Ks. Jan Zieja. Fot. PAP/Tomasz Michalak
„Potrafił wzywać nawet papieża, żeby ten z majestatu watykańskiego ogłosił bezwzględne obowiązywanie piątego przykazania, w co ksiądz Zieja bardzo wierzył”. 19 października 1991 roku zmarł ksiądz Jan Zieja „Prorok Piątego Przykazania”, kapelan wojskowy podczas wojen: polsko-bolszewickiej i II światowej.
„Sylwetkę ks. Ziei określiłbym jako proroka w nowoczesnym znaczeniu. Miał w sobie coś z człowieka, który przeczuwa przyszłość i wybiega naprzód, który swoją działalnością niepokoi, ale wskazuje drogi, które okazują się słuszne i pożyteczne” - mówił biskup Władysław Miziołek na antenie Radia Wolna Europa (1991).
Nazywano go „Prorokiem Piątego Przykazania”. „Potrafił wzywać nawet papieża, żeby ten z majestatu watykańskiego ogłosił bezwzględne obowiązywanie piątego przykazania, w co ksiądz Zieja bardzo wierzył” – powiedział Jacek Moskwa, współautor książki pt. „Życie Ewangelią” (1991) w audycji Marzanny de Latour z cyklu „Ludzie i idee” (Polskie Radio, 1991). „On tę sprawę bardzo przeżywał, w ostatnich latach cała jego świadomość skoncentrowała się wokół piątego przykazania” - wyjaśnił.
Jan Zieja urodził się 1 marca 1897 r. we wsi Ossa w powiecie opoczyńskim, w ubogiej rodzinie chłopskiej. Był synem Michała i Konstancji Ziejów.
W 1906 r. rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Lelowie, potem uczęszczał do prywatnego Gimnazjum gen. Pawła Chrzanowskiego w Warszawie (1907-08). Brak środków na finansowanie dalszej nauki sprawił, że od 1908 do 1910 r. kształcił się samodzielnie.
W latach 1910-15 był uczniem państwowego Gimnazjum hr. Zygmunta Wielopolskiego im. Św. Stanisława Kostki w Warszawie.
W 1915 r. został członkiem Narodowego Związku Chłopskiego. W tym samym roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu. W 1919 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa sandomierskiego, ks. Mariana Józefa Ryxa.
Od jesieni 1919 r. studiował teologię na Uniwersytecie Warszawskim. Po wybuchu wojny polsko-bolszewickiej zaciągnął się ochotniczo do wojska, w którym pełnił funkcję kapelana. Otrzymał przydział do 8. Pułku Piechoty Legionów.
„Tam – w obliczu śmierci wielu kolegów z szeregu, ale i wielu żołnierzy armii bolszewickiej – ukształtowała się jego postawa radykalnego sprzeciwu wobec zabijania. Powiedzieć o nim, że był integralnym pacyfistą, nie można – wszak towarzyszył ze swoją posługą polskim żołnierzom, którzy walczyli w obronie Ojczyzny, a walcząc, także zabijali żołnierzy napastniczej armii. Ksiądz Zieja uznawał tę walkę za moralnie uprawnioną, zarazem jednak oceniał, że pozbawianie kogoś życia to uzurpowanie sobie uprawnień boskich: to Bóg daje życie, nie jest więc w mocy moralnej człowieka życie odbierać. Tę sprzeczność postrzegał jako tragizm historii i tragizm ludzkiej egzystencji” – czytamy w artykule pt. „Jan Zieja: duchowny radykalnie ewangeliczny” na stronie Muzeum Polaków ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej.
W 1920 r. powrócił na studia, które ukończył w 1923 r. Potem przeniósł się do miejscowości Laski k. Warszawy, gdzie uczestniczył w tworzeniu Zakładu dla Ociemniałych.
Po zamachu majowym Józefa Piłsudskiego ks. Jan Zieja wyruszył na pieszą pielgrzymkę do Rzymu w intencji pojednania między Polakami. Kres wędrówki wypadł w Wiedniu, ponieważ młody kapłan-kontestator świadomie nie wziął ze sobą paszportu.
W kolejnych latach pełnił posługę duszpasterską m.in. w Radomiu, Zawichoście, Kozienicach i Łahiszynie k. Pińska. Był kapelanem ordynariusza pińskiego oraz dyrektorem Diecezjalnego Instytutu Akcji Katolickiej.
Nigdzie nie zagrzał długo miejsca. Był bowiem kapłanem „niekonwencjonalnym”, dwukrotnie ukaranym naganą przez kościelnych przełożonych: raz – za normalny, katolicki pochówek samobójczyni, drugi raz – za niestosowanie przyjętego cennika za odprawione posługi religijne, a używanie zamiast tego formuły „co łaska”. „W tamtych czasach samobójców grzebano na »nie poświęconej ziemi« a za posługi religijne stosowano cennik, niekiedy wygórowany dla przeciętnych katolików. Jest więc Jan Zieja kapłanem cokolwiek antyklerykalnym. Niektórzy go podziwiają, wielu – szczególnie w Kościele instytucjonalnym – traktuje go z rezerwą” – czytamy w artykule pt. „Jan Zieja: duchowny radykalnie ewangeliczny”.
W latach 1932-34 studiował judaistykę na Uniwersytecie Warszawskim.
Po ataku Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r. wstąpił do 84. Pułku Strzelców Poleskich. W październiku 1939 r. dostał się do niemieckiej niewoli. Przez prawie dwa miesiące przebywał przy szpitalu w Modlinie i Legionowie.
Jako jeniec nie zrezygnował z funkcji kapelana. Spowiadał wtedy również żołnierzy niemieckich, co u niektórych obserwatorów wzbudzało konsternację. Robił to, przywołując słowa św. Pawła z „Listu do Galatów”: „Nie ma już Żyda, ani poganina, nie ma już niewolnika, ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny, ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie”.
Od 1941 r. pełnił obowiązki kapelana Komendy Głównej Armii Krajowej oraz Batalionów Chłopskich; w 1942 r. został naczelnym kapelanem Szarych Szeregów.
Jako członek Rady Pomocy Żydom „Żegota” działał aktywnie na rzecz ludności żydowskiej eksterminowanej przez Niemców.
W 1944 r. jako kapelan Pułku Armii Krajowej „Baszta” brał udział w Powstaniu Warszawskim. W czasie walk został ranny, a następnie umieszczony w obozie przejściowym w Pruszkowie, skąd został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec.
Po powstaniu trafił do Krakowa, gdzie ks. Ferdynand Machay, proboszcz Bazyliki Mariackiej, uczynił go swoim zastępcą. Ks. Zieja jednak szybko doszedł do wniosku, „że żyje tu zbyt wygodnie”. Udał się więc na roboty przymusowe do Niemiec, gdzie „wśród nędzy materialnej i moralnej, czuje się znowu na swoim miejscu”.
Po zakończeniu II wojny trafił na Pomorze do Słupska. Tam, obok duszpasterstwa prowadził również w działalność charytatywną i społeczną, organizując Domu Matki i Dziecka, kuchnię dla ubogich oraz bibliotekę Uniwersytetu Ludowego. Był także współinicjatorem powstania pierwszego i jedynego przez długi czas pomnika Powstańców Warszawskich – odsłoniętego w 1946 roku w drugą rocznicę wybuchu powstania. Jednocześnie w kazaniach tam wygłaszanych nawoływał do ludzkiego, zgodnego z nakazami chrześcijańskiej miłości bliźniego, stosunku do Niemców. Głosił, że mimo wszystkich zaszłości z czasów wojny i okupacji, nie można stosować odpowiedzialności zbiorowej, za to trzeba w każdym Niemcu widzieć także człowieka – a to każe wyrzec się nienawiści i żądzy zemsty.
W 1949 r. wrócił do Warszawy. W latach 1950-59 był rektorem Kościoła Sióstr Wizytek w Warszawie. Pracował także w Drohiczynie, gdzie wykładał w Wyższym Seminarium Duchownym.
W okresie PRL ks. Zieja angażował się w działalność opozycyjną. W 1956 r. został przewodniczącym Ogólnopolskiego Komitetu Pomocy Repatriantom.
Jedno z najbardziej sławnych kazań wygłosił on we wrześniu 1953 r. w kościele Wizytek po internowaniu prymasa Stefana Wyszyńskiego. Ogłosił wówczas, że wszystko to stało się za zgodą biskupów. „Opuścili go (Wyszyńskiego - PAP) wszyscy, pozostał mu tylko Niemiec i pies” - powiedział. Nawiązał tymi słowy do postawy biskupa Alberta Zinka z pochodzenia Niemca oraz owczarka podhalańskiego o imieniu „Baca”, który podczas aresztowania bronił prymasa i pogryzł jednego ubeka. Po tym kazaniu władze komunistyczne żądały usunięcia księdza z Warszawy jako „uciążliwego obywatela”. Zmuszono go do wyjazdu do Zakopanego, gdzie przebywał kilka miesięcy.
Inne swe słynne kazanie ks. Jan Zieja wygłosił 17 września 1974 r., w 35-lecie wkroczenia Armii Czerwonej do Polski. W warszawskiej katedrze św. Jana mówił on o pojednaniu polsko-rosyjskim, a także prawie do samostanowienia narodów litewskiego, białoruskiego i ukraińskiego.
W 1976 r. ks. Zieja był jednym z współtwórców Komitetu Obrony Robotników, w którym pełnił obowiązki przewodniczącego Rady Funduszu Samoobrony Społecznej. Ponadto podpisał „Apel do społeczeństwa polskiego”, który zainicjował działalność Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela.
Ks. Jan Zieja był także aktywnym publicystą: napisał wiele artykułów i książek. Był także tłumaczem - w 1981 r. ukazała się w Krakowie przełożona przezeń książka szwedzkiego dyplomaty, Daga Hammarskjolda „Drogowskazy”.
Za swą działalność ks. Zieja został uhonorowany m.in. Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta.
Jego „rutynowym” pożegnaniem w kontaktach z innymi ludźmi były słowa: „idziemy do Boga”.
Ks. Jan Zieja zmarł 19 października 1991 r. w Warszawie w wieku 94 lat. Pochowano go na cmentarzu Zakładu dla Ociemniałych w Laskach.
„Zapamiętałam wypowiedź jednej z sióstr Urszulanek, które opiekowały się nim w ostatnich latach życia. Siostra opowiadała, jak któregoś letniego dnia wyszła na spacer z ks. Janem. Na ulicy Dobrej przeprowadzano rów pod nowe rurociągi, na poboczu leżało wykopane z korzeniami młode drzewko. Ks. Zieja zwrócił się do siostry: »To drzewko bardzo cierpi. Siostro, trzeba je podlać!«. Po spacerze siostra wróciła na ulicę z wiaderkiem wody” – napisała Dorota Giebułtowicz w artykule pt. „Ksiądz Jan Zieja – w harmonii z całą żywą przyrodą ziemską” („Dzikie Życie”, 2021).
W filmie Roberta Glińskiego pt. „Zieja” (2020) w postać księdza Jana Ziei wcielił się Andrzej Seweryn.
„Ja go uważam za świętego. Ja się do niego modlę. Chociaż nie wiem, czy trafi na ołtarze… Dogmat o świętych obcowaniu pozwala nam mieć naszych prywatnych świętych” – powiedział Jacek Moskwa. On też usłyszał podczas ostatniego spotkania z księdzem Janem słowa „Idziemy do Boga”.
Paweł Tomczyk (PAP)
wmk/ top/ dki/