Ruiny World Trade Center w Nowym Jorku 2001 r. Fot. PAP/EPA PHOTO AFPI/ALEX FUCHS
Jan Szumański znalazł się na terenie zniszczonego World Trade Center już pierwszego dnia po zamachach. Pozostał tam do zakończenia odgruzowywania, a później uczestniczył też w odbudowie przebiegających pod rumowiskiem linii metra nr 1 i 9. Podkreśla w rozmowie z PAP, że wspomnienia o tragedii „mogą zwalić z nóg”.
Jako główny inżynier firmy Tully, Szumański odpowiadał za prowadzenie jednych z najtrudniejszych robót w historii Nowego Jorku. Przypomina, że początkowo na miejscu panował chaos. Setki ekip budowlanych, kontraktorów, operatorów ciężkiego sprzętu i ochotników próbowały pomagać, ale ich działania nie były początkowo skoordynowane. Większość ludzi i maszyn koncentrowała się od północnej strony rumowiska, gdzie dostęp był łatwiejszy.
– Nawet kiedy tam doszedłem, nie mogłem się dostać do gruzów. Nie próbowałem się wciskać, bo to było bez sensu. Przez pierwsze pół dnia, aż do nocy, właściwie nic nie robiłem. Patrzyłem, co mogę zrobić – wspominał.
Zdecydował wówczas, że zamiast dołączać do tłumu, skieruje swoich ludzi na południową i zachodnią stronę kompleksu WTC. Zaczęli od oczyszczania ulic i tworzenia dostępu do zgliszcza od miejsc, którymi wcześniej prawie nikt się nie zajmował.
– Wszyscy pchali się od przodu, więc pomyślałem, że lepiej robić te niezbędne roboty od tyłu. Wziąłem ludzi i zaczęliśmy oczyszczać ulice. Powolutku, kiedy inni pracowali z przodu, okazało się, że objąłem z moimi ludźmi większość terenu gruzów – relacjonował.
Władze miasta stopniowo uporządkowały działania ratownicze i budowlane, dzieląc strefę katastrofy między cztery firmy. Tully otrzymała początkowo dużą część terenu, a po kilku miesiącach, gdy uznano, że prace wymagają dalszej koncentracji, powierzono jej jeszcze szerszy zakres robót. Zdaniem Szumańskiego zdecydowały o tym tempo i skuteczność kierowanego przez niego zespołu. Po niemal ćwierćwieczu inżynier niechętnie wraca do przeżyć z tamtego okresu. Porównuje pamięć człowieka do zestawu szuflad, z których niektóre z biegiem lat zamykają się same, inne zaś zamykamy świadomie, aby móc normalnie żyć.
– Są ludzie, których tragiczne wydarzenia niszczą przez całe życie. Ja potrafię się w jakiś sposób wyłączyć, zablokować. Tam, pracując, nie przejmowałem się wszystkim, co widziałem, bo gdybym się przejmował, nie mógłbym tam zostać. Ale kiedy przychodził moment spokoju i relaksu, wtedy rzucało człowieka na kolana – mówił.
Do dziś nie odwiedził muzeum 11 września, chociaż znajdują się tam przedmioty, które sam wydobywał, niekiedy opatrzone jego nazwiskiem. Jak przyznaje, chciałby je zobaczyć, ale obawia się, że spotkanie z nimi mogłoby otworzyć zamknięte przez lata wspomnienia i „zwalić go z nóg”.
Praca na terenie WTC miała także konsekwencje zdrowotne. U Szumańskiego wykryto nowotwór nerki. Część narządu została usunięta, a dotychczas nie pojawiły się przerzuty. Także kilku jego dawnych współpracowników zachorowało i wciąż walczy z następstwami przebywania w skażonym pyłowym środowisku.
Najbardziej smuci go jednak, że tragedia coraz słabiej funkcjonuje w świadomości Amerykanów.
– Wszyscy o tym zapomnieli. Kiedy czasem przypadkiem się o tym wspomina, ludzie robią takie miny, jakby pytali: „O co chodzi?”. Większość młodych nawet nie wie, co się wydarzyło, a starsi też po prostu o tym zapomnieli – ocenił.
Szumański przypomina, że kiedy sam był dzieckiem, wraz z rówieśnikami wypytywał dziadków o II wojnę światową. Młodzi ludzie nie zawsze potrafili zrozumieć skalę ich doświadczeń, lecz byli ciekawi, chcieli wiedzieć, co się wydarzyło i jak ich bliscy przeżyli wojnę. Dziś nie dostrzega podobnego zainteresowania zamachami na WTC nawet wtedy, kiedy mówi lekarzom lub innym rozmówcom, że pracował na rumowisku i zachorował prawdopodobnie wskutek kontaktu z toksycznym pyłem.
– Normalnie człowiek zapytałby: „Byłeś tam? Co robiłeś? Jak to przeżyłeś?”. Nie chodzi o to, że zależy mi na takich pytaniach. Chodzi o zwykłą ciekawość historii i ludzkiej tragedii. Dzisiaj ludzie mówią tylko: „Tak, słyszałem o tym”, „Widziałem kiedyś w telewizji” – i na tym się kończy – zauważył.
Obawia się, że wraz z odejściem świadków pamięć będzie zanikać jeszcze szybciej.
– Wydaje mi się, że kiedy minie 50 lat, prawie nikt nie będzie już o tym myślał. Stanie się to czymś takim jak Pearl Harbor: pojedziemy tam i obejrzymy statek – konkludował.
Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)
ad/ kj/