Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego/facebook
Zachodnie Mazowsze od IV w p.n.e. było żelazną potęgą. Z metalu tego wyrabiano narzędzia, ozdoby, uzbrojenie, a nadwyżki sprzedawano. To przekładało się na rozwój gospodarczy regionu i bogactwo całej populacji - mówi PAP dr hab. Adam Cieśliński z Uniwersytetu Warszawskiego.
W latach 60. XX w. na terenie zachodniego Mazowsza odkryto skupienie około 240 stanowisk ze schyłku starożytności, w obrębie których zarejestrowano ślady masowej produkcji żelaza. Obszar ten określany jako Mazowieckie Centrum Metalurgiczne uznawany jest za jeden z największych ośrodków hutniczych starożytnej Europy. Szacuje się, że na jego obszarze mogło działać od 120 do 150 tysięcy pieców hutniczych. Na ziemiach polskich nie był to wyjątek, bo kolejny ośrodek metalurgiczny znajdował się także w Górach Świętokrzyskich.
Od kilku lat archeolodzy prowadzą interdyscyplinarne badania w Zaborowie, położonym w otulinie Kampinoskiego Parku Narodowego, właśnie na obszarze Mazowieckiego Centrum Metalurgicznego. Projektem o nazwie Terra Ferrifera (Ziemia Żelazodajna) kierują dr hab. Adam Cieśliński, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i dr Marcin Woźniak z Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie. Ostatnie ustalenia tego zespołu pokazały m.in., że żelazo produkowano na tych terenach już od końca IV i w III w. p.n.e., czyli ponad sto lat wcześniej, niż pierwotnie przypuszczano.
- Z ziem polskich, w tym z Mazowsza, znamy osady produkcyjne, na których zarejestrowano po kilka tysięcy pieców. Dlaczego jest ich tak dużo? Bo piec był urządzeniem jednorazowym. Po procesie wytopu szyb gliniany rozbijano i wyciągano łupę żelaza, która potem musiała być jeszcze wielokrotnie przekuwana, żeby uzyskać produkt, z którego wytwarzano konkretne przedmioty - powiedział PAP kierujący badaniami dr hab. Adam Cieśliński.
W jednym piecu wykorzystywano mniej więcej 100 kilogramów rudy darniowej i 100 kilogramów węgla drzewnego. Hutnicy potrzebowali więc bardzo dużo surowca, natomiast z jednego wytopu uzyskiwali 10-15 proc. żelaza, czyli maksymalnie kilkanaście kilogramów.
Choć na jednym stanowisku znajdowanych jest po kilka tysięcy pieców, to w ani jednym przypadku nie zachowały się wspomniane żelazne łupy. - Bardzo ciężko pracowano, by po wytopieniu żelaza rozbić piec i tę łupę wyjąć. Mamy więc ślady po piecach, ale nie mamy żelaza. Co więcej, przez długi czas zupełnie nie mieliśmy pojęcia, w jakiej formie to żelazo później wchodziło do obiegu. W Zaborowie znaleźliśmy dwie sztabki, które rozmiarem i kształtem przypominają półprodukty stanowiące przedmiot wymiany na terenie Cesarstwa Rzymskiego. Jesteśmy na razie na etapie analiz w celu ustalenia datowania obu przedmiotów, choć ich wstępne wyniki są bardzo obiecujące - opisał archeolog.
Najprawdopodobniej ze sztabek, już w kuźniach, kowale wykuwali konkretne przedmioty, które archeolodzy dobrze znają przede wszystkim z cmentarzysk. Choć z badań wynika, że hutnictwo wprowadzili przedstawiciele kultury jastorfskiej, to jego rozwój badacze wiążą z okresem późniejszym (przełom er i pierwsze wieki po Chrystusie), a także inną populacją, tzw. kultury przeworskiej. Na jej obszarze znajdowane są liczne przedmioty żelazne: ozdoby i części stroju, np. bransolety, zapinki, czyli brosze spinające szaty, ale też narzędzia: m.in. rolnicze, kowalskie, wykorzystywane w różnych gałęziach rzemiosła. W grobach mężczyzn odkrywane jest żelazne uzbrojenie: groty włóczni, oszczepów, rzadziej miecze i metalowe okucia tarczy, w pochówkach konnych wojowników dodatkowo żelazne ostrogi.
- Znamy mnóstwo przedmiotów wykonywanych z żelaza z tego okresu. Wiemy, że było ono powszechne - ta cywilizacja stała na żelazie. To się oczywiście przekładało na rozwój gospodarczy, na bogactwo całej populacji. Działalność hutnicza była prowadzona na masową skalę, a nadwyżki wymieniano na inne dobra. Ta populacja była więc dość zamożna, a na zachodnie Mazowsze docierały bardzo rzadkie, ekskluzywne przedmioty, np. znaleziony w Zaborowie puchar ze szkła z przedstawieniami walczących gladiatorów - wskazał rozmówca PAP.
Zespół projektu Terra Ferrifera jako pierwszy potwierdził, że hutnictwo wprowadziła populacja związana z kulturą jastorfską. Na polskich ziemiach byli to migranci, przynajmniej w pierwszym pokoleniu, którzy przybyli najprawdopodobniej z południowej Skandynawii. Materiały identyfikowane na Mazowszu są najbliższe artefaktom znajdowanym na Jutlandii. - Dlatego sądzimy, że grupa, która przybyła i być może przyniosła ze sobą umiejętność produkcji żelaza wywodzi się właśnie z tamtych regionów - opisał dr hab. Adam Cieśliński.
Dlaczego tak duże centrum metalurgiczne znalazło się właśnie na Mazowszu? Mogło się na to złożyć kilka korzystnych czynników. - Żeby produkować żelazo na skalę masową trzeba mieć dostęp do wszystkich surowców. Konieczna jest do tego ruda darniowa, która występuje masowo na Niżu Polskim czy szerzej na Niżu Europejskim. Tworzy się ona w miejscach podmokłych, a wiadomo, że okolice Warszawy przecinają liczne rzeczki. Drugi element to glina, powszechna w regionie. Piec do produkcji żelaza miał bardzo charakterystyczny kształt. Część podziemną stanowiła po prostu dziura w ziemi, tak zwana kotlinka. Część naziemna to był szyb, w stylu komina, który budowano z gliny - opisał archeolog UW.
Do produkcji była potrzebna też woda, która służyła do odpowiedniego wyrobienia masy ceramicznej. Kolejny niezbędny element to węgiel drzewny. Do tego potrzebne były więc lasy, które najprawdopodobniej dość mocno przetrzebiono na potrzeby produkcji węgla drzewnego.
Tak złożony system produkcji wymagał dobrej organizacji. - Musiała działać sprawna struktura społeczna z wykształconymi elitami. Domyślamy się, że ktoś odpowiadał za zapewnienie całego łańcucha dostaw węgla drzewnego i rudy darniowej. Byli też potrzebni wykwalifikowani ludzie do samego procesu, ktoś ich musiał pozyskać albo przeszkolić. Możliwe, że tutaj na Mazowszu był jakiś ród lub władca plemienny, który miał pomysł na biznes. To wszystko spowodowało, że eksplozja hutnictwa wydarzyła się tutaj, a nie gdzieś 100-200 kilometrów dalej. Drugi scenariusz, który możemy rozważać, to bliskość szlaków komunikacyjnych, za jeden z nich mogła służyć nieodległa Wisła - wyjaśnił rozmówca PAP.
Naukowcy na razie nie wiedzą, dokąd kierowano naddatki żelaza. Według starszych koncepcji, eksportowano je nawet do Cesarstwa Rzymskiego, ale - zdaniem archeologa - taką wersję „można włożyć między bajki”. - To jest nierealne, sam transport byłby zbyt kosztowny, poza tym w Cesarstwie znajdowały się ośrodki hutnicze, które produkowały żelazo dużo lepszej jakości - zaznaczył.
Ewelina Krajczyńska-Wujec (PAP)
Więcej w serwisie Nauka i Zdrowie PAP - nauka.pap.pl
ekr/ agt/