Warszawa, 28.11.1995. N/z premier Józef Oleksy i minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski. Na kilka dni przed opuszczeniem przez Wałęsę urzędu prezydenta odchodzący wraz z nim szef MSW Andrzej Milczanowski oskarżył publicznie SLD-owskiego premiera Józefa Oleksego o działalność agenturalną na rzecz Rosji i skierował sprawę do prokuratury. Fot. PAP/Janusz Mazur
Obecny spór prezydenta Karola Nawrockiego z rządem Donalda Tuska o służby specjalne to kolejny akt w historii napięć, jakie na tym tle wybuchały w relacjach prezydentów z rządami. Gdy prezydenci i premierzy wywodzili się z różnych obozów politycznych, takich sporów nie udawało się uniknąć.
Obie strony powoływały się na konstytucję, której zapisy, np. w odniesieniu do nadzoru nad siłami zbrojnymi, a zatem także podlegającymi im służbami specjalnymi, można interpretować w różny sposób. Z przepisów prawa generalnie wynika, że prezydent i rząd powinni w zakresie nadzoru nad służbami współpracować. W przeszłości udawało się to jednak tylko wtedy, gdy prezydenci wywodzili się z tego samego obozu politycznego, co rząd.
Szczególna sytuacja miała miejsce, gdy prezydentem był Lech Wałęsa. Początkowo, gdy rządził bliski prezydentowi gabinet Jana Krzysztofa Bieleckiego, współpraca prezydenta z ministrami obrony i spraw wewnętrznych (któremu wtedy podlegały służby specjalne, to znaczy Urząd Ochrony Państwa) była harmonijna. Zmieniło się to, gdy po pierwszych w pełni wolnych wyborach w 1991 roku powstał rząd Jana Olszewskiego, wobec którego prezydent Wałęsa nie krył niechęci.
Wiosną 1992 roku wybuchł pierwszy gwałtowny konflikt, gdy ówczesny szef MON Jan Parys zarzucił publicznie generałom, że za jego plecami spotykają się z prezydenckimi ministrami. W tle tego sporu były decyzje Parysa, który zdymisjonował bliskiego Belwederowi szefa WSI kontradmirała Czesława Wawrzyniaka. Spór był badany przez specjalnie powołaną do tego komisję sejmową i finalnie zakończył się odwołaniem Parysa ze stanowiska, krótko przed odwołaniem całego rządu.
W czerwcu 1992 roku wybuchła bowiem wielka polityczna awantura wokół realizacji przez szefa MSW Antoniego Macierewicza uchwały Sejmu, wzywającej do ujawnienia parlamentarzystów i wyższych urzędników państwowych, którzy współpracowali z PRL-owską SB. Na jednej z dwóch „list Macierewicza” znalazło się wtedy nazwisko prezydenta Lecha Wałęsy jako TW „Bolka”. Cała awantura wokół list i domniemanych agentów gwałtownie przyspieszyła odwołanie niedysponującego większością sejmową rządu Olszewskiego.
To jednak wtedy, gdy chwilowym premierem po Olszewskim został lider PSL Waldemar Pawlak, prezydent Wałęsa wymógł, by szefami MSW i MON zostali wskazani przez niego ludzie i zasady tej trzymał się do końca urzędowania. Miał zresztą pewne formalne podstawy, pod jego naciskiem do uchwalonej jesienią 1992 roku „małej konstytucji” wpisano, że wniosek o powołanie ministrów obrony narodowej, spraw wewnętrznych i spraw zagranicznych premier przedstawia po zasięgnięciu opinii prezydenta. Wałęsa ten zapis interpretował w taki sposób, że praktycznie to on wyznacza szefów MON, MSW i MSZ.
Stało się to źródłem napięć zwłaszcza po przedterminowych wyborach w 1993 roku, po których władzę objęła koalicja SLD-PSL. Najbardziej spektakularny spór w trójkącie prezydent-rząd-służby specjalne wybuchł w grudniu 1995 roku, już po przegranych przez Wałęsę wyborach z Aleksandrem Kwaśniewskim. Na kilka dni przed opuszczeniem przez Wałęsę urzędu prezydenta odchodzący wraz z nim szef MSW Andrzej Milczanowski (pełniący swój urząd od 1992 roku) oskarżył publicznie SLD-owskiego premiera Józefa Oleksego o działalność agenturalną na rzecz Rosji i skierował sprawę do prokuratury.
Wojskowa prokuratura sprawę potem umorzyła, ale wcześniej Oleksy podał się do dymisji. Dziś wiele wskazuje na to, że cała sprawa była rosyjską prowokacją, choć opartą o realnie istniejące zażyłe kontakty Oleksego z „dyplomatami” najpierw ZSRR, a potem Rosji. Owocem tej historii była reforma służb specjalnych, przeprowadzona przez kierowany przez Włodzimierza Cimoszewicza rząd SLD-PSL. UOP wyjęto spod nadzoru MSW i podporządkowano premierowi, w imieniu którego pracę służb, zarówno cywilnych, jak i wojskowych, miał nadzorować minister-koordynator służb specjalnych.
Kolejne napięcia na linii prezydent-rząd wokół służb pojawiły się, gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, a rządził utworzony przez koalicje AWS-UW gabinet Jerzego Buzka. Obowiązywała już obecna konstytucja z 1997 roku, w której nie było zapisów o „resortach prezydenckich”. Nie zapobiegło to jednak sporom. Najgłośniejszy wybuchł w 2000 roku, gdy ubiegający się o reelekcje Kwaśniewski musiał poddać się przewidzianej w ustawie procedurze lustracyjnej. Wtedy okazało się, że UOP znalazł w swoich archiwach (IPN dopiero się tworzył) dokumenty potwierdzające zarejestrowanie w latach 80 Kwaśniewskiego - wtedy dziennikarza i redaktora naczelnego „Itd” i „Sztandaru Młodych” - jako agenta SB „Alka”. W archiwach nie było jednak na ten temat żadnych innych dokumentów, a tenże agent „Alek” miał pracować w „Życiu Warszawy”, z którym Kwaśniewski nie miał nic wspólnego.
Prezydent Kwaśniewski i wspierające go SLD uznały sprawę za prowokację, zwracając uwagę, że dokumenty wypłynęły akurat w kampanii, a poza tym SB formalnie nie mogła rejestrować jako agentów członków PZPR. Sprawa była o tyle poważna, że gdyby sąd lustracyjny wykazał nie przyznającemu się do współpracy Kwaśniewskiemu kłamstwo lustracyjne, nie mógłby on kandydować. Jego rywalem w tamtych wyborach był zaś lider AWS Marian Krzaklewski. Sąd lustracyjny jednak potwierdził wtedy, że Kwaśniewski nie współpracował, zarejestrowaniu go jako agenta zaprzeczył zresztą oficer, wskazany w dokumentach jako prowadzący.
Efektem całej afery było jednak oświadczenie prezydenta Kwaśniewskiego, że stracił zaufanie do UOP i od tej pory nie będzie korzystał z żadnych materiałów, przesyłanych mu przez tę służbę. Pośrednim skutkiem była natomiast kolejna reforma służb, którą przeprowadziło SLD po wygranych w 2001 wyborach i powstaniu rządu Leszka Millera. Od 2002 roku w miejsce UOP powstały dwie niezależne służby, podlegające bezpośrednio premierowi - Agencja Wywiadu i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Kolejne napięcia na linii prezydent-rząd wokół służb pojawiły się po 2007 roku, gdy prezydentem był Lech Kaczyński, a po przedterminowych wyborach rządzić zaczął utworzony przez koalicję PO-PSL gabinet Donalda Tuska. Gdy premier na początku 2008 roku powoływał nowych szefów służb specjalnych, powołując na szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, a na szefa SWW Macieja Hunię, prezydent zarzucił szefowi rządu, że dokonał tej zmiany bez wymaganej ustawą opinii głowy państwa. Otoczenie premiera odpowiadało, że premier za długo czekał na opinie prezydenta, a kończył się trzymiesięczny okres, kiedy szefowie służb mogli być jedynie p.o. Potem okazało się, że wpływ na tę zwlokę miał fakt, że wnioski premiera o wyrażenie opinii na jakiś czas zapodziały się wśród wielu dokumentów zalegających biurko prezydenckiego sekretariatu.
Głośny spór wybuchł też w 2009 roku, gdy „Rzeczpospolita” ujawniła stenogramy poufnych rozmów polityków PO z biznesmenami od hazardu, co dało początek tzw. aferze hazardowej. Śledztwo w sprawie tych kontaktów było prowadzone przez Centralne Biuro Antykorupcyjne, nową służbę specjalną, powstałą w 2006 roku. Szefem CBA był wtedy wciąż polityk PiS Mariusz Kamiński, którego Tusk pozostawił na stanowisku, gwarantowanym zresztą przez zapisaną w ustawie kadencje. Po wybuchu afery hazardowej Kamiński został jednak zdymisjonowany, a formalną podstawą stały się zarzuty postawione mu przez prokuraturę w związku z tzw. aferą gruntową. Rządzące PO zarzucało też wtedy CBA dokonanie przecieku operacyjnych nagrań do „Rzeczpospolitej”. Za jednego z patronów całej afery premier Tusk uznał prezydenta Lecha Kaczyńskiego, co doprowadziło do znaczącego pogorszenia relacji między oboma politykami i miało pośredni wpływ na to, że nie porozumieli się np. w sprawie wspólnego obchodzenia w 2010 roku okrągłej rocznicy mordu katyńskiego.
Jawnych sporów między prezydentem, a rządem ze służbami w tle nie było w czasach, gdy prezydentem był Bronisław Komorowski - rządziła bliska mu koalicja SLD-PSL. Ale nie obyło się bez nich po 2015 roku, choć prezydentem był Andrzej Duda, a od jesieni tego roku rządził kierowany przez Beatę Szydło rząd PiS. Szefem MON w tym rządzie był Antoni Macierewicz, który po pewnym czasie popadł w ostry konflikt z prezydentem Dudą.
Macierewicz już w pierwszym rządzie PiS, rządzącym w latach 2005-07, był likwidatorem Wojskowych Służb Informacyjnych. Po przeprowadzeniu tej likwidacji jesienią 2006 roku sam stanął na czele jednej z dwóch nowych służb - Służby Kontrwywiadu Wojskowego (drugą była Służba Wywiadu Wojskowego). Na początku 2007 roku przedstawił też bardzo kontrowersyjny raport z likwidacji WSI, któremu zarzucono potem upublicznienie wielu cennych aktywów polskich służb. Prezentacja raportu odbyła się w Pałacu Prezydenckim, w obecności prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jednak gdy Macierewicz w następnych miesiącach przygotował aneks do tego raportu, prezydent Kaczyński postanowił go utajnić, podważając wiarygodność niektórych zawartych tam informacji. Aneks pozostaje nieujawniony do dziś.
Działalność wojskowych służb była również w tle sporu Macierewicza jako szefa MON z prezydentem Dudą. W lecie 2017 roku prezydent oświadczył, że nie podpisze wniosków o nominacje generalskie, przedstawionych mu przez szefa MON. Było to krótko po tym, jak kierowana przez bliskiego Macierewiczowi Piotra Bączka Służba Kontrwywiadu Wojskowego wszczęła postepowanie wobec nadzorującego siły zbrojne w ramach prezydenckiego BBN gen. Jarosława Kraszewskiego. Praktycznie wyłączało to gen. Kraszewskiego z działalności, a de facto odcinało BBN, a zatem też prezydenta, od wojska. W listopadzie 2017 roku kamery nagrały odpowiedź Dudy na zadane mu na ulicy pytanie, czy pogodzi się z Macierewiczem. Odpowiedział, że dojdzie do tego, jeśli szef MON przestanie „stosować wobec oficerów ubeckie metody”. Spór między Dudą, a Macierewiczem zakończył się dopiero w po dymisji tego ostatniego, gdy premierem został Mateusz Morawiecki. (PAP)
pś/ mro/