Regina Schilling. Fot. Friedemann Vogel
Staraliśmy się ukazać Ingeborg Bachmann jako kobietę z krwi i kości, a nie poetycki mit - mówi PAP niemiecka reżyserka Regina Schilling. Jej film „Ingeborg Bachmann - ktoś, kim kiedyś byłam” z Sandrą Hüller w roli głównej pokazywany jest podczas 42. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego.
To dziewiąty film w dorobku niemieckiej reżyserki, autorki także m.in. „Igor Levit - No Fear” (2022), „Bierbichler” (2007) i „Titos Brille” (2014), laureatki Nagrody Grimme, Niemieckiej Nagrody Telewizyjnej czy Nagrody 3Sat za film dokumentalny. Jej nowe dzieło przedstawia dzień z życia Bachmann, niedługo przed jej tragiczną śmiercią. „Regina Schilling cierpliwie przegląda jej osobiste archiwum – pełne osobistych zapisków, zdjęć i udzielonych wywiadów, ale przede wszystkim postanawia w niepowtarzalny sposób odtworzyć jeden dzień z życia Bachmann i zaprasza do tej roli Sandrę Hüller” - napisano w zapowiedzi filmu na stronie stołecznego festiwalu - „Film jest mozaiką kolejnych etapów z życia autorki: od naznaczonego wojną dzieciństwa, przez zaangażowanie w działania słynnej Gruppe 47, po tragiczną śmierć w Rzymie. W tle rozgrywa się nieustająca walka o własny język – rozdarty między pragnieniem uznania a kryzysem egzystencjalnym”.
PAP: Czy Ingeborg Bachmann to zapomniana klasyczka XX-wiecznej literatury?
Regina Schilling: W Niemczech, Austrii i Szwajcarii, a więc krajach niemieckojęzycznych, jest oczywiście ceniona i znana. Długo jednak była to sława związana z jej wizerunkiem, dramatem życiowym, przedwczesną śmiercią w płomieniach. Dla wielu była wzorem, idolem, ale pozostawała daleka, nieprzystępna. Przygotowując się do pracy nad tym filmem, ponownie przeczytałam wszystko, co napisała. Raz jeszcze — po raz pierwszy zetknęłam się z jej twórczością, gdy miałam 17 czy 18 lat. Teraz dostrzegłam, jak aktualna, wizjonerska, wyprzedzająca swoje czasy było jej dzieło. I to właśnie była główna rzecz, jaką chciałam przekazać poprzez ten film. Popatrzcie na tę pisarkę, artystkę, tak inteligentną i twardą, jak jest nam bliska. Szczególnie w jej pracach prozatorskich, choć krytycy z pewną niechęcią przyjmowali ją w takiej roli.
PAP: Na zasadzie: poezja to domena kobiet, a proza — mężczyzn?
R.S.: Tak myślę. To znaczy jakby więcej, jeśli napisze się wielką powieść, jak Proust, Tołstoj, Balzak czy Mann. Oczywiście dziś to przekonanie nie jest już aktualne. Na poezję wskazywano jako bardziej odpowiednią dla kobiet. A proza Bachmann jest bardzo feministyczna. Nie znosili tego. Dziennikarze dopytywali, dlaczego nie pisze już wierszy? Może jednak do nich wróci? Woleli ją jako poetkę. Ale ona wytrwała w swojej decyzji.
PAP: Czy jej biografia to temat, z którym chciała się pani zmierzyć od dawna? Czy stanowi dobry przedmiot opowieści filmowej?
R.S.: Pracuję jako reżyserka filmów dokumentalnych już od 25 lat i nigdy nie przeszło mi to nawet przez głowę, by poświęcić któryś właśnie jej. Trudno kręci się dokumenty o literaturze, a w jej przypadku dodatkową trudnością jest niewielka liczba wizualnych materiałów archiwalnych. Dziś to rzecz prawie nie do wiary. Literatura od zawsze była dla mnie ważna, studiowałam literaturoznawstwo, odpowiadałam za program festiwali literackiego w Kolonii, a przez te wszystkie lata nie wpadłam na pomysł, by nakręcić coś o Bachmann. Ale to się zmieniło — z jednej strony wypadła setna rocznica jej urodzin, a z drugiej — namówiła mnie Sandra Hüller, z którą się znamy i której od dawna mówiłam, że przypomina mi Ingeborg Bachmann. „Musisz ją zagrać! Ktoś powinien napisać o niej scenariusz”, mówiłam, a Sandra odparła: „No to może ty go napisz”. Ale przecież robię filmy dokumentalne! Udało nam się jednak znaleźć właściwą formę dla tej opowieści.
PAP: Czy dziś proza Bachmann i tematy, jakie w niej poruszała, są bardziej zrozumiałe, niż dla czytelnika jej czasów?
R.S.: Chyba rzeczywiście tak jest. Pisała na przykład o przemocy wobec kobiet, nawet kobietobójstwie tylko przez wzgląd na to, że są kobietami. Prowadziła dziennik, w którym zapisywała przykłady takiej przemocy, wycinała wiadomości z gazet. Pisała „mężczyźni wyjaśniają mi świat” na wiele lat przed ukazaniem się książki Rebekki Solnit. Wyprzedzała swoje czasy.
PAP: Rozumiem, że od samego początku w roli głównej wystąpić miała Sandra Hüller?
R.S.: Powiedziałam jej nawet, że jeśli się nie zgodzi, nie poproszę nikogo innego. Znalazłabym sposób, by zrobić ten film, ale było dla mnie zupełnie jasne, że ona po prostu musi to zrobić. Może dlatego się zgodziła. Byłam bardzo zdecydowana, nie zniosłabym sprzeciwu. Może obawiała się nieco pracy z reżyserką filmów dokumentalnych, ale uprzedziłam ją, że nie będę jej ściśle kontrolować, że stawiamy na improwizację, którą dobrze zna z teatru. Mówiła mi często, że nie chce „zagrać” Ingeborg Bachmann, tylko użyczyć jej swojego ciała i głosu. Dla mnie działa w tym filmie jak medium, choć Sandra by się pewnie sprzeciwiła. Pewnie by powiedziała, że to zbyt ezoteryczne.
PAP: Czy niedobór materiałów filmowych był wielką trudnością, czy — paradoksalnie — ułatwieniem? I czy to z tego powodu zdecydowała się pani na taką niecałkowicie dokumentalną formę filmu?
R.S.: Z pewnością. Chciałam dodać jeszcze jeden poziom do jej historii. Działała nasza wyobraźnia - to opowieść o jednym dniu w życiu Bachmann. Nie dopowiadamy czy to ostatni dzień jej życia, to pozostawiam do interpretacji widza. Staraliśmy się ukazać ją jako kobietę z krwi i kości, a nie tylko poetycki mit. To moja fantazja na temat tego, jak żyła, ale oparta na źródłach, biografiach i dziennikach. Mogło tak być, ale mogło być też nieco inaczej.
42. Warszawski Festiwal Filmowy odbywa się w dniach 9-18 października w kinach Atlantic, Luna, Iluzjon, a także w Kinotece, Kinomuzeum MSN, Varso Tower i w sali Pod Pelikanem. (PAP)
pj/ dki/