Jacek Zieliński (w 2022 roku). Fot. PAP/Łukasz Gągulski
„Śpiewam bo muszę” – zaśpiewał w 1967 roku Jacek Zieliński. Muzyk i wokalista „Skaldów”, autor nazwy zespołu, który podniósł muzykę rockową do rangi sztuki, urodził się 6 września 1946 roku.
„Modne w tamtych latach były kolory: Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary, Złote Struny. Jednak nie chciałem w tym przypadku iść z kierunkiem mody i nazwy poszukiwałem w ... staropolszczyźnie wśród wędrownych muzykantów, śpiewaków” – opowiadał PAP Jacek Zieliński w 2011 roku. „Tacy wędrowni śpiewacy, grajkowie to nasz żywot” – wyjaśnił, dodając że nazwa „Skaldowie” kojarzy się też ze skalnym Podhalem. „Upiekliśmy więc dwie pieczenie na jednym ogniu - wędrownych śpiewaków i tych ze skalnego Podhala" – podsumował autor propozycji nazwy zespołu.
„Jakże trafne, zważywszy troskę protoplastów o kunszt literacki języka. Skaldowie o urodę słowa będą dbać ogromnie, w czym wspomagał ich nieustannie krakowski, acz z Suwałk, poeta Leszek Aleksander Moczulski, autor wielu pięknych piosenek, ale i przez lata kierownik literacki zespołu” – napisał Wiesław Krupiński w artykule pt. „Harmonia świata Skaldów” („Dziennik Polski”, 2010).
„Gdyby nie Jacek Zieliński, nie byłoby krakowskich Skaldów” – pisał rok wcześniej Krupiński w artykule „Śpiewam bo muszę”. „Przede wszystkim dlatego, że on tę nazwę wymyślił. Po wtóre - to jego wokal tak idealnie i naturalnie współbrzmiąc z głosem brata Andrzeja, twórcy repertuaru, nadał temu zespołowi wyróżniający go sound. Po trzecie - to on w 1987 roku, po sześciu latach przerwy, wznowił działalność zespołu, doprowadził do nagrania płyty, a wysoką nagrodą na festiwalu w Opolu przypomniał o klasie Skaldów, którą zrodził geniusz starszego o dwa lata Andrzeja Zielińskiego” – wyjaśnił.
Jacek był o dwa lata młodszym bratem Andrzeja. „Nie mając jeszcze dziesięciu lat, obaj podejmowali próby komponowania prostych melodii. W archiwum rodzinnym zachowała się piosenka, do której tekst napisał 9-letni Jacek, a muzykę 11-letni Andrzej” – napisał Andrzej Icha autor fundamentalnej monografii „Skaldowie. Historia i muzyka zespołu” (2004).
Ich rodzicami byli Zofia z domu Cukier (1919-2005), rodowita góralka z Zakopanego i Franciszek Zieliński (1915-75), prawnik i muzyk, posiadający też niezwykłe znajomości.
„Franek Zieliński był najlepszym muzykiem wśród naszej prawniczej braci studenckiej. Był rok młodszy ode mnie” – wspominał Jan Karski (1914-2000) w książce Waldemara Piaseckiego pt. „Jan Karski. Jedno życie” (2015). „Grał na wszystkim, na czym popadło. Przede wszystkim na skrzypcach i innych smykach. Potrafił naśladować różne style muzyczne i różny folklor. Jego popisy miały duże wzięcie” - dodał.
„Nie wiedziałem, jak się potoczyły jego losy aż do przyjazdu do Polski w 1974 roku na stypendium Fulbrighta. Wtedy u gospodyni kwatery, gdzie mieszkałem, usłyszałem płytę i song o dworcu w Kansas City, gdzie kiedyś byłem. Potem o wiejskim listonoszu i wreszcie o przepięknej wiolonczelistce. Zapytałem, co to za ansambl śpiewa, a ona podała nazwę »Skaldowie«. Pokazała mi okładkę tej płyty i jeszcze dwie inne. Puściła mi je z gramofonu. Bardzo mi się spodobały. Przy jakiejś okazji dowiedziałem się, że Andrzej i Jacek Zielińscy są synami Franciszka Zielińskiego, który przed wojną studiował we Lwowie, po wojnie został muzykiem. Grał w Orkiestrze Polskiego Radia, a teraz szefuje zespołowi artystycznemu »Desant«” – wspominał kurier Polskiego Państwa Podziemnego. „Od razu pomyślałem o moim koledze ze studiów. W pierwszym odruchu przyszło mi do głowy, żeby się z nim spotkać. Coś mnie jednak tknęło i zapytałem moich warszawskich znajomych, czy to dobry pomysł. Szczerze odradzili. »Możesz narobić człowiekowi kłopotu. Przecież ty jesteś amerykańskim profesorem, na dodatek z katolickiego uniwersytetu. »Desant« to zespół wojskowy. A dookoła jest PRL, kraj, który w Układzie Warszawskim z ZSRR na czele ma zwalczać NATO i przewodzącą mu Amerykę«. Nie trzeba mi było powtarzać. Zielińskiego mogliby wziąć po naszym spotkaniu za »amerykańskiego agenta«. Dałem spokój…” – opowiadał Karski, który niestety nigdy nie miał okazji posłuchać „Skaldów” na żywo.
„Cały wolny czas poza pracą poświęciłem dzieciom. Bawiliśmy się razem, uczyliśmy się razem” – wspominał Franciszek Zieliński („Radar” 1970). „Pomagałem im w nauce i w ćwiczeniu na instrumentach. Obaj chłopcy bowiem od dzieciństwa przejawiali duże zainteresowanie muzyką” – dodał. A tej pracy pan Franciszek miał dużo – obok Filharmonii Krakowskiej grywał też w operetce, „bo wtedy ciężko było wyżyć z jednej pensji”.
„Kiedy przyszedł moment wyboru zawodu, od razu wiedziałem, że muszę iść do szkoły muzycznej” - wspominał Jacek Zieliński w książce Marii Szabłowskiej „Cały ten big beat” (1993). „Ten świat niesamowicie mnie pociągał. Była jeszcze jedna rzecz, może drobna ale ważna dla mnie wtedy. Wszyscy koledzy ojca wydawali mi się wesołymi ludźmi. Ciągle opowiadali dowcipy, żartowali, śmiali się. Myślałem sobie, że muzycy to szczęśliwi ludzie” - dodał.
Bardziej doświadczony życiowo ojciec widział jednak przyszłość młodszego syna inaczej. „Kiedy kończyłem liceum muzyczne, cały czas słyszałem od taty: »Jacuś - wystarczy nam już dwóch muzyków w rodzinie. Jest tyle pięknych zawodów: lekarz czy adwokat« - próbował mnie zniechęcić. Ale ja zdecydowałem się zdawać na Akademię Muzyczną w Krakowie” – opowiadał wykonawca piosenki „Śpiewam bo muszę”.
„Krakowska Akademia Muzyczna miała wykształcić braci Zielińskich na muzyków grających w orkiestrach symfonicznych. Jacek uczył się gry na skrzypcach, a Andrzej – na fortepianie. Młodość ma jednak swoje prawa i obaj studenci zainteresowali się tym, czym słuchali ich rówieśnicy na Zachodzie: najpierw jazzem, a potem big-bitem” – napisał Paweł Gzyl w artykule pt. „Bracia Zielińscy: Big-bitowcy spod Wawelu z góralszczyzną we krwi” („Gazeta Krakowska”, 2022).
„Chęć znalezienia odskoczni od muzyki poważnej i zajęcia się czymś bardziej popularnym. Pojawiła się wtedy moda na gitary elektryczne, wywołana przez brytyjski zespół The Shadows. Potem wielkie sukcesy zaczęli odnosić The Beatles. Słuchaliśmy ich na różnych prywatkach. Pojawiła się więc chęć, by też pograć taką muzykę. Początkowo myśleliśmy, że będzie to tylko chwilowa zabawa młodych ludzi” – wyjaśnił cytowany w artykule Jacek Zieliński.
Miał 19 lat, gdy latem 1965 roku wpadał na próby zespołu tworzonego przez brata. Gdy okazało się, że potrzebny jest wokalista, był oczywistym kandydatem. „Wtedy jako skrzypek w tego typu zespole nie miałem co robić” – opowiadał młodszy Zieliński Wacławowi Krupińskiemu. Pozostawał mi jedynie śpiew, dopiero z czasem zacząłem przemycać trąbkę, a następnie skrzypce” – dodał.
„Skrzypce do muzyki rozrywkowej wyraźnie nie pasowały. Do big-beatu – w ogóle” – wspominał Jacek Zieliński.
„Skrzypce był to taki instrument wówczas w Polsce, że wstyd było iść z futerałem po ulicy, bo można było dostać” – przypomniał Andrzej Zieliński w radiowej „Trójce” (1990)
Prócz nietypowych dla rocka instrumentów Jacek Zieliński wniósł do zespołu swój głos. „Dysponując barytonem, musiał nieraz w piosenkach brata śpiewać i wysoko, na co pozwalała mu niemal trzyoktawowa rozpiętość głosu” – przypomniał Wacław Krupiński. „Jacek zawsze dźwigał na sobie ciężar głównego wokalu, co wymaga wielkiej kondycji fizycznej. A Jacek zawsze był bardzo mocny i został taki do dzisiaj, jego potężne płuca pozwalały mu śpiewać i równocześnie grać na trąbce” – przywołał opinię Andrzeja Zielińskiego.
„Skaldowie” przemycili też odniesienia do polskiego folkloru, konkretnie góralskiego. „Mieliśmy to we krwi – bo nasza mama jest rodowitą góralką i często podrzucała nam różne melodie z tego regionu. Szybko okazało się, że podhalański folklor miał najwięcej tego »bitu«, który pasował do muzyki popowej czy rockowej. Te skrzypce i basy powodowały, że to było bardzo rytmiczne granie. Kiedy zagra kapela góralska, to przecież aż noga sama chodzi” – wyjaśnił Jacek Zieliński Pawłowi Gzylowi.
O artystycznych dokonaniach „Skaldów” z udziałem Jacka Zielińskiego napisano wiele – zwyczajnie brakuje miejsca by to wszystko tutaj powtórzyć.
„Skaldowie są pierwszym polskim zespołem, który podniósł muzykę rockową do rangi sztuki" – ocenił Andrzej Ibis-Wróblewski w artykule pt. „Poetyka Skaldów” („Życie Warszawy”, 1972). „Jak zawsze dopisuje im inwencja melodyczna (…) i jak zawsze są polscy” - podkreślił 54 lata temu. I chyba nic się od tamtej pory niewiele się zmieniło.
Tyle tylko, że Jacek Zieliński zmarł dwa lata temu, 6 maja 2024 roku, w wyniku choroby nowotworowej – miał 77 lat.
Paweł Tomczyk (PAP)
top/ aszw/