
W pewien sposób obóz Solidarności nadal rządzi Polską, ale dwie największe siły oddalają się coraz bardziej od etyki ruchu społecznego Solidarność, w tym od jego próby połączenia perspektywy narodowej z europejską – podkreśla w rozmowie z PAP dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności Basil Kerski.
"Jesienią 1981 r. pierwszy, wielki zjazd Solidarności uchwalił dokumenty ważne dla polskiej tradycji politycznej, w tym na przykład dokument o ochronie mniejszości etnicznych, religijnych i kulturowych. Co ciekawe w tym dokumencie definicja polskości jest polityczna, inkluzywna, nie etniczna. To uderzało w komunizm, bo ten w Polsce przeżywał permanentny kryzys legitymizacji, języka i ideologii. Sięgał więc często po skrajny etniczny nacjonalizm i czasem po antysemityzm. Solidarność wyraźnie powiedziała, że Polska to naród polityczny, oparty na poszanowaniu praw człowieka. Wszystkie mniejszości – żydowska, niemiecka, ukraińska – również tworzą i uczestniczą w polskości. Po prostu są Polakami" - mówi PAP Kerski.
PAP: Przed nami 45. rocznica podpisania porozumień gdańskich. To też moment rozpoczęcia budowy ruchu i organizacji, która nie tylko w latach 1980-81, ale także po 1989 roku wpłynęła na dzieje Polski. Jakie były obietnice Solidarności?
Basil Kerski: Według mnie najważniejsze były trzy obietnice. Pierwszą było wyswobodzenie się z politycznego i militarnego wpływu Moskwy. Chociaż nie zmienimy geografii i Polska zawsze będzie leżeć między Rosją a Niemcami, udało się zmienić geopolitykę. Mimo takiego położenia Polacy osiągnęli coś niesamowitego – coś, co dziś jest oczywiste, a 45 lat temu wydawało się najtrudniejsze. Polska jest ważnym członkiem dwóch systemów – NATO i UE – których fundamentem nie jest idea mocarstwowa, lecz zasada równości. Opieramy się na traktatach, tradycjach i systemach politycznych państw członkowskich, a nie dyktacie jednej ze stolic. Pozycja międzynarodowa Polski, polityczna i ekonomiczna, jest dziś bez porównania lepsza niż kilkadziesiąt lat temu.
Drugą obietnicą była budowa państwa demokratycznego, którego konstytucja i każdy element prawa jest oparty na uniwersalnych prawach człowieka. Demokracja i praworządność to nie są rzeczy dane raz na zawsze, ale wymagające woli obywateli, aby je zachować. Trzecią obietnicą była solidarność socjalna, materialna wynikająca z katastrofy PRL-u na tym polu. Solidarność była robotniczą rewolucją na rzecz obrony praw pracowników i polepszenia warunków życia i pracy. (...)
Jako społeczeństwo pokomunistycznej transformacji łatwo możemy dostrzec u nas duże kontrasty społeczne między ludźmi zamożnymi, którzy mają dostęp do wszystkich zasobów, a ludźmi, których dzieli od nich bardzo duży majątkowy dystans ze wszystkimi tego konsekwencjami społecznymi i kulturowymi.
PAP: W książce „Europejczycy z kantonu Polska” napisał pan: „Dla młodych Polaków walka Solidarności dziś jest już tylko abstrakcyjną historią. Wolność słowa, swoboda podróżowania, wolne wybory i pełne półki w sklepach są w Polsce czymś oczywistym. I nawet jeśli z perspektywy historycznej rewolucja Solidarności stanowi ogromny sukces, to jednak perspektywa indywidualna może się od niej różnić. W kraju charakteryzującym się dużymi różnicami społecznymi i regionalnymi pojęcia takie jak »sprawiedliwość« i »solidarność« dla wielu ludzi brzmią niczym niespełnione obietnice”. Gorzkie słowa.
B.K.: Tak jest niestety w systemie kapitalistycznym. To jest bardzo bolesny kontrast do doświadczenia rewolucji Solidarności, która odbyła się w społeczeństwie biednym z kontrolowaną przez komunistyczną dyktaturę gospodarkę, gdzie różnice majątkowe nie były tak ekstremalne jak dziś. Choć trzeba przypomnieć, jak bardzo polski komunizm lat 80. był cyniczny i antyspołeczny.
W PRL hiperinflacja wywołała głęboka niesprawiedliwość społeczną, ludzie otrzymywali pensje w złotówkach, które szybko traciły na wartości, dlatego realnie liczyły się marka zachodnia i dolar jako półoficjalne waluty. Dopiero za te obce zachodnie waluty na czarnym rynku lub w państwowych Peweksach można było legalnie kupić wszystko: od mydła, odzież po pralkę i samochód.
To ważny aspekt schyłkowego PRL: mieszanka cynizmu społecznego, półlegalnego czarnego rynku, dominacji zachodnich walut, hiperinflacja i zacofana, niekonkurencyjna gospodarka. W to miejsce Solidarność wprowadziła fundamenty kontrolowanych finansów publicznych i dobrze funkcjonującej gospodarki wolnorynkowej. Ale gospodarka wolnorynkowa bez polityki socjalnej zawsze jest w konflikcie z obietnicą solidarności dla wszystkich. Sam rynek, co widzimy dzisiaj wyraźnie w Polsce, nie rozwiązuje wszystkich problemów społecznych i nie reguluje się sam. Potrzebne jest połączenie konkurencyjności wolnego rynku z zasadami społecznej solidarności i praworządności. To ważne zadanie dla demokratycznego państwa. Mam poczucie, że wchodzimy dziś w nową fazę, w której rykoszetem powraca nieodrobiona lekcja
PAP: Jaka?
B.K.: Jak zachować pozytywne doświadczenia kapitalizmu, otwartego rynku, ale połączyć je z bardzo mądrym niesocjalistycznym, nieautorytarnym i niedotacyjnym mechanizmem wyrównania szans wszystkich obywatelek i obywateli, także tych najsłabszych. Innymi słowy: jak dbać o godność człowieka i wspierać rozwój konkurencyjnej, nowoczesnej gospodarki i to wszystko w państwie demokratycznym. Brak tego mechanizmu uważam za niespełnioną obietnicę, ale już niekoniecznie Solidarności i wczesnej polskiej transformacji, lecz zamożnego dziś polskiego narodu, które z różnych powodów nie daje sobie rady z ludźmi, którzy są wykluczeni.
PAP: We wrześniu 1980 r. 35-dniowy strajk w zakładach Fiata w Turynie przebiegał pod hasłem „Jak w Gdańsku i Szczecinie tak będzie w Turynie”. "S" cieszyła się też popularnością wśród kontrolerów lotniczych, których strajk w sierpniu 1981 roku złamał amerykański prezydent. Dlaczego Solidarność była tak inspirująca za granicą?
B.K.: Solidarność zafascynowała świat, ten demokratyczny zachodni, ale też ludzi w bloku sowieckim, nie tylko faktem, że robotnicy stanęli przeciwko robotniczej dyktaturze. Zafascynowała swoją propozycją myślenia, które wychodzi poza pojmowaniem polityki jako realizacji interesów grup społecznych.
Alain Touraine, nestor francuskiej socjologii, uważał, że Solidarność wyróżniała kluczowa cecha: nie mówiła językiem interesów, lecz językiem praw. Według Touraine’a Solidarność była polskim powstaniem i jednocześnie walczyła o uniwersalne prawa człowieka. Ten uniwersalny charakter rewolucji polskich robotników spowodował, że jej język był rozumiany na całym świecie. I na całym świecie powstawały inicjatywy solidarności z Solidarnością.
Ciekawa jest perspektywa europejskich demokracji. W tamtych latach zachodnie społeczeństwa już znajdowały się w konflikcie interesów. Minął okres powojennej odbudowy, materialnej i politycznej, gdy wartości były bardzo ważne. Nie idealizuję okresu powojennego, ale jednak szok totalitaryzmu i faszyzmu był gigantyczny we wszystkich demokracjach Zachodu. Wszędzie zastanawiano się, jak odbudować demokrację, aby zagrożenie autorytaryzmu się nie pojawiło. Dlatego europejskie demokracje dużo inwestowały w wyrównanie szans społecznych, bo doświadczyły, że faszyzm i komunizm wszedł w stworzoną próżnię i obiecywał rozwiązać problemy, które wygenerował kapitalizm. Aby nie dopuścić do powtórzenia historii, powojenna Europa łączyła zasady wolnego rynku z demokratycznym, antykomunistycznym socjalizmem. I to w latach 80. zaczęło znikać.
PAP: Wtedy coraz popularniejsza staje się doktryna neoliberalna, które politycznym obliczem były rządy Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronalda Reagana w USA. Solidarność głosiła ideały, które były bliskie powojennemu Zachodowi?
B.K.: W pewien sposób tak, bo "S" stawiała pytanie, czy w demokracji istnieją wspólne cele: społeczne, edukacyjne itd. Postawa społeczna Solidarności bardzo fascynowała Europę, dlatego do Polski ruszyły z pomocą organizacje z Francji, Włoch, RFN czy Skandynawii. Były to środowiska politycznie bardzo zróżnicowane, np. socjaldemokratyczne, ale także katolickie, chadeckie związki zawodowe. W zachodniej Europie lat 80. wsparcie dla Solidarności jednoczyło różne obozy polityczne i ożywiło debatę na temat praw człowieka, solidarności narodowej i europejskiej oraz inkluzywnego społeczeństwa. Dziś także w Polsce jesteśmy w radykalnie innym miejscu. Dziś mówienie o zamiarze wykluczania innych stało się polityczną rzeczywistością.
PAP: Co to znaczy?
B.K.: Polityka ograniczająca fundamentalne wartości polskiej demokracji, w tym prawa człowieka, stała się w ostatnich latach mainstreamem. Deklarowanym celem zawieszenie fundamentalnych zasad praworządności jest większe bezpieczeństwo - taka jest polityczna retoryka. Symbolem takiej polityki jest na pewno sposób traktowania uchodźców na wschodniej granicy. Oczywiście, migracje do naszego kraju przez wschodnią granicę to częściowy efekt cynicznej prowokacji Putina i Łukaszenki, by sprawdzić naszą solidarność.
Niestety, nasze państwo zamiast zastosować prawne podstawy, którymi jako Polacy i Europejczycy dysponujemy, i stworzyć proces, który pokazuje umiejętność naszej demokracji w prowadzeniu polityki migracyjnej, po prostu zbudowało nową żelazną kurtynę i nazwało wszystkich ludzi nielegalnymi migrantami. W praktyce oznacza to, że zawiesiliśmy nasze prawa podstawowe, przecież w konsekwencji nie tylko wobec migrantów, tylko podstawę prawną naszego państwa. Razem z UE zanegowaliśmy prawo do równego traktowania każdego człowieka, prawo do ochrony godności ludzi. To w efekcie polityczne zwycięstwo wrogów naszej demokracji, Putina i Łukaszenki.
Chcieli pokazać naszą hipokryzję, bo każdy dyktator chce udowodnić, że chociaż jego dyktatura jest cyniczna, to jest równocześnie uczciwa w swoim cynizmie i jako system bardziej wiarygodna niż liberalne demokracje. Tymczasem Europa pokazała, że nie jest uczciwa, nie jest wierna głoszonym wartościom, bo jej prawa i ideały istnieją tylko na papierze. Ta próba zdezawuowania europejskich demokracji częściowo się udała. Światowe skutki tych poczynań silnie odczujemy w postaci erozji międzynarodowego autorytetu Zachodu.
PAP: Temat migracji z Bliskiego Wschodu jest silnie obecny w polskiej polityce od kampanii w 2015 roku. Część polskiego społeczeństwa odczuwa ruchy migracyjne jako skutek kolonialnej polityki państw Zachodu. Czy słusznie?
B.K.: Polska była częścią koalicji, która w 2003 r. dokonała inwazji na Irak. Polskie wojska miały własną strefę okupacyjną po obaleniu Saddama Husajna. Polska była także długo obecna w Afganistanie. Tamte decyzje przyczyniły się do destabilizację Bliskiego Wschodu, a w konsekwencji wywołały nowe migracje. Wiem, że to nie jest prosta sprawa zorganizować przyjmowanie uchodźców. Ale odpowiedzią na problemy nie może być pogarda wobec ludzi z innych kontynentów i promowanie ideologii „prawdziwych Polaków”.
Bardzo mądra była ostatnio wypowiedź kardynała Konrada Krajewskiego, który przypomniał, że w „Polsce dla Polaków” nie ma miejsca dla Jezusa Chrystusa. Nasza kultura oparta na chrześcijaństwie jest uniwersalna, katolicyzm nie powinien służyć wykluczeniu, pogardzie i promocji etnicznego nacjonalizmu. Szkoda, że politycy, którzy tak bardzo powołują się na chrześcijaństwo tego nie rozumieją.
Niestety, antymigracyjne podejście podziela dziś zdecydowana większość polskiej klasy politycznej i nie ogranicza się to partii prawicowych. Jestem zaskoczony narracją aktualnego rządu, który podczas prezydencji w UE poruszył ważny temat bezpieczeństwa, ale potem z ust demokratycznych i postsolidarnościowych polityków słyszałem sporo o „nielegalnych migrantach”.
Automatyczne traktowanie uchodźców jako nielegalnych migrantów i to w dodatku przez ludzi, którzy wywodzą się z ruchu obrony praw człowieka w czasach komunizmu, uważam za niebezpieczne dla naszej demokracji. To nas nie tylko oddala od tradycji solidarnościowej. Taka narracja wzmacnia siły skrajne, antydemokratyczne. Zaczyna dominować język, który kwestionuje godność każdego człowieka. Ale jest jeszcze jeden aspekt, który mnie naprawdę przeraża i który z dziedzictwem Solidarności nie ma nic wspólnego.
PAP: Jaki?
B.K.: To w jaki sposób zmienił się nasz stosunek do Ukrainy i Ukraińców. Przeczytałem kilka dni temu sondaż „Rzeczpospolitej”, w którym ponad 60 proc. Polaków jest przeciwko polskiej obecności w Ukrainie w ramach sojuszu międzynarodowego po nastaniu pokoju. Chcę wierzyć, że to skutek przede wszystkim tego, że elity polityczne nie przedstawiły Polakom nowej wizji solidarności z Ukrainą. Niestety także część polityków odwołujących się do tradycji Solidarności dziś wręcz neguje solidarność z Ukrainą, wspiera nastroje ksenofobiczne, aby budować nowy kapitał polityczny.
Patrząc na te antyukraińskie nastroje, pojawia się słuszna obawa, że Polska, będąc silnym państwem w UE, zablokuje w przyszłości wstąpienie naszego wschodniego sąsiada do wspólnoty europejskiej. A przecież 25 lat temu, gdy Polska starała się o członkostwo w UE, to również jako agrarna potęga stanowiła konkurencję dla Francji i Niemiec. Mimo to te kraje nie powstrzymały politycznych aspiracji Polski. Dziś część polskich elit chce się zachować wobec Ukrainy gorzej niż państwa zachodnie zachowały się wobec nas.
Ta polityczna amnezja zadziwia w społeczeństwie, w którym tyle się mówi o pamięci i utyskuje, że inni o nas nie pamiętają i tak mało o nas wiedzą. Dziś to my zapominamy, jaką drogę sami przeszliśmy. To się bardzo nasiliło w ciągu ostatnich dwóch lat. Jeszcze fala solidarności z Ukrainą w 2022 roku była wręcz powtórką z rewolucji Solidarności. Pamiętaliśmy, że solidarność europejska to branie i dawanie, a solidarność z Ukrainą nie tylko chroni niepodległość sąsiadów, ale także naszą przed rosyjskim imperializmem. W czasach Solidarność polscy demokraci uczyli nas, że niepodległość Ukrainy, Litwy i Białorusi, to słynne ULB Jerzego Giedroycia, jest podstawą naszej suwerenności. Dla demokratycznego państwa, które narodziło się wskutek rewolucji Solidarności i oparło swoją politykę międzynarodową na trosce o losy narodów ULB, odejście od tego sposobu myślenia to polityczna klęska.
PAP: Dziś liderami dwóch największych partii są politycy, którzy wywodzą się z "S". Czy to nie przekłada się na obecność idei Solidarności w życiu politycznym?
B.K.: Tak, w pewien sposób obóz Solidarności nadal rządzi Polską. Zarówno PiS, jak i PO to partie postsolidarnościowe. Donald Tusk w sierpniu 1980 r. brał udział w strajku w Stoczni Gdańskiej i był współinicjatorem Niezależnego Zrzeszenia Studentów, zaś Jarosław Kaczyński był uczestnikiem strajku w Stoczni Gdańskiej w maju 1988 r., a w r. 1989 został wybrany do pierwszego Senatu jako przedstawiciel „drużyny Lecha Wałęsy”. Kaczyński i Tusk to zasłużeni dla walki o demokrację działacze ruchu Solidarności. Komitety wyborcze PiS i KO poparło w ostatnich wyborach do Sejmu 2/3 głosujących. Ale według mnie te siły oddalają się coraz bardziej od etyki ruchu społecznego Solidarność, w tym od jego próby połączenia perspektywy narodowej z europejską.
PAP: Istnieje sprzeczność między polskością a europejskością?
B.K.: Absolutnie nie. Obydwa wymiary się uzupełniają. Integracja europejska nie polega na porzuceniu tożsamości narodowej, tylko na jej wzmocnieniu, szczególnie w tych państwach małych i średnich, które w XX wieku tak bardzo doświadczyły imperialnych totalitaryzmów. Nasza tożsamość obywatelska ma dziś przecież różne wymiary kompetencji i odpowiedzialności. Jesteśmy zaangażowani w budowę swojego samorządu i regionu, w rozwój naszego państwa narodowego, ale równocześnie potrzebujemy solidarności europejskiej, szczególnie w formie struktur, która daje nam bezpieczeństwo i tworzy warunki dla naszego dobrego rozwoju. Unia Europejska wręcz wzmocniła znaczenia państwa narodowego.
W Radzie Europejskiej wszystkie państwa członkowskie mają po jednym głosie i to państwa narodowe decydują o UE. A dzięki solidarnej filozofii integracji europejskiej mniejsze narody zyskały realne wpływ na politykę Unii. Warto przypomnieć, że troska o silne polskie państwo i o samorządy oraz odpowiedzialność za losy Europy łączyły wielu Polaków po 1989 r. Dziś takie myślenia osłabło, coraz mocniejsze są głosy, które kwestionują sens solidarności Europejczyków jako coś dobrego dla Polski. Wracamy do krótkowzrocznych egoizmów narodowych.
PAP: Co więc pozostało z dziedzictwa Solidarności?
B.K.: Jesienią 1981 r. pierwszy, wielki zjazd Solidarności uchwalił dokumenty ważne dla polskiej tradycji politycznej, w tym na przykład dokument o ochronie mniejszości etnicznych, religijnych i kulturowych. Co ciekawe w tym dokumencie definicja polskości jest polityczna, inkluzywna, nie etniczna. To uderzało w komunizm, bo ten w Polsce przeżywał permanentny kryzys legitymizacji, języka i ideologii. Sięgał więc często po skrajny etniczny nacjonalizm i czasem po antysemityzm.
Solidarność wyraźnie powiedziała, że Polska to naród polityczny, oparty na poszanowaniu praw człowieka. Wszystkie mniejszości – żydowska, niemiecka, ukraińska – również tworzą i uczestniczą w polskości. Po prostu są Polakami.
Bardzo ważny dla odnowieniu polskiej demokracji był pierwszy program ruchu – „Samorządna Rzeczpospolita”, który także został uchwalony na I zjeździe w 1981 r.u. To nie był krótkowzroczny zestaw postulatów lecz program, który szukał odpowiedzi na zasadnicze pytanie, jak połączyć wolność jednostki z solidarnością i odpowiedzialnością za wspólnotę.
Solidarność, jeszcze raz zacytuję Touraine’a, mówiła w imieniu ludzi, którzy odkrywali, że są istotami mającymi prawo mieć prawa, gotowi do podjęcia odpowiedzialności za siebie i swój los. Dlatego w programie Solidarności jest mowa o demokratycznym zdecentralizowanym państwie i o wspólnocie, która jest odpowiedzialna także za swoje otoczenie, np. środowisko naturalne. Chodziło o demontaż myślenia o polityce, które promuje państwo będące narzędziem dla jednej grupy, która ma dostęp do władzy. Dziś to przesłanie jest wciąż aktualne.
Basil Kerski – dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności, redaktor naczelny Polsko-Niemieckiego Magazynu DIALOG, ekspert polityki międzynarodowej, autor m.in. książek „Europejczycy z kantonu Polska.” i „Gdańsk, Bagdad, Berlin. Oblicza (mojej polskiej) tożsamości (i solidarności)”.
Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos (PAP)
irk/ jkrz/ drag/ par/