Przez lata związek Agnieszki Osieckiej i Jerzego Giedroycia był przedmiotem plotek i spekulacji. Różnice między nimi były tak ogromne, że bliskość wydawała się niemożliwa. Ich korespondencja zebrana we właśnie wydanym tomie „Listy rozgrymaszone” pokazuje, że życie realizuje nieprawdopodobne scenariusze.
Przez lata związek Agnieszki Osieckiej i Jerzego Giedroycia był przedmiotem plotek i spekulacji. Różnice między nimi były tak ogromne, że bliskość wydawała się niemożliwa. Ich korespondencja zebrana we właśnie wydanym tomie „Listy rozgrymaszone” pokazuje, że życie realizuje nieprawdopodobne scenariusze.
9 października mija 90 lat od urodzin jednej z najbardziej cenionych polskich poetek, autorki tekstów piosenek. Poza dziełami literackimi ukazały się dzienniki Osieckiej, jej notatki, listy i mogło się wydawać, że o jej życiu wiemy już wszystko. Tymczasem „Listy rozgrymaszone” pokazują zupełnie nowy, niemal nieznany obszar jej życia - związek z redaktorem paryskiej „Kultury”, Jerzym Giedroyciem.
W lecie 1957 roku Agnieszka Osiecka ruszyła autostopem z południa Francji, gdzie z grupą studentów pracowała przy winobraniu, do Maisons-Laffitte, siedziby paryskiej „Kultury”, aby dostarczyć przemycony przez granicę rękopis „Cmentarzy” Hłaski. Mieszkańcy domu zachwycili się Agnieszką, z pełną wzajemnością, bezdzietni Hertzowie bardzo szybko zaczęli traktować ją jak córkę. Ale najgorętszy zachwyt, bynajmniej nie ojcowski, Osiecka wzbudziła w Jerzym Giedroyciu.
„Szara willa pachniała perfumami i fajką, domu pilnował czarny spaniel Black i wszyscy jeszcze żyli. Na górce Józio Czapski, a na dole trójka ludzi, z którymi miałam się poznać i pokochać na całe życie: pustelniczy Giedroyc, Zygmunt Hertz zbudowany z dobroci i gadulstwa, no i – jak powiada Miłosz – zdumiewająca Zosia – opoka domu i wydawnictwa. Jerzy Giedroyc miał na mnie wpływ duchowy niewyobrażalnie silny, wszystko mi poprzestawiał w głowie, zmienił horyzonty, to było jak operacja na mózgu” - opisała później swoje pierwsze wrażenia z wizyty w legendarnym domu Osiecka.
W listach Osiecka wspomina ich wieczorne rozmowy, gdy pozostali domownicy już spali, a oni siedzieli w nocy, paląc papierosy i sącząc koniak. Ostatniej nocy przed jej wyjazdem pocałowali się, ale do niczego ponadto fizycznego między nimi nie dojdzie. Ten romans jest bardziej słownym flirtem i platoniczną fascynacją. „Kiedy się na niego patrzę, żałuję – pierwszy raz w?życiu – że nie mam 20 lat więcej. Tylko nie mówcie o?tym nikomu” - napisze później Agnieszka Osiecka. On z kolei nawiązując do wieku, napisze do niej w ten sposób: „Tego niepokoju nie umiem, nie chcę definiować. Gdybym miał 20 (co najmniej) lat mniej, ten niepokój przyjąłbym jako zapowiedź nie wiem czego, w każdym razie jakiegoś przełomu. Tak widzę w tym tylko klęskę”.
Redaktor „Kultury” sam jest zaskoczony tą falą uczuć, jaka zalała go po przyjeździe Agnieszki. Nie mógł uwierzyć, że zakochał się w dwudziestokilkuletniej kobiecie, która na dodatek jest narzeczoną promowanego przez niego pisarza. O intensywności tego, co przez tych kilka wieczorów wydarzyło się pomiędzy 50-letnim publicystą legendą powojennej emigracji, a 23-letnią początkującą poetką świadczy zachowanie Giedroycia, gdy Osiecka wyjechała do ciotki, do Londynu. 31 października 1957 roku, Jerzy Giedroyc po raz pierwszy i ostatni w życiu przekroczył kanał La Manche – żeby się z nią zobaczyć. „Jego pierwsze zdanie zaczęło się od - »nareszcie«” – opisuje Osiecka spotkanie w hotelowej restauracji. „Pan Jerzy wyglądał tak, jakby przed chwilą wstał od biurka w Lafficie (…) Był prawie zakłopotany, szczeniacki, lubię go za tę minę” – wspomina poetka chwilę, gdy prosił o kolejne spotkanie, nazajutrz.
Kolejnego dnia dostała od redaktora „Kultury” „cztery bukieciki smutnych, londyńskich fiołków”, poza tym Giedroycia okradziono, kiepsko też radził sobie z angielskim i czuł się kompletnie zagubiony w londyńskim deszczu. Rozmawiali m.in. o przyjemności patrzenia na siebie nawzajem, „panice śmierci i panice straconego czasu”. „Gapiłam się na niego bezwstydnie, zachwycona jak cielę” – wspominała. O tym, że Osiecka na serio rozpatrywała pozostanie na emigracji i związek z Giedroyciem, świadczą zapiski z jej dziennika. Trzy lata później pisała: „Moją najtrudniejszą decyzją był powrót do kraju w grudniu 1957 roku. (...) Tamten człowiek nie wiedział, że go kocham. Zatem nie działał. Nie prosił, nie tłumaczył, nie szkodził ani też nie pomagał. Byłam sama, naradzałam się ze sobą” - wspomina Osiecka moment, gdy podejmowała decyzję - czy przyłączyć się do grona domowników Maison-Laffitte, czy powrócić do Warszawy.
„Ten człowiek był bardzo samotny. Był przyzwyczajony do samotności na tyle, na ile można się przyzwyczaić. Przestał umieć porozumiewać się z ludźmi. Chował się. Bał się ludzi. Był nieufny. Dokonałam w tym jakiegoś wyłomu. (…)Do ostatka nie przestaliśmy do siebie mówić »Pan« i »Pani«, chyba myślałam o nim nawet per »pan«, z tym dystansem, jaki stwarzała między nami sytuacja” - wspomina Osiecka Giedroycia i czas, gdy ważyło się jej pozostanie na emigracji.
Giedroyc pisał: „Czy przyślesz fotografię Kikimoro? Tak chciałbym mieć ich więcej, nie tylko to paszportowe zdjęcie, by widzieć Cię całą. Bardzo ładnie o nie proszę. W ogóle to wszystko jest dla mnie dziwne i niezrozumiałe: myślę o Twoim zainteresowaniu się mną. To też „wbrew naturze” Ale wolę o tym nie myśleć, a myśleć tak „mgławicowo” o Tobie, że jesteś, że jesteś śliczna, że mogę napisać głupi list nie licząc się z cenzurą i nawet mniej się bojąc (niesłusznie), że Cię może śmieszyć czy nudzić. Wszystkie myśli Kikimoro. Nie mam odwagi Cię pocałować nawet listownie. Twój pocałunek przyjąłem jak podrostek z poplamionymi atramentem palcami. To zawsze śmieszne, a co powiedzieć, gdy wyrostek jest sędziwym starcem”.
Nielegalne przewiezienie przez granicę opowiadań Hłaski miało dla Osieckiej przykre konsekwencje. Bezpieka zabrała jej paszport na kolejnych siedem lat, co urwało jakąkolwiek wizję na przyszłą relację z Jerzym Giedroyciem. Poetka i pisarz słali do siebie listy, dzwonili, on wysyłał jej kwiaty, co bardzo ją wzruszało, ale zobaczyć się dane im było dopiero w połowie lat 60. Obiecywali sobie wiele wyjaśnić w listach – i na listach ta znajomość się zakończyła. Wymieniali je przez 34 lata.
W listach Giedroyc nazywał Osiecką Kikimorą – uwodzicielskim demonem z mitologii ludowej, a ona bardzo to metaforyczne określenie polubiła. Ona nazywała go Drogim Panem Jerzym, „moim Księciem”, on pisał: „Miła Agnieszko”, „Moja Śliczna i Daleka”, „Najśliczniejsza”. Już na początku korespondencji, w styczniu 1958 roku wyznaje: „po szczenięcu się cieszę, że chce mi Pani mówić po imieniu”. Ale do końca korespondencji forma pan pani co jakiś czas powraca między nimi jako wyraz szacunku, przywiązania do form. Korespondencja dokumentuje codzienność – oboje piją i palą ogromne ilości papierosów, które sobie też przesyłają w listach jako podarunki.
Osiecka stara się opisać redaktorowi „Kultury” polską rzeczywistość. Opisuje też swych kolejnych partnerów, podróże, spotkania. Rzadko padają tu wyznania. A jednak po wielu latach Osiecka napisze: „Kocham Pana i kochałam Pana”, „Utrudnialiśmy sobie życie, które, co tu dużo gadać – ucieka”. „Bo widzi Pan, Jerzy, jest między nami różnica światów i pokoleń, różnica wszystkiego. Dlatego nie mogłam Panu powiedzieć w Londynie, o czy myślę: kochałam Pana. A nie miało to sensu między nami”. Ale w 1968 roku Osiecka wyznaje, że winą za swoje nieudane małżeństwa po części obarcza Giedroycia: „szukałam w ludziach wielkich rzeczy, których nie znajdowałam, bo są tylko w Tobie” i dodaje: „jesteś człowiekiem wielkiego formatu”.
„Korespondencja ta zachwyca z wielu powodów. Nie dlatego, że przekracza i burzy tabu wieku, doświadczenia, relacji i stosowności pomiędzy wybitnym prometeistą i diagnostą skomplikowanych spraw polskiej kultury XX wieku a błyskotliwą studentką, praktykująca w pisaniu. Ale dlatego, że pokazuje Giedroycia jako czułego towarzysza na odległość, który nie boi się słów, który tęskni, czeka, nie śpi w nocy, tylko pisze listy i zamiast literatury i publicystyki wybiera do lektury zgromadzone listy od Agnieszki. Nie kryje się z uczuciami, nie boi kabotyństwa – jest zachwycony i zauroczony młodą intelektualistką, więc nadużywa hiperbolicznych i łzawych określeń, ale ma do tego prawo” - pisze w przedmowie Dawid Maria Osiński.
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. (PAP)
Agata Szwedowicz