Jacek Gmoch na ławce trenerskiej. Fot. PAP/Jan Morek
W październiku 1976 r. od wyjazdowego zwycięstwa z Portugalią 2:0 w eliminacjach mistrzostw świata kierowanie piłkarską reprezentacją Polski rozpoczął Jacek Gmoch. Jego era to był czas sukcesów, ale i — zdaniem niektórych — niewykorzystanych szans.
16 października 1976 roku polska reprezentacja pokonała na Estadio das Antas w Porto Portugalię 2:0. Obie bramki zdobył Grzegorz Lato. Był to pierwszy oficjalny mecz reprezentacji pod selekcjonerskim kierunkiem Gmocha, który objął tę funkcję zaledwie dwa miesiące wcześniej po legendarnym Kazimierzu Górskim.
W tamtych latach reprezentacja Portugalii była nieco niżej notowana niż w ostatnim ćwierćwieczu, nie grali w niej już zawodnicy na miarę Eusebio, bohatera mundialu z 1966 roku, a jeszcze nie było Luisa Figo czy Cristiano Ronaldo, zaś Benfica Lizbona czy FC Porto nie odnosiły takich sukcesów jak dekadę czy dwie później.
Portugalia w przeciwieństwie do Polski nie grała też w MŚ w 1974 roku. Niemniej wyjazdowe zwycięstwo nad ekipą prowadzoną przez trenera Jose Pedroto słusznie uznano wtedy za duży sukces nowego selekcjonera i prowadzonej przez niego drużyny.
Potem się okazało, że to zapewne właśnie ten mecz zdecydował o awansie Polski na mundial w 1978 roku. Portugalia była najsilniejszym rywalem w grupie eliminacyjnej. Podobnie jak Polska dwukrotnie pokonała Danię i Cypr, zaś w rewanżu w Chorzowie - rok po meczu w Porto - padł remis 1:1, który dał awans ekipie Gmocha.
Mecz w Porto przed 50 laty był o tyle symboliczny, że przygotowania do niego były charakterystyczne dla dosyć niekonwencjonalnego jak na tamte czasy sposobu kierowania reprezentacją przez nowego selekcjonera. Tak jak niekonwencjonalny i na swój sposób wyjątkowy był sam selekcjoner.

Gmoch został nim dosyć niespodziewanie. Był co prawda znany w świecie piłkarskim, w latach 60. był czołowym zawodnikiem Legii Warszawa i reprezentantem Polski (jego karierę piłkarska przerwała skomplikowana kontuzja), a na początku lat 70. jednym z asystentów Górskiego i twórcą tzw. banku informacji. Jednak uprawnienia trenerskie zdobył niedługo przed objęciem reprezentacji, nigdy samodzielnie nie prowadził żadnego zespołu klubowego. Bezpośrednio przed przejęciem kadry przebywał zaś na niezwiązanym z futbolem stypendium w USA, podczas którego pracował nad doktoratem. Był bowiem absolwentem i pracownikiem naukowym Politechniki Warszawskiej, na której studia łączył wcześniej z karierą piłkarską na najwyższym poziomie, co wtedy nie było częste.
Górski rekomendował na swoje miejsce Andrzeja Strejlaua, jednak Gmoch miał poparcie w strukturach władzy PRL, poza tym emanował pewnością siebie i przedstawiał się jako fachowiec, który do piłki podchodzi w naukowy sposób.
Dziś w rozmowie z PAP Jacek Gmoch zwrócił uwagę, że był nie tylko magistrem inżynierem po Politechnice Warszawskiej, ale także „przeniósł inżynierię do piłki nożnej”. Jak dodał, zdecydował się na objęcie funkcji selekcjonera, choć w USA prezes Fundacji Kopernikańskiej Edward Piszek, który zapewnił mu stypendium, gwarantował Gmochowi i jego żonie także pracę, a synowi szkołę.
Niezależnie od tego Gmoch przedstawił wtedy Piszkowi koncepcję rozwoju piłki nożnej w USA, co ten ostatni miał wesprzeć. - Z tego wszystkiego zrezygnowałem, by objąć reprezentację — powiedział PAP były selekcjoner.
Od razu po objęciu kadry wprowadził zupełnie nowatorskie jak na tamte czasy metody. Jak sam opisywał w wydanej tuż przed mundialem w Argentynie książce „Alchemia futbolu”, zdecydował się np. na zatrudnienie specjalisty od komputerów (rok 1976!), który wyliczył mu szanse Polaków w meczach z poszczególnymi rywalami.
„Komputer wyliczył, że awansujemy przy zdobyciu 10 punktów na 12 możliwych pod warunkiem, że nie stracimy tych punktów z drużyną X, która zabierze te punkty drużynie Y” - pisał w „Alchemii futbolu”. Zatrudnił również przy drużynie kobietę-psychologa, co było wtedy zupełnym novum.
Oświadczył też, że dotychczasowa, opierająca się na mniej więcej tych samych zawodnikach kadra Górskiego, przestaje istnieć, a z Portugalią mają szanse zagrać ci, którzy są aktualnie najlepsi. Na przedmeczowe zgrupowanie powołał 40 zawodników z klubów I, II, a nawet III ligi, spośród których miała być wyłoniona jedenastka, jaka wybiegnie na murawę. Nagle więc w reprezentacji zabrakło miejsca dla Jana Tomaszewskiego, Jerzego Gorgonia, Zygmunta Maszczyka, Lesława Ćmikiewicza, Kazimierza Kmiecika czy Antoniego Szymanowskiego, czyli filarów ekipy Górskiego. W przypadku tego ostatniego zdecydował np. fakt, że nie dostosował się do wprowadzonych przez Gmocha nowych zasad i nie dostarczył na czas testów wydolnościowych.
Gmoch przyznaje dziś, że dzięki wprowadzonej przez siebie metodzie selekcji przed meczem z Portugalią udało się pozyskać do kadry takie talenty, jak Stanisław Terlecki czy w następnych miesiącach Adam Nawałka oraz Andrzej Iwan. Zaś konsultacje obejmujące także III ligę pozwoliły wyłowić np. Stefana Majewskiego, który w następnych latach także zrobił reprezentacyjną karierę.
- Pomysł polegał na tym, by stworzyć konkurencję między zawodnikami. Wiedziałem, że ci, którzy grali u Górskiego, potrafią grać w piłkę, tylko trzeba było stworzyć model motywacyjny. Gdy pojawili się potencjalni następcy, starszych zawodników zmusiło to do pracy nad formą, więc z czasem wrócili do drużyny — tłumaczył.
Przed samym meczem w Porto selekcjoner wprowadził też inne nowinki. Ponieważ spotkanie miało być rozegrane późnym wieczorem, Gmoch zarządził sparingi kadry na posiadającym sztuczne oświetlenie stadionie Legii (z Polonią Warszawa i Ursusem) o bardzo później godzinie.
Próbował też zebrać swoim zwyczajem jak najwięcej informacji o ekipie rywali. W tym celu wysłał nowego szefa banku informacji Bernarda Blauta do Portugalii, by sfilmował trening tej drużyny. Gospodarze postanowili jednak polskim rywalom nie ułatwiać zadania i nie wpuszczali nikogo nawet w okolicę boiska, na którym trenowała reprezentacja. Towarzyszący Blautowi kamerzysta wspiął się jednak na okoliczny słup i potajemnie sfilmował trening przeciwników.
Portugalczycy postanowili zresztą notorycznie rzucać Polakom kłody pod nogi. Nie pozwolili polskiej ekipie np. na zwyczajowy trening przed meczem na murawie Estadio das Antas. Reprezentacja Gmocha trenowała więc na trawniku przed hotelem. Bezpośrednio przed meczem nie wpuścili polskiej ekipy na murawę, nawet na rozgrzewkę, która musiała się odbyć na bocznym boisku. Wszystkie te przeciwności zapewne dodatkowo zmobilizowały polską ekipę, co miało przełożenie na wynik.
W Porto reprezentacji Polski pomogła też charakterystyczna dla Gmocha przebiegłość w ustalaniu taktyki. Postanowił zaskoczyć rywali, obsadzając np. pomocnika Henryka Kasperczaka w roli libero, kapitanowi Kazimierzowi Deynie każąc grać na środku ataku, a Andrzejowi Szarmachowi w pomocy.
Sprawdzili się również debiutanci, których selekcjoner powołał kilku, a na boisku wystąpiło dwóch - bramkarz Zygmunt Kukla i skrzydłowy Stanisław Terlecki. Obaj stali się w następnych latach podstawowymi zawodnikami kadry, a zdaniem Gmocha, gdyby z mundialu 1978 Terleckiego nie wyeliminowała kontuzja, wynik w Argentynie byłby jeszcze lepszy. Już w Porto Terlecki zaskoczył Portugalczyków szybkością i wyszkoleniem technicznym. Kluczowa była oczywiście postawa strzelca dwóch bramek Grzegorza Laty, który nie po raz pierwszy znalazł się akurat tam, gdzie powinien.
Ten mecz naznaczył cały okres kierowania kadrą przez Gmocha. Nie tylko dlatego, że de facto przyniósł awans na mundial. Przede wszystkim wykazał selekcjonerowi, że jego metoda zarządzania kadrą jest trafna. A metoda ta, choć sprawdziła się w eliminacjach w meczach z drużynami jednak spoza ścisłej światowej czołówki, już na turnieju w Argentynie wykazała swoje słabe punkty.
Choć Gmoch dysponował ekipą nominalnie najsilniejszą w dziejach występów biało-czerwonych w MŚ (niemal cała „srebrna jedenastka” Górskiego z 1974 roku plus Włodzimierz Lubański, który w czasach Gmocha po trzech latach przerwy wrócił do reprezentacji, a także utalentowani Zbigniew Boniek, Nawałka czy Iwan), Polacy doszli „tylko” do miejsc 5-8. Okazali się za słabi na Argentynę (gospodarzy i późniejszych mistrzów świata) oraz Brazylię.
Właśnie w meczu z Argentyną Gmoch, ufny w taktyczny spryt, podobnie jak w Porto kazał grać na pozycji stopera Kasperczakowi, zamiast rosłemu Gorgoniowi. W efekcie argentyński gwiazdor Mario Kempes, który w 1974 roku w Stuttgarcie został skutecznie zneutralizowany przez Gorgonia, strzelił Polakom pierwszą bramkę głową, mimo asysty Kasperczaka.
Na mundialu w Argentynie okazało się też, że przyjęcie naukowych metod i dokładne obliczenia to nie wszystko. Gmochowi zabrakło tego, co miał jego poprzednik Kazimierz Górski, tj. piłkarskiej intuicji oraz umiejętności budowy zgranego kolektywu, który dogaduje się także poza boiskiem. W każdym praktycznie meczu reprezentacja grała w innym składzie oraz ustawieniu, bo tak Gmochowi wychodziło z obliczeń, co jednak nie sprzyjało zgraniu. Okazało się też, że promowana przez selekcjonera wzajemna rywalizacja ma granice z punktu widzenia interesu drużyny - zgodnie z wieloma relacjami kadra podczas pobytu w Argentynie była skłócona.
W efekcie występ w Argentynie nie został uznany za sukces, do czego przyczyniły się przypisywane selekcjonerowi zapowiedzi, że zdobędzie mistrzostwo świata. Które dobrze wpisywały się w gierkowską „propagandę sukcesu”, przeżywającą właśnie swoje apogeum. A nawiązywały do podobnej — zrealizowanej — deklaracji trenera siatkarzy Huberta Wagnera, że zdobędzie olimpijskie złoto.
Z perspektywy blisko 50 lat osiągnięty przez Gmocha rezultat należy jednak uznać za sukces. Zwłaszcza jeśli np. porówna się przebieg meczu z Argentyną w 1978 roku z meczem z tym samym rywalem na mundialu w Katarze w 2022. Oba zakończyły się porażką Polski 0:2, a także oba te mundiale Argentyńczycy później wygrali. Jednak o ile w Rosario walczyły ze sobą dwie niemal równorzędne ekipy, o tyle w Katarze porażka tylko 0:2 była dla reprezentacji Polski wyjątkowo szczęśliwa.
Sam Gmoch dziś zapewnia, że wtedy w Argentynie nie było szans, żeby pokonać gospodarzy, bo władze tego kraju zrobiły bardzo wiele, także w sferze pozasportowej, by wygrać turniej.
- Dyktator Jorge Videla przeznaczył na to wagon złota. Niektórzy twierdzą, że miałem lepszą drużynę niż Górski, a tego nie wykorzystałem. Trzeba pamiętać, gdzie te mistrzostwa się odbywały. A FIFA była od zarania organizacją „do kupienia” i to się nie zmieniło — dodał.
Zapewnił też, że nigdy nie zapowiadał, że zdobędzie mistrzostwo świata, a za taki przekaz była odpowiedzialna wyłącznie gierkowska propaganda. I to również rywale polityczni Gierka, dążący do obalenia I sekretarza KC PZPR, mieli — zdaniem Gmocha — wpływ na wynik Polaków na MŚ 1978. Zakładali bowiem, że sukces piłkarzy umocni Gierka.
- Ówczesny prezes PZPN Edward Sznajder (wtedy też członek rządu PRL - PAP) miał być podobno nawet premierem po odejściu Gierka. I to on w największym stopniu zdemotywował drużynę przed najważniejszym meczem — ocenił Gmoch.
Według niego krótko przed spotkaniem z gospodarzami mundialu Włodzimierz Lubański dowiedział się od reprezentanta Holandii Johana Boskampa, który też grał wtedy w Belgii, że Adidas wszystkim drużynom, które grają w strojach i butach tej firmy, płaci po 15 tysięcy dolarów.
- Niestety Włodek powtórzył to kolegom z drużyny. W noc przed meczem z Argentyną poszliśmy więc razem z nim i kilkoma innymi zawodnikami do Sznajdera z pytaniem, czy to prawda. Wcześniej w rozmowie ze mną prezes zaprzeczał. Gdy rozmawialiśmy z nim wspólnie, potwierdził, że są pieniądze od Adidasa, ale nie należą one do zawodników, tylko otrzyma je Centralny Ośrodek Sportu. Nie można było bardziej zdemotywować drużyny przed kluczowym meczem — wspominał Gmoch.
Selekcjoner w niekonwencjonalny sposób także rozstał się z reprezentacją. Mimo złej atmosfery po argentyńskim turnieju i niechęci w środowisku piłkarskim — było wielu takich, którzy czekali na jego potknięcie — Gmoch nie odszedł od razu po mundialu, jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach. Poprowadził jeszcze kadrę w dwóch meczach jesienią 1978 roku - towarzyskim z Finlandią w Helsinkach oraz pierwszym meczu w eliminacjach mistrzostw Europy 1980 z Islandią w Reykjaviku. Oba zostały wygrane po 2:0, mimo to selekcjonera odwołano i został zastąpiony przez Ryszarda Kuleszę.
On sam wyjaśnił, że gotów był dalej prowadzić kadrę, choć jego zdaniem tuż po turnieju w Argentynie prezes Sznajder zaczął budować opozycje przeciw niemu i zainspirował m.in. powstanie listu, pod którym podpisali się asystenci Gmocha. Decydująca rozmowa odbyła się już po meczu z Islandią.
- Spotkaliśmy się u ówczesnego prezesa GKKFiS Mariana Renke. Był również Sznajder. Renke mnie pyta, a byliśmy po imieniu: „Jacek, chcesz dalej prowadzić kadrę?” Odpowiadam: „Tak, oczywiście. Ale pod jednym warunkiem, że prezes Sznajder abdykuje”. Sznajder się zdenerwował: „Pan mógłby być moim synem!”, co odpowiadam: „Ale pan moim ojcem nie”. Po tych moich słowach było wiadomo, że będę musiał odejść — relacjonował Gmoch.
I odszedł, zaś Sznajder niedługo później zginął w tajemniczym wypadku samochodowym...
- Uważam, że za moich czasów reprezentacja osiągnęła ogromny sukces. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale to, co nie zostało zrealizowane, było poza moimi możliwościami — podsumował były, dziś 87-letni selekcjoner.
Piotr Śmiłowicz (PAP)
pś/ pp/