Siedziba rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (dawnego KGB) na Łubiance w Moskwie. Fot. PAP/EPA
Rosyjscy skrytobójcy regularnie sięgają po truciznę, bo choć nie zawsze skuteczna, jest dyskretna i nie pozostawia śladów – ocenia autor książki „Jak zabijają Rosjanie” Grzegorz Kuczyński, komentując doniesienia, że Aleksiej Nawalny został otruty.
W poniedziałek mija druga rocznica śmierci rosyjskiego lidera opozycji Aleksieja Nawalnego w kolonii karnej na Syberii. Rosyjskie władze zapewniały, że jego zgon nastąpił z przyczyn „naturalnych”. Jednak według brytyjskiego rządu było to zabójstwo przez otrucie, kolejne w długiej serii morderstw dokonywanych w ten sposób przez rosyjskie służby, w kraju i za granicą, od lat 20 ub. wieku.
Dziennik "Daily Telegraph" podał w sobotę, że wyniki badań prowadzonych w wojskowym laboratorium Porton Down w angielskim hrabstwie Wiltshire wykazują, że Nawalny został otruty śmiercionośną toksyną uzyskaną z ekwadorskiej żaby.
Autor książki "Jak zabijają Rosjanie" Grzegorz Kuczyński przyznał w rozmowie z PAP, że rosyjscy zabójcy sięgają po truciznę po to, żeby zostawić jak najmniej śladów i tym samym by trudniej było ustalić sprawcę.
– Ta metoda jest dla sprawcy bezpieczniejsza niż zamach z użyciem broni palnej. Czas działa na ich korzyść, bo lekarze mogą mieć długo problemy z identyfikują substancji trującej – zwrócił uwagę ekspert. Nawet sama ofiara długo może nie mieć świadomości, że już jest pod wpływem trucizny - dodał.
Kuczyński przypomniał, że zanim lekarze postawili diagnozę po pierwszym zamachu na życie Nawalnego w 2020 roku, minęło wiele dni. Rosjanin zachorował wówczas podczas lotu z Syberii do Moskwy. Dopiero po jakimś czasie został przewieziony do Niemiec na leczenie, gdzie lekarze stwierdzili, że został otruty środkiem bojowym nowiczokiem.
Także ustalenie przyczyny dolegliwości ukraińskiego polityka Wiktora Juszczenki, który w 2004 roku kandydował na prezydenta Ukrainy, a którego próbowano otruć dioksynami, zajęły tygodnie. Około 20 specjalistów, od dermatologów po neurologów, nie było w stanie postawić dokładnej diagnozy, zaś Rosjanie z pomocą swoich agentów wpływu prowadzili skuteczną kampanię dezinformacyjną. Na przykład urzędnicy odchodzącego wtedy prezydenta Leonida Kuczmy twierdzili, że kandydat zjadł zepsute sushi i oskarżali lekarzy i laboratoria o „sfałszowanie diagnoz”. Dopiero lekarze z Wydziału Medycznego Uniwersytetu Wiedeńskiego wykazali, że Juszczenkę naszpikowano dioksynami zmieszanymi z alfa-fetoproteiną, białkiem, które pomaga się im przemieszczać w organizmie.
Podobnie było z diagnozą Aleksandra Litwinienki, byłego oficera FSB, którego w 2006 roku rosyjscy zabójcy otruli polonem-210, zaaplikowanym mu w zielonej herbacie. Dopiero po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu lekarze postawili pierwszą – jak się okazało fałszywą - diagnozę, zatrucia bezsmakowym i bezwonnym talem. Wcześniej, mimo że Litwinienko w wywiadzie dla BBC już na szpitalnym łóżku powtarzał, że został otruty, lekarze badali go na AIDS i zapalenie wątroby.
Litwinienko musiał zginąć, bo prowadził krucjatę przeciwko Putinowi. W 2002 roku opublikował książkę „Wysadzić Rosję”, w której wspólnie z Jurijem Felsztyńskim oskarżyli FSB o zorganizowanie zamachów bombowych w Moskwie w 1999 roku, które posłużyły do uzasadnienia rozpoczęcia drugiej wojny czeczeńskiej i pomogły Putinowi wygrać wybory prezydenckie.
Rosyjscy skrytobójcy nie zawsze jednak celują w zdrajców i wrogów. Czasem to także pokaz siły Federacji Rosyjskiej. Były oficer rosyjskich służb Boris Wołodarski, autor książki „Fabryka trucizn KGB. Od Lenina do Litwinienki”, zauważył w wywiadzie dla dziennika „The Times”, że w nieudanej próbie otrucia rosyjskiego podwójnego agenta Siergieja Skripala i jego córki Julii w Salisbury w 2018 roku nie chodziło jedynie o zdradę.
Wołodarski tłumaczył, że Rosjanie posłużyli się nowiczokiem, środkiem paralityczno-drgawkowym, wyprodukowanym przy pomocy rosyjskiej technologii, pieniędzy i naukowców w Syrii. Właśnie w tym kraju przez dekady rozwijano całą rosyjską broń chemiczną. Ośrodek ten został zbombardowany przez Izrael, zaś operacja likwidacji Skripala, zorganizowana kilka miesięcy później była według Wołodarskiego „zaszyfrowaną” odpowiedzią na zniszczenie CERS. „Rosjanie chcieli pokazać Zachodowi, że nadal mają tę broń” - mówił mieszkający w Wielkiej Brytanii od upadku Związku Sowieckiego Wołodarski.
Ofiarami rosyjskich trucizn padali także opozycyjni wobec Władimira Putina dziennikarze. Jak wspominał w swoim felietonie na łamach "Washington Post" dysydent Władimir Kara-Murza, w 2003 roku rosyjski dziennikarz śledczy i opozycyjny deputowany Jurij Szczekoczichin zmarł w straszliwych męczarniach. Jego organy odmawiały posłuszeństwa, a skóra odpadała z ciała. Jak podkreślał Kara-Murza, takie metody to nie tylko sposób na okrutne zastraszanie, ale też metoda pozbywania się oponentów dająca władzom możliwość zaprzeczania, że mają z nią cokolwiek wspólnego. „Za każdym razem rzecznicy Kremla mogą wzruszać ramionami i zaprzeczać i pytać o dowody” – mówił Kara-Murza.
Według "Washington Post" podczas pierwszej kadencji Putina także dziennikarka śledcza Anna Politkowska twierdziła, że została celowo otruta po wypiciu filiżanki herbaty w trakcie lotu krajowymi liniami. Przeżyła próbę otrucia, ale dwa lata później zginęła od strzału przed swoim mieszkaniem w Moskwie.
Historia skrytobójczego eliminowania wrogów Rosji za pomocą trucizn sięga początków ub. wieku.
Badania nad idealnymi truciznami zaczęły się w Rosji Sowieckiej na rozkaz Lenina. W czasach Stalina specjalne laboratorium badawcze nosiło nazwę „Komnata”. Nadzór nad nim prowadziła najpierw leninowska Czeka, potem KGB, które dziś Rosjanie znają jako FSB, służbę zajmującą się bezpieczeństwem wewnętrznym.
W szczytowym okresie działalności Komnaty, Związek Radziecki prowadził według Wołodarskiego swój program badawczy w 47 różnych ośrodkach, gdzie pracowało 40 tys. osób, a trucizny testowano na więźniach gułagów. Poszukiwano bezsmakowej i bezwonnej, śmiercionośnej substancji chemicznej, której nie da się wykryć po śmierci.
Wybitny historyk i profesor Uniwersytetu Harvarda Serhij Plokhy ocenia w książce „Człowiek z trującym pistoletem. Historia szpiega z czasów zimnej wojny”, że w latach 50. Sowieci byli „najbardziej innowacyjni w zabijaniu”.
Do najgłośniejszych wówczas zabójstw przeprowadzonych na zlecenie sowieckich służb należał zamach na Stepana Banderę. Zginął w 1959 roku z rąk Bohdana Staszyńskiego, który strzelał z pistoletu rozpylającego truciznę zawierającą cyjanek. Jak podkreśla Plokhy, do dziś nie znamy dokładnego składu tej trucizny. Jej rozpylenie powodowało utratę przytomności, a po 2–3 minutach śmierć, która wyglądała jak atak serca. Rozpylona trucizna nie pozostawiała także żadnych śladów.
Z podobnej broni w 1957 roku zginął, także z rąk Staszyńskiego, działacz ukraińskiej emigracji w Niemczech Lew Rebet.
Proces Staszyńskiego w Niemczech, podczas którego opowiedział on o sowieckich zbrodniach, sprawił według Plokhy’ego, że w latach 60. kremlowscy przywódcy ze względów wizerunkowych na długo zrezygnowali ze skrytobójstw przeprowadzanych za granicą. Po próbie zamordowania Nikołaja Chochłowa, byłego rosyjskiego szpiega, którego Rosjanie chcieli otruć radioaktywnym talem w filiżance kawy w czasie przyjęcia, tego typu akcje już się nie powtórzyły.
Do starych metod powrócono w Rosji za czasów Putina, któremu według Grzegorza Kuczyńskiego są one „bliższe”, bo jest przywódcą wywodzącym się z KGB. Według znanej rosyjskiej opozycyjnej socjolog dr Olgi Krysztanowskiej, czasy Putina to wręcz "restauracja władzy KGB".
Świadczy o tym także trwałe zainteresowanie bronią toksyczną. Jak tłumaczył na łamach "Wall Street Journal" Wołodarski trujące środki biologiczne i chemiczne – były przez ostatnie lata stale udoskonalane. Są one według niego „wysoce wyspecjalizowane, dostosowane do każdego odbiorcy, aby wywołać śmierć lub niezdolność do pracy”. Jeden element ich konstrukcji jest według niego niezmienny: śmierć ma się wydawać naturalna lub przynajmniej mylić lekarzy i śledczych. W tym celu Rosjanie rozwinęli, jak podkreśla Wołodarski, swoją charakterystyczną specjalizację: łączenie znanych trucizn w oryginalne i niemożliwe do wykrycia formy. Właśnie taka mieszanka omal nie zabiła Wiktora Juszczenki. Choć finalnie, w wyniku pomarańczowej rewolucji, objął on wtedy urząd prezydenta Ukrainy.
Anna Gwozdowska (PAP)
agw/ pś/ mhr/
