Wystawa "Alina Szapocznikow / Nairy Baghramian", w Zachęcie. Fot. PAP/Szymon Pulcyn
Szapocznikow należała do prekursorek wykorzystywania własnego ciała jako środka ekspresji, także ciała erotycznego. W swojej twórczości diagnozowała społeczeństwo, a jej diagnoza była okrutna i radykalna, choć pełna dowcipu — powiedział PAP Marek Beylin, autor pierwszej biografii rzeźbiarki „Ferwor”, dziennikarz i publicysta.
Polska Agencja Prasowa: Alina Szapocznikow przez lata była znana głównie w określonych kręgach. Czy teraz można już mówić o niej jako o artystce głównego nurtu?
Marek Beylin: Dzisiaj widzimy ją jako jedną z największych artystek rzeźbiarek XX w., ale jest to konstatacja w gruncie rzeczy niedawna. To słuszne dla niej uznanie przyszło dwie, może trzy dekady temu. Wcześniej funkcjonowała jako artystka wybitna w wąskim kręgu i kompletnie nieznana szerzej publiczności.
Do dziś zresztą nie weszła do szerokiej społecznej wyobraźni czy do kultury masowej, nie można jej nazwać artystką ikoniczną. Jest jednocześnie uznaną, wybitną rzeźbiarką, a zarazem niespecjalnie znaną.
PAP: W tym roku jest wyjątkowo fetowana, m.in. ze względu na 100. rocznicę jej urodzin, ale rzeczywiście przez lata była w cieniu bardziej kanonicznych postaci swojej epoki. Z czego wynika to opóźnione uznanie i dlaczego Szapocznikow tak przemawia do współczesnej publiczności?
M.B.: Brak uznania za życia przełożył się potem na długoletni brak uznania pośmiertnego. Przyczyniło się do tego kilka kwestii. Przede wszystkim była kobietą w patriarchalnym społeczeństwie, wtedy mocarnym. Opisywała na przykład, jak pojechała do Nowego Jorku i rozmawiała ze znanym galerzystą, proponując mu swoją twórczość. A on powiedział: „Pani jest za ładna na artystkę. Powinna pani jechać do Hollywood, a nie zajmować się twórczością”.
Taki był z grubsza stosunek ówczesnego męskiego świata — także świata sztuki — do kobiet. Ale zmagała się nie tylko z barierą genderową. Były też bariery polityczne i społeczne. W Polsce Szapocznikow nie mogła się rozwijać tak, jak chciała, dlatego wyjechała do Francji. Tam mogła eksperymentować, miała dostęp do materiałów i zyskała wolność twórczą. Jednak w Paryżu była postrzegana jako artystka interesująca, ale obca, bo pochodziła ze Wschodu.
Francja chętnie gościła artystki i artystów ze wschodniej Europy, dopóki przyjeżdżali na jakiś czas. Kiedy jednak aspirowali do wejścia w jej kręgi na stałe, napotykali poważne bariery. Sztuka francuska w dużej mierze była zanurzona w sobie, we francuskiej mitologii wielkości, więc było mało miejsca na takie partnerstwo.
Podobnie było w Stanach Zjednoczonych, które wówczas zdobywały świat jako kolejne centrum sztuki światowej i nie interesowały się Europą. Wszystko to sprawiało, że Szapocznikow miała pod górkę.
PAP: Jej twórczość bez problemu wkroczyła jednak w XXI w. Czy jej praktyki były szczególnie nowatorskie względem czasów, w których tworzyła?
M.B.: Przede wszystkim była to nieustępliwa eksperymentatorka. Należała do prekursorek wykorzystywania własnego ciała jako środka ekspresji artystycznej. Także, co istotne i pionierskie — uczyniła z erotyki równoprawny instrument ekspresji artystycznej. Grała też z tradycją rzeźby. Od tworzenia ciężkich materialnych rzeźb przechodziła do sztuki konceptualnej, której materia stawała się ulotna lub była niemal całkiem unicestwiona. Również jej okrutna, radykalna, choć pełna dowcipu diagnoza społeczeństwa była śmiała jak na ówczesne czasy. Wszystkie te wątki były później kontynuowane w sztuce światowej, więc Szapocznikow ma dzisiaj zasłużoną pozycję jako ich pionierka.
PAP: Jakie zmiany w świecie sztuki sprawiły, że drzwi dla takich artystek jak ona jednak zostały otwarte?
M.B.: Przede wszystkim potężne zmiany genderowe i osłabienie świata patriarchalnego. Dodam, że Szapocznikow niemało się do tego przyłożyła. Była bardzo bystra i samoświadoma. Już o tym wspomnieliśmy, więc tylko dodam, że portretując społeczeństwo patriarchalne, zwłaszcza we Francji, portretowała też to, jak ją to społeczeństwo, w tym elity sztuki, widziało. A widziało ją jako obcą, byt niemal spotworniały, a w każdym razie taki, którego nie należy traktować poważnie. Te wątki w jej sztuce istnieją bardzo silnie.
Ewolucje społeczne, które nastąpiły w ciągu kilku dekad, docenienie tego, że kobiety są i powinny być widzialne nie tylko w sztuce, ale w ogóle we wszelakich aktywnościach społecznych, intelektualnych i twórczych, w dużej mierze wpłynęło na jej dzisiejszą pozycję. Choć, rzecz jasna, gdyby nie miała wielkiego talentu, te zmiany społeczne niewiele by dały.
PAP: Czy dzisiaj jesteśmy w stanie lepiej odczytać Szapocznikow, ponieważ zmienił się język, którym mówimy o cielesności, seksualności, chorobie i doświadczeniu kobiecym?
M.B.: Oczywiście. Doświadczenie kobiece weszło szerokim frontem do głównego nurtu kultury i szczęśliwie Szapocznikow z tego skorzystała. To, co było uważane za kobiecą prywatność — słabość ciała, choroba — przestało być, jak wówczas często sądzono, niestosowne w „prawdziwej” sztuce. Stało się jednym z ważnych tematów współczesnej kultury.
Szapocznikow radziła sobie z chorobą, eksperymentując w sztuce. Nie popadała w czarną dziurę bólu i nieszczęścia, tylko tworzyła z choroby interesujący obiekt, który można opisywać twórczo, ale też z humorem i dystansem. Tak zresztą dokumentowała swą chorobę i umieranie.
Nie dała się również zamknąć w traumach po Zagładzie, choć na pewno one w niej tkwiły. Umknęła machinie śmierci, a cud ocalenia dodał jej sił i energii do tego, żeby żyć i tworzyć. Wybrała życie od nowa. Tym bardziej bolesne musiały być dla niej bariery, które napotykała. Ale nie dała się pokonać traumie, mimo koszmarnych doświadczeń chciała żyć po swojemu i iść do przodu.
PAP: Czy twórczość Szapocznikow, odczytywana przez pryzmat historii XX wieku, pozwala nam zobaczyć również twórczynię, której prace mówią o mechanizmach świata, w którym żyła?
M.B.: Szapocznikow w swojej sztuce zajmowała się najważniejszymi doświadczeniami XX w., m.in. Zagładą i doświadczeniem totalitaryzmu. To były jej doświadczenia. Rozliczała świat z tych horrorów. Bezwzględnie, ale też dowcipnie demaskowała społeczeństwo, w którym przyszło jej żyć. Jej sztuka opowiada o społecznych dyskryminacjach, o przemocowości świata, o tępym kulcie konsumpcji.
PAP: Często mówimy o ponadczasowości dzieł sztuki. Czy w przypadku Szapocznikow takie określenie jest uzasadnione?
M.B.: Problemy, które poruszała za pośrednictwem twórczości, są bardzo aktualne. Eksperymenty z tradycjami artystycznymi wciąż napędzają rozwój sztuki. Diagnozy społeczne dotyczące społeczeństwa pełnego barier, w tym płciowych, pozostają niezmiennie ważne.
Natomiast tzw. ponadczasowość sztuki jest nieustająco rewidowana przez każdą epokę i każde pokolenie twórców i twórczyń, które nadchodzi. W tym sensie ponadczasowość zawsze jest ograniczona do tego momentu, w którym jesteśmy. Na razie każde z pokoleń odnajdywało własne wątki i problemy w twórczości Szapocznikow. Mam nadzieję, że kolejne również je znajdą.
PAP: Jest pan autorem pierwszej biografii poświęconej Alinie Szapocznikow pt. „Ferwor”. Dlaczego zdecydował pan uczcić artystkę w taki sposób?
M.B.: Nie wiem, czy chciałem ją uczcić. Na pewno chciałem ją zobaczyć pełniej, niż widziałem ją wcześniej. Zawsze uważałem ją za artystkę wybitną i wyrywającą się z ram swojej epoki, ale zaciekawiła mnie zwłaszcza jej artystyczna osobność.
PAP: Po pierwszym wydaniu „Ferworu” w 2015 r. nakład szybko się wyczerpał. Spodziewał się pan takiego zainteresowania? Co mówi nam to o odbiorze artystki?
M.B.: To była, oczywiście, miła wiadomość. Zresztą właśnie ukazało się wznowienie „Ferworu”, z drobnymi poprawkami. A co do odbioru Szapocznikow, powtórzę: jej twórczość wciąż nie przedostała się do szerszej wyobraźni. Co ma też bardzo przyziemne konsekwencje, na przykład nie umówi się pani w Warszawie na skwerze Szapocznikow, bo takiego skweru ani tym bardziej takiej ulicy nie ma. Jest tylko alejka w niewielkim bocznym parku.
Rozmawiała Maria Kuliś
Wystawę „Alina Szapocznikow / Nairy Baghramian” w Zachęcie można oglądać do 31 stycznia 2027. Polska Agencja Prasowa jest patronem medialnym wydarzenia.
Marek Beylin jest publicystą i komentatorem „Gazety Wyborczej”, gdzie pisze o polityce, problemach społecznych, demokracji i kulturze. Z wykształcenia jest historykiem sztuki. Jest autorem pierwszej biograficznej książki o Alinie Szapocznikow. W „Ferworze” (wydanym w 2015 r. nakładem wydawnictwa Karakter oraz Muzeum Sztuki Nowoczesnej) rekonstruuje losy rzeźbiarki na artystycznym, obyczajowym i politycznym tle Polski i Europy. (PAP)
maku/ miś/