Rzeźba przedstawiająca Homera. Fot. Domena publiczna
Adaptacje i przekłady dzieł literackich, w tym „Odysei” Homera, przypominają rzymskiego boga Janusa: jedną twarzą odwracają się ku dziełu źródłowemu, ale drugą – ku współczesnemu sobie odbiorcy – opisuje prof. Aleksandra Klęczar z UJ. Ta reguła dotyczy zarówno adaptacji filmowej Christophera Nolana, jak i najnowszego przekładu „Odysei” na jęz. polski, autorstwa Anny Maciejewskiej.
Dr. hab. Aleksandra Klęczar jest literaturoznawczynią, na co dzień pracownicą Instytutu Filologii Klasycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie wykłada m.in. grecką literaturę archaiczną (w tym Homera), mitologię Grecji i Rzymu oraz obecność antyku w kulturze popularnej.
PAP: W języku polskim dostępnych jest już kilkanaście przekładów „Odysei” Homera. Pojawił się obecnie kolejny przekład, autorstwa Anny Maciejewskiej (Wydawnictwo Homini). Czy nowe przekłady klasycznych tekstów są potrzebne?
Dr hab. Aleksandra Klęczar, UJ: Jak najbardziej są potrzebne. Nawet jeśli uznamy, że któryś z już istniejących jest znakomity. Przy tekstach klasycznych istotne jest na przykład wzięcie pod uwagę zmieniającego się stanu badań naukowych na temat tych tekstów. Pewne miejsca niejasne, kłopotliwe dla tłumacza, mogły na przykład doczekać się nowej interpretacji, albo ktoś z badaczy mógł zaproponować nowe rozumienie danego miejsca – co może okazać się istotne dla przekładu. Mogło też dojść do nowych odkryć – na przykład fragmentów papirusowych czy obiektów archeologicznych – zmieniających nasze rozumienie tego czy innego zjawiska. Korzystanie z zachowanych papirusów z tekstami homeryckimi (a dla samej „Odysei” mamy ich około 500) zmieniło zarówno praktyki wydawania poematów, jak i przekładu.
Musimy pamiętać, że kiedy dziś bierzemy do ręki naukowe, starogreckie wydanie tekstu Homera - wygląda ono nieco inaczej niż edycje tej samej „Odysei” sprzed, powiedzmy, stulecia. Dla niespecjalisty to może zabrzmieć dziwnie czy wręcz obrazoburczo, ale to nie jest i nigdy nie był jeden, ustalony tekst.
Wersje w różnych rękopisach i na papirusach czasami nie zgadzają się ze sobą i tłumacz, który poważnie traktuje swoje zadanie, musi się z tym wyzwaniem zmierzyć, wybrać, że tak powiem, własną wersję „Odysei”.
Przede wszystkim jednak przekłady powstają dla różnych odbiorców i w różnych okolicznościach. Zmieniają się czasy, zmienia język, styl, ba, nawet znaczenia słów. Pozwolę sobie na anegdotkę: kilka lat temu moi studenci zapytali, czemu na kursie mitologii nie wspomniałam o tym, że Menelaos jest w „Iliadzie” opisany jako kochanek Zeusa. Po sekundzie zdziwienia – bo mitologia grecka wylicza kilku kochanków Zeusa, ale akurat Menelaosa wśród nich nie ma – dotarło do mnie, skąd ta idea. Studenci mianowicie przeczytali „Iliadę” w przekładzie Franciszka Ksawerego Dmochowskiego z początku wieku XIX, gdzie „kochankami Jowisza” nazwani są władcy – jako ci, którzy są pod szczególną opieką króla bogów, jego podopieczni i wybrańcy (w przekładzie Kazimiery Jeżewskiej mamy w tym miejscu „dowódców szlachetnie zrodzonych”, u Roberta Chodkowskiego – „królów, szczepów Zeusowych”). Nie chodzi tu więc o romantyczne uczucie. Po prostu wyraz „kochanek” od czasów Dmochowskiego zmienił swoje znaczenie. I oczywiście stare przekłady można poprawiać – jak choćby w wieku XX poprawiono wspomniany przekład Dmochowskiego, uwspółcześniając pisownię i zmieniając zlatynizowane imiona bogów na greckie – ale można też tworzyć nowe. Każde z tłumaczy może przecież wskazać na to, co jego/jej zdaniem jest najcenniejsze w utworze i co najbardziej warto, parafrazując Stanisława Barańczaka, ocalić w tłumaczeniu.
Przy czym warto podkreślić jeszcze jedno: zaistnienie nowego przekładu nie eliminuje przecież tych już istniejących. Nadal możemy sięgnąć po „Iliadę” Dmochowskiego dla jej roli w historii polskiej literatury, po pisaną prozą „Odyseję” Parandowskiego, by zobaczyć poemat w niemal powieściowej wersji, po którąś z wersji Józefa Wittlina dla ich językowego wyszukania, po naukowy przekład Roberta Chodkowskiego czy spolszczenie Antoniego Libery, starające się oddać „Odyseję” jak najstaranniejszym polskim, Mickiewiczowskim heksametrem. Jak mawiali starożytni Rzymianie, suum cuique, każdemu to, co mu się podoba.
PAP: Czym się odznacza najnowszy przekład w odróżnieniu od wcześniejszych?
AK: Gdy mowa o tym, co warto ocalić w tłumaczeniu, to Anna Maciejewska za tę wartość uznała, jak się wydaje, komunikatywność tekstu i po prostu przyjemność płynącą z jego lektury. Stąd jej tłumaczenie jest wierne, staranne, ale jednocześnie nie archaizujące, odbijające współczesne praktyki językowe. Odyseusz i Atena „kombinują”, jeden z bohaterów musi „zamknąć jadaczkę”, Telemach jest znużony „wrzaskiem” zalotników. Jej tekst jest płynny, barwny, doskonale się go czyta. A powiedzmy sobie szczerze, długi narracyjny poemat to nie jest najprostsza dla współczesnego odbiorcy forma. Powiedzmy jednak sobie od razu: przekład Maciejewskiej nie jest parafrazą ani przetworzeniem, nie rezygnuje też z fachowych określeń związanych z grecką kulturą. Tłumaczka stara się po prostu – skutecznie, moim zdaniem – łączyć szacunek dla tekstu tłumaczonego z chęcią jak najlepszego przybliżenia go współczesnemu odbiorcy. Obcowanie z tekstem ułatwia też świetny wstęp Tomasza Mojsika i fachowe eseje, autorstwa m.in. Marka Węcowskiego, Michała Baranowskiego i Magdaleny Goliczewskiej, rzucające światło na poszczególne aspekty poematu.
PAP: Odyseja to jeden z fundamentalnych tekstów kultury europejskiej. Doczekał się mnóstwa adaptacji w literaturze i sztuce. Można odnieść wrażenie, że najnowsza adaptacja filmowa, w reżyserii Christophera Nolana, pokazuje Odyseusza bardziej jako bohatera współczesnego nam, przerażonego wojną, świadomego końca obecnego porządku świata. Czy to jest ciągle „Odyseja” Homera, czy może już Nolana?
AK: Mam wrażenie, że film Christophera Nolana jest po prostu kolejnym krokiem w życiu opowieści o Odyseuszu – życiu, które liczy już niemal trzy millenia. Musimy pamiętać, że nasze, dziś nam znane i tłumaczone „Iliada” i „Odyseja”, są tylko i aż jedną z wielu wersji, które krążyły po świecie śródziemnomorskim i często wcale nie zawierają tego, co się nam kojarzy z danym poematem: próżno w „Iliadzie” szukać opowieści o pięcie Achillesa czy koniu trojańskim, a w „Odysei” – potwierdzenia, że tego konia wykonał Odyseusz. Przyglądając się temu, co późniejsze przetworzenia czynią z poematami Homera, dobrze jest pamiętać, że adaptacja – wszelka adaptacja, także przekład, który w nauce jako taki jest traktowany! – przypomina rzymskiego boga Janusa: jedną twarzą odwraca się ku dziełu źródłowemu, ale drugą – ku współczesnemu sobie odbiorcy, do którego jest adresowany, co, razem ze zmianą medium, na przykład z poematu na film, w naturalny sposób wymusza zaistnienie takich czy innych innowacji.
Wiele jest w filmie Nolana rozwiązań jego własnych, autorskich, bliższych temu, co w ogóle pojawia się w jego kinie - bo motyw długiej wędrówki bez szans powrotu do domu, historia bohatera, który rozpętał coś, co ma wpływ na losy świata, a czego nie jest już w stanie kontrolować, czy kwestia niszczącej psychikę wojny należą do jego ulubionych.
Inne rozwiązania reżysera z kolei są dziedzictwem kina jako takiego, jako że filmy inspirowane opowieściami o Troi i Odysie rzadko kiedy przedstawiają nam szerzej bogów, zwykle ograniczając się do Ateny i mocno humanizowanych Kirke i Kalypso. Są u Nolana motywy zaczerpnięte spoza homeryckiej tradycji, jak kluczowa dla fabuły postać Sinona czy cała scena zakończenia, która ma swoje (nie całkiem dokładne, przyznajmy) paralele w tradycji opowieści o dalszych losach Odysa. Jednocześnie mam też wrażenie - jako osoba, która zajmuje się Homerem od ładnych paru lat, ale przy tym lubi i ceni współczesne jego przetworzenia - że w ogólnej idei i wydźwięku film bardzo efektownie gra z homerycką tradycją i nieraz znakomicie ją rozumie: jak w opisywaniu miejsca i roli Penelopy w jej własnym domu, na przykład, albo w wizerunku towarzyszy Odyseusza. Film podzielił publiczność, zarówno widzów, jak i specjalistów badaczy, ale mnie osobiście zdecydowanie się podobał.
PAP: Czy przychodzą Ci do głowy jakieś szczególnie oryginalne – dziwne lub kontrowersyjne - adaptacje „Odysei”?
AK: Jest ich sporo. Wielbiciele kina mogą sięgnąć po niekoniecznie kontrowersyjny, ale za to szalenie pomysłowy i zabawny film Ethana i Joela Coenów „Bracie, gdzie jesteś” z 2000 r., gdzie George Clooney gra zbiegłego z więzienia spryciarza i kombinatora, podróżującego przez amerykańskie Południe lat 30. XX w. pozornie w poszukiwaniu skarbu, ale tak naprawdę – by zapobiec ponownemu zamążpójściu swojej żony. A jeśli ktoś akurat jest w nastroju bardziej na dramatyczną opowieść obyczajową – swoistą adaptacją „Odysei” jest film Anthony’ego Minghelli „Cold Mountain” (oparty na powieści Charlesa Fraziera, wydanej u nas pod tytułem „Zimna Góra”), historia młodego żołnierza wracającego do domu i do ukochanej dziewczyny podczas wojny secesyjnej. No chyba że mamy ochotę na nieco awangardową wersję samej „Odysei”, bez przenoszenia jej w inne realia – wtedy filmem, którego szukamy (choć, przyznam, znaleźć go niełatwo) jest włoski „Nostos: Powrót” Franco Piavolego (1989), film oparty na obrazach, opowiadany w fikcyjnym, opartym na językach klasycznych, języku, powolny i wizualnie fascynujący.
Jest też sporo do poczytania, od „Ulissesa” Jamesa Joyce’a przez współczesne feministyczne retellingi, jak choćby powieści Margaret Atwood („Penelopiada”) i Madeline Miller („Kirke”), przez klasyczne przygodówki (dobrym przykładem będzie tu „Odyseja trojańska” Clive’a Cusslera) po fascynujące eksperymenty z homeryckimi postaciami i motywami w ambitnej fantastyce spod znaku Dana Simmonsa („Ilion” i „Olimp”) czy przede wszystkim Ady Palmer, której cykl „Terra Ignota”, wydany w Polsce w przekładzie Michała Jakuszewskiego, jest jednym z najoryginalniejszych przetworzeń epickiej tradycji. Wspaniałą, polifoniczną, rozbitą na wiele apokryficznych opowieści własną „Odyseję” dał nam też w polszczyźnie Wit Szostak, który dekadę temu opublikował zbiór krótkich mitologicznych opowieści „Zagroda zębów”, gdzie, opowiadając różne wersje dziejów Odysa, mierzy się z samą naturą wiecznie zmiennego mitu.
Możemy posłuchać „Odysei” w licznych wersjach operowych, możemy i w musicalowej, w postaci bardzo popularnego i udanego „EPIC: The Musical” portorykańskiego twórcy Jorge Rivery-Herransa. A jeżeli akurat mamy ochotę pokazać historię Odyseusza młodemu odbiorcy, serdecznie polecam z jednej strony francusko-japoński film animowany „Ulisses 31”, przenoszący przygody Odysa w kosmos, z drugiej – liczne adaptacje, przeznaczone dla dzieci i młodzieży, zarówno powieściowe, jak i komiksowe.
PAP: Jesteś autorką erudycyjnego tekstu, towarzyszącego nowemu przekładowi „Odysei”, mówiącego o dziejach Odyseusza w kulturze europejskiej. O adaptacjach i retellingach, czyli wszystkich tych próbach pokazania „Odysei” i jej bohatera na nowo. Italo Calvino, gdy próbował odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jakiś utwór można zaliczyć do klasyki, pisał m.in., że gdy czytamy go po raz pierwszy, mamy wrażenie, jakbyśmy już go kiedyś czytali, a gdy czytamy po raz kolejny, że czytamy go po raz pierwszy. Co Twoim zdaniem sprawia, że „Odyseja” jest utworem tak mocno zakorzenionym w kulturze europejskiej, klasycznym i zarazem ciągle żywym? Czy chodzi o opowieść, czy o bohatera? A może jeszcze coś innego?
AK: W odpowiedzi chciałam w pierwszej chwili ulec pokusie sięgnięcia do swojej zawodowej wiedzy, opowiedzenia o kanonie, o historii użycia dzieła Homera w kulturze greckiej, o edukacji… Ale chyba nie o to chodzi.
Wydaje się, że o tym, że kolejne pokolenia odbiorców wciąż odnajdują coś ciekawego i wartościowego w historii Odysa (ale też w „Iliadzie” i postaci Achillesa!) decyduje przede wszystkim fakt, że znajdziemy w niej bardzo dużo różnych i zmiennych opowieści, poddających się przeróżnym interpretacjom.
Czekają tam na nas Odys-tułacz, Odys-weteran, ale i Odys-oszust i złodziej, wierny mąż albo kochanek bogiń. Czeka Penelopa-wzór małżeńskiej cnoty, ale i Penelopa-królowa, Penelopa niezłomna i przebiegła, ale i Penelopa płacząca po nocach. Możemy wybrać, czy wierzymy w fantastyczne przygody z cyklopami, pożeraczami lotosu i czarodziejką zmieniającą mężczyzn w wieprze, czy raczej skupimy się na ekonomicznych podstawach niechęci Telemacha do zalotników. Same poematy, ale i narosła wokół nich wielka tradycja, są nieustannym źródłem inspiracji, tak bardzo, że czasem sami nawet nie wiemy, kiedy myślimy i mówimy Homerem.
Rozmawiał Krzysztof Łapiński
Dr. hab. Aleksandra Klęczar jest literaturoznawczynią, na co dzień pracownicą Instytutu Filologii Klasycznej UJ, gdzie wykłada m.in. grecką literaturę archaiczną (w tym Homera), mitologię Grecji i Rzymu oraz obecność antyku w kulturze popularnej. Jej zainteresowania naukowe koncentrują się wokół legend o Aleksandrze Wielkim, epiki greckiej oraz łacińskiej poezji, a także obecności antyku w kulturze późniejszej. W dorobku naukowym ma przekłady z łaciny i greki oraz monografie i artykuły naukowe i popularnonaukowe. Publikuje regularnie eseje i recenzje w „Nowej Fantastyce” i w piśmie „Książki. Magazyn do czytania”.
krx/ zan/