Portret George'a Washingtona/polona.pl
Zna go cały świat - choćby z wizerunku na jednodolarowym banknocie. „Młody Waszyngton” („Young Washington”) opowiada jednak nieznaną chyba szerzej historię dojrzewania do wielkości jednego z amerykańskich Ojców Narodu. Film wchodzi na ekrany polskich kin 31 lipca.
„Pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych jest dla młodego narodu amerykańskiego uosobieniem wszelkich cnót: patriotyzmu, uczciwości, szlachetności i przyzwoitości, jakimi powinien charakteryzować się wielki przywódca” – napisał Paweł Łepkowski w artykule pt. „Jerzy Waszyngton. Ojciec nie wszystkich Amerykanów” („Rzeczpospolita”, 2 lutego 2023). „Trudno spotkać amerykańskie opracowanie historyczne, które nie byłoby napisane w formie panegiryku dla Jerzego Waszyngtona. Amerykanie są przekonani, że ojca ich państwa nie powinno się krytykować, tak jak w Wielkiej Brytanii nie krytykuje się monarchy. Jest bowiem Waszyngton idylliczną personifikacją idei wolności, suwerenności i potęgi Stanów Zjednoczonych” – dodał.
Trudno odnieść wrażenie, że twórcy filmu „Młody Waszyngton” byli w tej kwestii innego zdania, co jednak wcale nie wpływa źle na ekranową opowieść. Bazująca na prawdziwych wydarzeniach historia młodzieńca, który – jak to zgrabnie ujęto w opisie filmu dla mediów – „dopiero odkrywa własne przeznaczenie”, nie jest wcale papierowa – przeciwnie dość wciągająca. Poznajemy pełnego pasji, marzeń ale i wątpliwości człowieka, który amerykańską legendą stanie się spory kawał czasu po zakończeniu kinowego seansu. A na razie jest dla widza intersującą postacią.
George Washington urodził się 22 lutego 1732 r. w Pope’s Creek w brytyjskiej kolonii Wirginia, jako pierwszy z sześciorga dzieci Augustine’a Washingtona i jego drugiej żony Mary Ball. Jego pradziadek, John Washington przybył z Purleigh w hrabstwie Essex w Wielkiej Brytanii do Wirginii w 1657 roku – George był więc urodzonym Amerykaninem już w trzecim pokoleniu. W 1743 roku, w wieku jedenastu lat, został osierocony przez ojca - w spadku po nim otrzymał dziesięciu niewolników. Nie uczęszczał do szkół – co w filmie zostało zaakcentowane jako przejaw nierówności klasowych.
Ekranowy George jest w istocie społecznym pariasem – jego sprytne wtargnięcie na prestiżowe przyjęcie w domu arystokratycznych Fairfaxów może skojarzyć się widzom polskich seriali z „politycznym debiutem” Nikodema Dyzmy. Warto chyba jednak przypomnieć, że po Waszyngtonie pozostały Stany Zjednoczone, rondo i aleja w Warszawie a po Dyzmie – niesmak, przechodzący chwilami nawet w ojkofobię.
George jak syn drugiej żony swego ojca w istocie należał do najbiedniejszej ówczesnej szlachty wirginijskiej – rzeczywiście nie stać go było na brytyjską szkołę. Domową edukację zapewnił mu przyrodni starszy brat Lawrence (1718-52). To z nim w 1751 roku George odbył swą jedyną „podróż zagraniczną” – spędzili 5 tygodni na Barbadosie, który jednak wówczas był również brytyjską kolonią.
Film pokazuje młodzieńca balansującego na skraju wirginijskiej elity, bezskutecznie próbującego znaleźć miejsce dla siebie w tym towarzystwie. Bardzo chciał zostać brytyjskim oficerem, ale taka kariera była nie dla niego. Brytyjczycy nie mieli dobrego zdania o amerykańskich kolonistach – co się w efekcie później na nich zemściło podczas amerykańskiej rewolucji. Tego ich nastawienia nie zmieniły walki z Francuzami i Indianami, w których Waszyngton wziął udział - otwierając sobie drogę do późniejszego awansu i dojrzewając jednocześnie w swej narodowej tożsamości. „Nie jestem brytyjskim oficerem, ani angielskim dżentelmenem” – mówi Waszyngton w ostatniej scenie. „Jestem z Wirginii” - dodaje.
O tym, że dwadzieścia lat później wypowie Brytyjczykom posłuszeństwo i doprowadzi do powstania Stanów Zjednoczonych informują napisy końcowe. „Młody Waszyngton” nie jest jednak rozliczeniem całego długiego życia pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych – jest próbą nakreślenia początków jego curriculum vitae, powiedzenia skąd taki a taki nagle w historii się wziął. Tę próbę film wytrzymuje – stanowiąc jednocześnie dobry pretekst do przypomnienia tej historycznej postaci.
„Nie chciał być dyktatorem. Przez całą karierę polityczną przybierał pozę milczącego, zdystansowanego obserwatora, a nie aktywnego polityka. I wygrał, milcząc” – napisał Łukasz Wójcik w „Poczcie prezydentów USA” („Pomocnik Historyczny Polityki, październik 2024). Przypomniał, że w grudniu 1783 roku generał George Washington „pokornie poinformował Kongres, że nie chce być dyktatorem – nawet na chwilę”. „Tamten dzień, w którym zwycięski wódz w wojnie o niepodległość USA dobrowolnie oddał kontrolę nad armią komisji wojskowej Kongresu, jest przez wielu amerykańskich historyków uważany za najważniejsze wydarzenie w historii Ameryki” – podkreślił publicysta „Polityki”. „Julian Ursyn Niemcewicz, który osobiście poznał Washingtona, napisał: »Oddanie władzy jest w obecnych czasach czymś nowym albo raczej nieznanym«. A niedawny arcywróg generała, brytyjski król Jerzy III, w reakcji na rezygnację Washingtona nazwał go »największym człowiekiem na świecie«” – dodał Łukasz Wójcik.
Warto przypomnieć, że Niemcewicz, ktory spędził w Stanach Zjednoczonych prawie 10 lat, wziął też udział w uroczystościach pogrzebowych Waszyngtona w Mont Vernon w grudniu 1799 roku. „Nie zaziębił się, choć przez blisko 5 godzin niewłaściwie ubrany marzł na zewnątrz kościoła” - napisał Ryszard Walicki w artykule pt. „Arcyciekawa historia pioniera naszej dzielnicy” („Passa”, 2016).
Wracając do osoby Waszyngtona: stosunek do niewolnictwa – dziś tak mocno rzutujący na postrzeganie postaci sprzed dwóch wieków – nie był dlań sprawą najważniejszą. Takie były czasy. „Pod koniec życia był wraz ze swoją małżonką Martą Waszyngton właścicielem 318 ludzi, z czego 118 niewolników należało do niego osobiście. Czy żywił jakiekolwiek współczucie dla ich losu? Richard Parkinson, angielski sąsiad Waszyngtonów, pisał, że: »Waszyngton traktował swoich niewolników ze zdecydowanie większą surowością niż inni właściciele ziemscy«” – przypomniał Paweł Łepkowski. „Ta opinia stoi w sprzeczności ze zdaniem wyrażonym przez innego cudzoziemca podróżującego przez Wirginię, który pisał w swoich listach, że nigdzie w tej kolonii nie spotkał człowieka traktującego niewolników bardziej humanitarnie niż Jerzy Waszyngton. Historycy są jednak zgodni, że był surowym panem dla swoich poddanych: karał ich chłostą, a w najgorszych przypadkach odsprzedawał kupcom z Indii Zachodnich, zdając sobie sprawę, że często rozdziela rodziny i oddaje w ręce ludzi bezlitosnych” - dodał.
Wchodzący w piątek na ekrany polskich kin film doczekał się pierwszych recenzji. „»Młody Waszyngton«, wyprodukowany przez wytwórnię słynącą z fundamentalistycznego kina religijnego, ma trafić przede wszystkim do młodych amerykańskich chrześcijan o patriotycznych poglądach. I pewnie jako taki spełnia swoją funkcję, pozostając przy tym filmem jednowymiarowym i nudnym” – napisał krytyk komiksowy i filmowy Jakub Demiańczuk w recenzji pt. „Narodziny herosa” („Polityka”, 2026). Podkreślił jednak, że film „w swoim naiwnym patriotycznym uniesieniu przynajmniej jest w miarę uczciwy”.
„»Młody Waszyngton«, to kino solidne i godne obejrzenia. Nie spodziewałem się, że dzieło niezależnego studia może być tak rozsądnie i ciekawie nakręcone. Czasem jest w nim za mało emocji, czasem tytułowy bohater jest zbyt posągowy, ale koniec końców rozumiem, dlaczego George Washington to wdzięczny temat na filmową historię” - podsumował Adam Siennica, wicenaczelny redaktor naEKRANIE.pl.
Reżyserem wyprodukowanego przez Angel Studios „Młodego Waszyngtona” filmu jest Jon Erwin. W roli tytułowej wystąpił brytyjski aktor William Franklyn-Miller. W międzynarodowej obsadzie są też: Ben Kingsley, Andy Serkis, Kelsey Grammer, Mary-Louise Parker, Mia Rodgers i Jonno Davies. Polskim dystrybutorem jest Galapagos Films.
Paweł Tomczyk (PAP)
top/ aszw/