Rudolf Valentino w filmie Szejk z 1921 roku. Fot. domena publiczna
100 lat temu, 23 sierpnia 1926 r., zmarł Rudolf Valentino – włoski aktor i tancerz, uznawany za amanta wszech czasów i jedną z największych gwiazd kina niemego. Mówił, że jest płótnem, na którym kobiety malują swoje marzenia.
„Żaden monarcha ani bohater wojenny nigdy nie wzbudził większego współczucia opinii publicznej niż Valentino podczas choroby, która zakończyła się dzisiaj śmiercią” – czytamy w brytyjskim „Guardianie”. „Setki kobiet przynosiły kwiaty i modliły się na schodach budynku, w którym leżał pacjent. Ponieważ Ameryka jest głównym producentem filmów, a Valentino był najbardziej romantyczną gwiazdą tej nowej formy rozrywki, dla amerykańskich »flappers« był niemal tym samym, czym książę Walii jest dla Anglików” – relacjonowano 24 sierpnia 1926 r.
Związana z dziennikiem „La Repubblica” włoska dziennikarka i scenarzystka Antonella Gaeta uważa, że Rudolf Valentino to „uparty mężczyzna, który marzył o zostaniu aktorem, nie byle jakim aktorem: gwiazdą, pierwszym idolem”. „Rodolfo był najwspanialszy i najlepszy ze wszystkich” – oceniła.
„Przystojny jak bóg, z migdałowymi oczami i aksamitnym spojrzeniem, zmysłowymi ustami i matową cerą, które nadawały mu bardzo hiszpański wygląd, Rudolph Valentino cechował się wyrafinowaną elegancją i (...) miał wspaniałą sylwetkę. Był jednak niskiego wzrostu i musiał nosić wkładki podwyższające w swoich butach z wysoką cholewką” – podano w „Le Monde”.
Urodził się 6 maja 1895 r. w Castellanecie niedaleko Bari, typowej miejscowości włoskiego południa. Półtora miesiąca wcześniej bracia Lumiere zorganizowali pierwszy zamknięty pokaz filmu „Wyjście robotników z fabryki”. Na publiczny seans trzeba będzie poczekać do 28 grudnia 1895 r. Był to efekt wynalezienia przez nich kinematografu – urządzenia, które dało początek sztuce mającej zrewolucjonizować światową kulturę. Valentino zaś będzie jednym z najważniejszych bohaterów tej rewolucji.
Właściwie nazywał się... Rodolfo Alfonzo Raffaelo Pietro Filiberto Guglielmi di Valentina d’Antonguolla. „Nazwisko Valentino wywodziło się od rzekomego rodu »di Valentina d’Antonguolla« łączącego stary tytuł papieski z prawami własności, do których ród Guglielmi rościł sobie prawa. Chodziło o skonfiskowane grunty w pobliżu miejscowości Martina Franca, skąd pochodziła jego rodzina” – czytamy w „Corriere della Sera”.
Choć już od najmłodszych lat zwracał na siebie uwagę – głównie urodą i problematycznym zachowaniem - to jednak niewiele wskazywało, że zrobi taką karierę. Kiedy miał 11 lat, zmarł jego ojciec – doktor weterynarii Giovanni Guglielmi. Rodzina postanowiła wysłać chłopaka do szkoły z internatem. Młody Rodolfo był sprawny fizycznie – biegał, wspinał się, grał w piłkę, uprawiał zapasy, szermierkę i jeździł konno. Ponadto grał na mandolinie i fortepianie.
W nauce wiodło mu się jednak nieszczególnie, a po śmierci ojca sprawiał coraz większe problemy wychowawcze, których skutkiem było dyscyplinarne wyrzucenie ze szkoły. Kiedy spróbował wstąpić do Akademii Marynarki Wojennej w Wenecji, powiedziano mu, że ma... zbyt słabą klatkę piersiową i niewystarczająco dobry wzrok. Postanowił więc zdać do szkoły rolniczej, którą ukończył w 1912 r.
„Rodolfo, buntownik i kosmopolita, nie miał najmniejszej ochoty wracać do Apulii, by poświęcić się rolnictwu (do Castellanety jako sławny aktor przyjechał tylko raz, w 1923 r.); w 1913 r. postanowił więc wyjechać do Paryża, gdzie nauczył się tańczyć tango. »Włochy są dla mnie za małe« – powiedział do swojego brata Alberto. W grudniu 1913 r. wsiadł na pokład niemieckiego parowca »Cleveland« płynącego do Ameryki, by rozpocząć swoją wielką przygodę” – czytamy w „Corriere della Sera”.
Bilet do Nowego Jorku miała kupić mu matka, ale stać ją było tylko na drugą klasę. Valentino sprzedał jednak należną mu po ojcu część spadku i kupił bilet w pierwszej klasie. Traktował to jako inwestycję. Już podczas rejsu nawiązywał znajomości, które miały później zaprocentować.
Początki w Stanach były trudne do tego stopnia, że zdarzało mu się nocować w Central Parku. Ale wykorzystał nawiązane podczas podróży znajomości. Dzięki jednemu z kolegów, który wiedział, że Rudolf świetnie tańczy, dostał pracę fordansera. Przy okazji nawiązywał kolejne kontakty, co umożliwiło mu statystowanie w filmach. Wkrótce jednak wpadł w kłopoty i został aresztowany przez policję. W obawie przed kolejnymi zatrzymaniami wyjechał z Nowego Jorku do San Francisco. Stamtąd, zachęcony przez aktora Normana Kerry’ego, udał się do Los Angeles.
Dzięki Kerry’emu trafił do filmu. Początkowo grał drobne role, głównie taneczne, ale dzięki talentowi i urodzie zwracał na siebie uwagę. Jego pierwszą główną rolą była postać nikczemnego i uwodzicielskiego hrabiego z Włoch w filmie Josepha Maxwella „Zamężna dziewica” (1918). Szybko pojawiły się kolejne propozycje, a rok później uzyskał stały angaż w Universal Studios.
Zagrał wówczas w takich filmach, jak „Wielki mały człowiek” (1919), „Romans hultaja” (1919), „Włamywacze” (1919), „Uczuciowy plac zabaw” (1920), „To zdarza się raz każdej kobiecie” (1920) i „Cudowny przypadek” (1920). Sukcesy i sława sprawiły, że podpisał stały kontrakt z wytwórnią Metro Pictures Corporation (późniejszą Metro-Goldwyn-Meyer), z ramienia której otrzymał główną rolę w „Czterech jeźdźcach Apokalipsy” (1921), jak się potem okazało - najbardziej dochodowym filmie roku i jednym z pierwszych niemych filmów, które zarobiły ponad milion dolarów.
„Poza ekranem Valentino daleki był od wizerunku kultowego »latynoskiego kochanka«, którego miał zagrać, ale June Mathis dostrzegła charyzmę i seksualność, jaką emanował przed kamerą. (…) Film »Czterech jeźdźców Apokalipsy« sprawił, że Valentino natychmiast stał się idolem” – podaje American Film Institute. „Kobiety mnie nie kochają. Kochają to, co widzą na ekranie. Jestem płótnem, na którym kobiety malują swoje marzenia” – ocenił Valentino.
Szybko pojawiały się propozycje kolejnych ról w filmach: „Dama kameliowa” (1921), „Szejk” (1921), „Lady Letty Moran” (1922) i „Poza skałami” (1922), gdzie zagrał u boku Glorii Swanson, największej kobiecej gwiazdy kina niemego. „Chociaż zarówno »Czterech jeźdźców Apokalipsy«, jak i »Szejk« sprawiły, że serca kobiet zabiły mocniej, mężczyźni w kinach uważali wizerunek Valentino za zniewieściały. Dlatego po filmie »Szejk« Valentino zagrał w marynistycznej przygodówce z 1922 r. »Lady Letty Moran«. I choć film ten nie był tak zabawny jak »Szejk«, Valentino zaprezentował się jako prawdziwy mężczyzna w roli Ramona Laredo, egocentrycznego arystokraty z San Francisco, który został porwany w porcie i zmuszony do pracy jako marynarz” – czytamy w „Los Angeles Times”.
Kolejnym sukcesem była rola porywczego matadora w „Krwi na piasku” (1922), po nim jednak przyszło pierwsze rozczarowanie. Za występ w „Młodym radży” Valentino zebrał chłodne recenzje. W kolejnym zagrał dopiero dwa lata później. Jego kreacja w „Monsieur Beaucaire” także została przyjęta z dość umiarkowanym entuzjazmem.
„Różnie o nim pisano. Jedni uważali, że gra Valentina ograniczała się do »wytrzeszczania – zazwyczaj zmrużonych – oczu, tak by odsłonić straszliwie białe gałki, do unoszenia warg namiętnych ust, by odsłonić olśniewające zęby, i do drgania nozdrzy«. Inni twierdzili, że »wprawdzie Valentino nie jest wyszkolonym aktorem, ale jego skromność, ufność i dobre chęci są ujmujące, pozwalają nim kierować i osiągać zadowalające rezultaty«” – przypomniał w swojej książce „Odeon. Felietony filmowe” filmoznawca Stanisław Janicki. „Nie mam pojęcia o technice aktorskiej, ale mam wrodzone poczucie rytmu, które mną kieruje” – mawiał sam Valentino.
W 1925 r. wcielił się w postać hrabiego Władimira Dubrowskiego w filmie „Czarny orzeł”. Tym razem jego grę oceniono pozytywnie. W tym samym roku zaczął starania o amerykański paszport. Ostatecznie jednak z powodu ostracyzmu włoskiej społeczności wycofał wniosek.
Coraz częściej skarżył się na bóle żołądka. Wbrew radom nie ograniczył jednak palenia papierosów i mało sypiał. Ostatni raz pojawił się na ekranie w „Synu szejka” (1926). Film wyreżyserowany przez George’a Fitzmaurice’a okazał się najbardziej kasowy w dorobku Valentino. „Był ciemnowłosy, przystojny, namiętny, uwodzicielski, melancholijny, oddany, wzruszający. Na takie bożyszcze było na początku lat 20. minionego stulecia zapotrzebowanie. I obojętnie w kogo się wcielał – szejka, toreadora, arystokratę, maharadżę – widzowie szturmowali kina, producenci płacili niebotyczne honoraria, prasa szalała – ze szczerego oczywiście zachwytu” – podkreślał Janicki.
Mimo złego stanu zdrowia w lipcu 1926 r. na dachu Hotelu Ambassador w Nowym Jorku stoczył walkę bokserską z dziennikarzem sportowym Frankiem „Buckiem” O’Neillem – wyższym i cięższym od Valentino. Powodem był artykuł w „Chicago Tribute”, w którym O’Neill obraził męskość włoskiego aktora. Znokautowany dziennikarz przyznał, że Valentino ma cios jak kopnięcie muła.
16 sierpnia 1926 r. aktor znalazł się w szpitalu przy 50. ulicy w Nowym Jorku. Przeszedł operację wycięcia wyrostka robaczkowego i otrzewnej. Choć zabieg się udał, jego stan nadal był poważny. „Jestem głęboko poruszony licznymi telegramami, depeszami i listami, które docierały do mojego łóżka. Wspaniale jest wiedzieć, że mam tak wielu przyjaciół i jest tyle osób mi życzliwych, zarówno wśród tych, które miałem zaszczyt poznać, jak i wśród tysięcy nieznanych ludzi, którzy widzieli mnie na ekranie, a których ja sam nigdy nie poznałem. (...) Niech Bóg ich błogosławi. Czuję, że mój powrót do zdrowia znacznie przyspieszył dzięki wsparciu, jakie mi wszyscy okazali” – napisał w oświadczeniu 19 sierpnia.
Niestety następnego dnia jego stan się pogorszył. Aktor zmarł 23 sierpnia około południa. Jego śmierć wywołała rozpacz wśród fanów. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyło ponad 100 tys. osób.
„Rudolph Valentino jest jednym z najsłynniejszych aktorów na świecie. Pod względem sławy i trwałości legendy można go porównać chyba tylko do Marilyn Monroe. Krytycy uważali go głównie za aktora przeciętnego, o znakomitej prezencji scenicznej. Analizując film »Czarny Orzeł«, podkreślam, że od 1921 r. aż do swojej przedwczesnej śmierci Valentino przywiązywał większą wagę do swoich kreacji aktorskich, starając się nadać swoim postaciom wymiar wykraczający poza intensywność zbliżeń, które przyniosły mu sukces” – ocenił cytowany na łamach dziennika „La Stampa” włoski krytyk i historyk kina Gianni Rondolino.
Choć od śmierci aktora mija sto lat, świat o nim pamięta. „Rudolph Valentino nadal przyciąga fanów i filmowców do Castellanety. Sto lat po śmierci wciąż budzi ogromną fascynację” – powiedział burmistrz miasteczka Giambattista Di Pippa. Lokalne władze zorganizowały liczne wydarzenia upamiętniające najsłynniejszego mieszkańca. W uroczystości zaangażowana jest także Fondazione Rodolfo Valentino, prowadząca muzeum aktora.
„Jako fundacja zorganizowaliśmy od początku roku wiele spotkań. Wydarzenie zamykające cykl odbędzie się 23 sierpnia i będzie miało formę gali z muzyką na żywo w wykonaniu znanej orkiestry oraz wręczeniem nagród osobom, które wyróżniły się w dziedzinie sztuki filmowej i kultury. Wśród nich znajdzie się supermodel Armaniego Fabio Mancini” – przekazała PAP fundacja.
Mateusz Wyderka (PAP)
mwd/ miś/