Reżyser Barbara Sass. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
„Reżyser kobieta to było coś tak dziwnego, jakaś anomalia prawie” – wspominała zawodowe początki twórczyni takich filmów jak m.in. „Bez miłości”, „Krzyk”, „Dziewczęta z Nowolipek” i „Pokuszenie”. Barbara Sass-Zdort urodziła się 14 października 1936 roku w Łodzi.
„Jej ojciec jako kurator województwa łódzkiego walczył o sprawy nauczycieli, upominał się o małe szkoły w gminach. Rodzina ze strony matki była typowo mieszczańska. Babka – żona łódzkiego przemysłowca – urodziła 16 dzieci” - napisała Barbara Hollender w „Rzeczpospolitej” (2015).
„Cała ta rodzina była inżynierska, a ja wybrałam drogę artystyczną” – wspominała Barbara Sass.
„W latach 50. skończyła liceum, które w Łodzi nazywano »czerwonym klasztorem«. Jej koleżanki zdawały grzecznie na medycynę, politechnikę. Ona myślała o dyplomacji, dziennikarstwie, a najbardziej o reżyserii teatralnej. Ale tam przyjmowano dopiero po studiach, a ona, przystępując do matury, miała zaledwie 16 lat” - przypomniała Barbara Hollender.
„W mojej rodzinie się właściwie na filmy mało chodziło. Moja rodzina chodziła do teatru - ja chodziłam do teatru. Tak, że pierwszym pomysłem w ogóle na zawód u mnie to nie był wcale film, tylko właśnie teatr” - powiedziała Barbara Sass-Zdort w audycji z cyklu „Oczami mistrzów (Notacje Archiwalne SFP)”.
Gdy miała 17 lat, zdała do łódzkiej „Filmówki”. Po drugim roku studiów dostała propozycję, by - „ponieważ jest młoda” - przenieść się na wydział aktorski. „Zawrócili mi trochę w głowie, muszę przyznać. I na tym wydziale aktorskim byłam pół roku. Niestety to była dla mnie jakaś straszna klęska” - wspominała.
Studia reżyserskie ukończyła w 1958 roku. Nakręciła kilka etiud, ale po studiach nie ośmieliła się - i nie miała też za bardzo możliwości - stanąć za kamerą.
„Reżyser kobieta to było coś tak dziwnego, jakaś anomalia prawie. No, była pani Jakubowska, która oczywiście przywędrowała z armią tutaj. Była na zupełnie innych zasadach, ponieważ ona tę kinematografię razem z Fordem (Aleksandrem) zakładała, i ona była taka… męska bardzo. Potem się pojawiły dwie kobiety, które ja pamiętam - to była pani Kaniewska (Maria), no i Ania Sokołowska. One robiły filmy o dzieciach i młodzieży. I dzięki temu miały takie swoje miejsce - że kobieta to o dzieciach i młodzieży. Przedtem mówiło się, że kobieta to przy kuchni. Natomiast dalej to już było bardzo trudno. Nigdy o tym nie mówiłam, bo się wstydziłam takiego wchodzenia: »dajcie mi film, bo jestem kobietą!«. Teraz, z tej perspektywy, mogę powiedzieć, że to był niebagatelny problem” - wspominała Barbara Sass-Zdort.
Zaczęła jako asystentka, potem była drugim reżyserem. Współpracowała z Andrzejem Wajdą przy „Samsonie” (1961), Wojciechem Jerzym Hasem przy „Rękopisie znalezionym w Saragossie” (1964), i Jerzym Skolimowskim przy „Barierze” (1966) oraz „Ręce do góry” (1967). Miała interesujące pomysły, potrafiła pisać dialogi.
„Największą szkołę reżyserii przeszłam w »Rękopisie znalezionym w Saragossie« u Wojtka Hasa” - powiedziała Sass-Zdort w programie telewizyjnym „Niedziela z…” (2010). „On jest dla mnie wzorem reżysera… Uważam, że to jest największy reżyser – niedoceniony kompletnie” - podkreśliła. „Pracę z nim wspominam wspaniale. Nauczyłam się tam nie tylko rzemiosła, ale też stosunku do pracy, stosunku do filmu – jak bardzo trzeba być bezkompromisowym, jak trzeba poświęcić właściwie wszystko dla filmu… Po prostu te półtora roku – bo to półtora roku trwało – było wspaniałym doświadczeniem zawodowym i w ogóle takim ludzkim, prywatnym” - oceniła Sass.
W 1972 roku zrealizowała telewizyjny film „Dziewczyna i gołębie” według opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza.
„Nagle się ocknęłam i zrozumiałam, że chcę pracować na własny rachunek” – powiedziała Barbarze Hollender.
Jej pełnowymiarowym kinowym debiutem był film „Bez miłości” (1980) - Dorota Stalińska zagrała w nim Ewę Bracką, dziennikarkę dążącą „po trupach” do zawodowego sukcesu. Jej rolę można było też odczytać jako pewno rodzaju „aktorską polemikę” z postacią Agnieszki wykreowaną przez Krystynę Jandę w „Człowieku z marmuru” (1976) Andrzeja Wajdy.
„Ja nie byłam osobą przebojową - wręcz odwrotnie, byłam osobą bardzo, można powiedzieć, nieśmiałą” - wspominała Barbara Sass-Zdort. „Napisałam scenariusz - portret osoby, która jest jak gdyby moim przeciwieństwem. Nie wiedziałam zupełnie, kto to zagra - Doroty Stalińskiej nawet w ogóle nie znałam, coś tam o niej słyszałam… Robiłam normalne próbne zdjęcia” - wyjaśniła.
Wszystkie filmy fabularne zrobiła z mężem Wiesławem Zdortem, operatorem. „Bardzo podejrzana byłam… Ponieważ mój mąż był już uznanym, nagrodzonym operatorem, więc - tego się nie mówiło może wprost - czułam sobą taką lekką plotę, że pewnie to nie ja ten film zrobiłam, tylko może ten mąż, który jest taki doświadczony, zrobił” - wspominała. „Przez moment była taka atmosferka, która nie była zbyt przyjemna” - dodała.
Za „Bez miłości” dostała Brązowe Lwy Gdańskie i Nagrodę FIPRESCI w Mannheim. Potem były „Debiutantka” (1981) i „Krzyk” (1982). „Filmy o kobietach silnych i potwornie samotnych” - oceniła Barbara Hollender. „Jej bohaterki były ostre, czasem agresywne, zawsze o silnym charakterze. Krytycy pisali, że filmy Sass to kino kobiece, ale mocne, zrobione szybko, dynamicznie, »męską ręką«” - dodała.
„Kiedy zrobiłam swój pierwszy film »Bez miłości« Jurek Skolimowski, z którym się przyjaźniłam, zadzwonił do mnie z Anglii i powiedział: słuchaj, ty stworzyłaś nowy typ bohaterki, takiej jeszcze nie było” – powiedziała Barbara Sass-Zdort Justynie Jaworskiej („Dialog”, 2009). „W tej chwili się od tego typu uwalniam. Bo na początku lat osiemdziesiątych równie przebojowych, niezależnych kobiet, jak ta grana przez Dorotę, prawie się nie spotykało, a dzisiaj taka jest co druga dziewczyna na ulicy. To przestało być interesujące dla filmu” - dodała. „Zresztą nie robiłam tak naprawdę filmów o sytuacji kobiet, tylko za pomocą moich bohaterek starałam się opowiadać o ludziach w ogóle. Chciałam pokazać samotność, los ludzi pojedynczych. Nie lubię tego mówić, bo to aż krępujące, ale moją podstawową ideą pozostaje to, że człowiek jest gdzieś pod spodem zawsze sam, nawet z najbliższymi” - wyjaśniła.
Ze swoich filmów najbardziej lubiła „Dziewczęta z Nowolipek” i „Rajską jabłoń” (1985). „Nie miały bezczelności innych moich filmów, a jednocześnie nie przekroczyłam w nich bariery taniego sentymentalizmu” - wspominała artystka. „Opowiedziałam o uczuciach” - wyjaśniła.
W tych filmach wystąpiła Dorota Stalińska, praktycznie tworząc z realizatorką duet artystek nierozłączek. W 1990 roku powstała „Niemoralna historia”, opowiadająca o wzajemnym uzależnieniu, czerpaniu z siebie, ambicjach i rywalizacji. Po tym filmie ich drogi artystyczne się rozeszły.
„Samotność jest we mnie” - uważała Barbara Sass-Zdort. „To, co mówię, nie jest skierowane przeciwko mojemu mężowi, synom czy przyjaciołom. Oni są wspaniali. Ja się po prostu z tą samotnością urodziłam. Uważam, że człowiek musi się samodzielnie uporać ze swoimi problemami. I w gruncie rzeczy nikt inny go nie zrozumie do końca” - opowiadała Barbarze Hollender.
W 1995 roku zrealizowała „Pokuszenie” - film, zdaniem wielu najlepszy w jej dorobku, w którym zadebiutowała Magdalena Cielecka. „Jak mnie wybrała do tego filmu, wtedy, w tym 1995 roku, to stała się dla mnie osobą najważniejszą na świecie” - wspominała Cielecka w „Niedziela z…” (2010). „To było jedno z najważniejszych spotkań w moim życiu” - podkreśliła.
Barbara Sass-Zdort była artystką wszechstronną, zrealizowała wiele ważnych spektakli Teatru Telewizji. Wyreżyserowała też ponad 30 przedstawień teatralnych - za najważniejsze uważała wystawione w łódzkim Teatrze im. Jaracza m.in. „Tańce w Ballybeg” (1994) i w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie: „Idiotę” (2002) oraz „Czarodziejską górę” (2004).
„Sass jest surowa - przede wszystkim względem siebie. Trzyma się krótko” - ocenił Jacek Wakar w recenzji krakowskiego „Idioty” zatytułowanej „Ogień i lód” („Teatr”, 2002). „W jej czterogodzinnym widowisku trudno znaleźć niepotrzebną chwilę. Wszystko na swoim miejscu - ciemność, światło, pauzy, kulminacje. Rozedrgany szalony świat ludzi Dostojewskiego, świat, którego żadną miarą nie da się okiełznać. I sceniczny świat Barbary Sass - świat precyzji, porządku i konsekwencji. W nim nie ma miejsca na przypadek ani na rzeczy niekonieczne” - napisał.
„Spodziewałem się wszystkiego najgorszego i zdziwiło mnie, że kobieta dała sobie z Dostojewskim radę, gdyż świat jego powieści w żadnym wypadku nie jest światem kobiet. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony” - napisał Jan Nowicki („Didaskalia”, 2002), pamiętny odtwórca Rogożyna w „Nastazji Filipownej” (1977) Andrzeja Wajdy według „Idioty” Dostojewskiego.
W swoim ostatnim filmie, „W imieniu diabła” (2011), Barbara Sass-Zdort nawiązała do historii zbuntowanych sióstr Betanek z Kazimierza Dolnego, by pokazać manipulację, powstawanie totalitaryzmu, indoktrynację zwyczajnych ludzi. „Powrót na plan dał mi tyle radości, że bardzo chciałabym natychmiast zrobić następny film” - powiedziała po premierze.
Barbara Sass-Zdort, zmarła 2 kwietnia 2015 roku. Pracowała właśnie nad „Pokojówkami” Jeana Geneta, które Teatr Dramatyczny miał pokazać w maju - do premiery nie doszło.
„Poczuła ból w brzuchu, który narastał. Pogotowie zabrało ją do szpitala, gdzie zmarła na stole operacyjnym” - napisał Jacek Szczerba we „Wspomnieniu” na stronie odeszli.pl.
„Pani Barbara bardzo cieszyła się na realizację tekstu Geneta. Na pierwszej próbie czytanej żartowała, że kilka razy próbowała zmierzyć się z »Pokojówkami«, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Tym razem była to śmierć” - powiedział Tadeusz Słobodzianek, ówczesny dyrektor Teatru Dramatycznego. „To wielka strata dla polskiej kultury” - ocenił.
Kilka dni przed śmiercią artystki odbyło się nagranie programu telewizyjnego „Niedziela z Barbarą Sass”. „My, czyli aktorki grające dziewczęta z Nowolipek w jej filmie, m.in. Ewa Kasprzyk, Marysia Ciunelis i Marta Klubowicz, przyniosłyśmy Basi kosz kwiatów. Na co ona krzyknęła: »O Boże, takie nagrobne kwiaty, a ja jeszcze przecież nie umieram«. Aż trudno w to uwierzyć…” - wspominała Dorota Stalińska cytowana w „Dzienniku Polskim” (2015).
Paweł Tomczyk (PAP)
top/ aszw/