma paszport w szufladzie”. Według danych rządowych liczba obywateli posiadających paszport przekroczyła w 2025 r. 160 mln. Według informacji Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Lotniczych (IATA) z 2026 r. chiński paszport daje swobodny wjazd bez wizy lub z wizą wydawaną na lotnisku do 81 państw.
– Niektórzy mają dwa paszporty: jeden, ten, który posiada instytucja, w której są zatrudnieni, jest przeznaczony do wyjazdów służbowych, drugi jest do celów prywatnych. Wielu nie ma paszportów, bo nie planują podróży zagranicznych, ale też są obywatele wykluczeni, którzy nie mogą starać się o ten dokument. Tak jest w przypadku wielu Tybetańczyków i Ujgurów, którzy są podejrzewani (przez władze centralne - PAP) o działalność separatystyczną – dodała.
Według opublikowanych w kwietniu danych Światowej Rady Podróży i Turystyki (WTTC) w 2025 r. chiński przemysł turystyczny wniósł do gospodarki krajowej 1,75 bln dol., co oznacza wzrost o 9,9 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Organizacja prognozuje, że w ciągu najbliższej dekady wartość ta osiągnie 3,5 bln dol., co pozwoli Chinom zdetronizować USA i zająć pozycję największej gospodarki turystycznej na świecie.
Marta Zabłocka (PAP)
mzb/ akl/