Źródło: Wikipedia
Korczak Ziółkowski to najsłynniejszy polski rzeźbiarz w USA. Choć pomagał przy tworzeniu słynnych twarzy prezydentów na Mount Rushmore, dziełem jego życia stał się monumentalny pomnik wodza Indian, „Szalonego Konia”, wykuwany w zboczu góry. Sam artysta z dumą podkreślał: „To jest polski pomnik”.
Od blisko 80 lat w górach Dakoty Południowej powstaje największy na świecie pomnik upamiętniający legendarnego wodza Indian „Szalonego Konia” (ang. „Crazy Horse”). Wyłania się on z góry, która jest tworzywem tego monumentu. Dziś prawie każdy w Stanach Zjednoczonych zna tę cały czas powstającą rzeźbę. Ma mieć 195 m długości i 172 m wysokości. Sama twarz, której wykuwanie zakończono w 1998 r., ma 25 m wysokości. Dla porównania, znajdujące się 15 km na północny wschód głowy prezydentów wykute w zboczu Mount Rushmore mają wysokość 18 m.
- Wiele razy odwiedzałam Crazy Horse Memorial z moim mężem Normanem Boehm. On i jego przyjaciele Amerykanie byli bardzo przejęci, że powstaje piękny pomnik poświęcony Indianom. Mówili, że to się im należy, że czują się winni tego, jak przez lata traktowano Indian – powiedziała PAP polska pisarka Aleksandra Ziółkowska-Boehm, mieszkająca w Stanach Zjednoczonych kuzynka Korczaka Ziółkowskiego. - Gdy rozmawiamy z ludźmi o ośrodku Crazy Horse’a i Korczaku Ziółkowskim, wszyscy mówią z entuzjazmem, że już odwiedzili to miejsce albo niebawem to zrobią. Korczak stał się swoistym „sumieniem Amerykanów” – dodała.
Choć koszt stworzenia tej rzeźby sięga dziesiątek milionów dolarów, Ziółkowski kilka razy odmówił przyjęcia wielomilionowych darowizn od rządu USA. Tworzył pomnik za własne pieniądze, pozyskiwane z prywatnych darowizn i ruchu turystycznego w zorganizowanym przez niego muzeum. W planach, o których często mówił Ziółkowski, oprócz rzeźby było stworzenie w tym miejscu Centrum Indiańskiego, ze szkołami, uniwersytetem i ośrodkiem kultury.
Do ukończenia rzeźby jest jeszcze długa droga.
Pierwszym dziennikarzem z Polski, który odwiedził Korczaka Ziółkowskiego przy pracy, był Olgierd Budrewicz. Relacje z tej wizyty zamieścił w książce „Orzeł na gwieździstym sztandarze” (1975). W rozmowie z Budrewiczem Ziółkowski powiedział: „Czy pan wie, że ja urodziłem się tego samego dnia, co Crazy Horse umarł? Tylko 31 lat później. Przecież to niesamowite. Urodziłem się po to, by w pamięci ludzi przedłużyć życie wielkiemu wodzowi Indian”.
Kilka lat po Budrewiczu, latem 1977 r., Korczaka Ziółkowskiego odwiedził Waldemar Łysiak. Wrażenia z tej wizyty opisał w książce „Asfaltowy Saloon” (1980). W rozmowie z Łysiakiem Ziółkowski powiedział: „To jest polski pomnik! Każdemu to powtarzam. Polak rzeźbi Indianina. To są dwa bliźniacze narody. Oba przez lata biły się o swoją wolność. Każdego dnia, kiedy tam pracuję, myślę o naszej historii, o zaborach, i wiem, że to jest podwójny symbol”.
„Pomnik Crazy Horse’a jest dziełem fantastycznym, lecz tylko trochę bardziej fantastycznym niż życie jego twórcy” – napisano na początku lat 70. w artykule o Ziółkowskim w „Reader’s Digest”. Nie było to określenie na wyrost, życiorys rzeźbiarza to gotowy scenariusz na serial sensacyjny.
Jego dziadek wyemigrował z Krakowa do Stanów Zjednoczonych w XIX w. Przyszły rzeźbiarz urodził się 6 września 1908 r. w Bostonie, jako syn Anny i Józefa Ziółkowskich. Oboje jego rodzice byli Polakami. Imię Korczak przyjął później sam, pochodziło ono od herbu rodziny Ziółkowskich.
„Jego rodzice zginęli tragicznie, kiedy miał rok. Wychowywany był przez ludzi, którzy go upokarzali, poniżali i zmuszali do ciężkiej pracy. Zawsze potem mówił o nich z niechęcią. Kiedy miał 16 lat, opuścił dom swoich opiekunów, podejmował się wielu zajęć. Po pewnym czasie trafił do bostońskiej stoczni, gdzie po raz pierwszy próbował rzeźbić w drewnie. Spotkał wówczas ludzi, którzy się nim serdecznie zajęli, byli to sędzia Frederick Pickering Cabot oraz rzeźbiarz Jan Kirchmayer” – napisała Aleksandra Ziółkowska-Boehm w książce „Otwarta rana Ameryki” (2007).
Ziółkowski podkreślał, że Kirchmayer przypomniał mu jego polskie pochodzenie i pomagał w studiowaniu największych dzieł polskiej kultury.
Kiedy w 1932 r. zmarł sędzia Cabot, 24-letni wówczas Korczak utrwalił jego podobiznę w bloku marmurowym. W niedługim czasie wykonał kilka innych rzeźb w kamieniu. W 1939 r. na Wielkiej Wystawie Światowej w Nowym Jorku wystawił swoją rzeźbę – popiersie Ignacego Paderewskiego – za którą otrzymał nagrodę. Wkrótce potem przyjął zaproszenie od Gutzona Borgluma, by pomógł mu w rzeźbieniu w Mount Rushmore głów czterech prezydentów: Jerzego Waszyngtona, Thomasa Jeffersona, Abrahama Lincolna i Theodore'a Roosvelta.
Wtedy też spotkał wodza Siuksów Henry’ego „Standing Bear” (Stojącego Niedźwiedzia), który zaproponował Ziółkowskiemu, aby wyrzeźbił w górach Black Hills podobiznę wodza zwanego „Crazy Horse” (Szalony Koń). Zanim jednak „Standing Bear” złożył tę propozycję, sprawdził datę urodzenia rzeźbiarza. Ziółkowski dowiedział się od Indian, że szamani wiele lat przed jego przybyciem w te strony przepowiadali, że przybędzie kiedyś biały człowiek, który urodził się w dniu, kiedy zmarł „Crazy Horse”, i upamiętni wielkiego indiańskiego bohatera. Rzeźbiarz szczerze wierzył w to przeznaczenie, ono nadało sens jego życiu.
Wówczas do II wojny światowej włączyły się Stany Zjednoczone i Ziółkowski w mundurze popłynął do Europy. W czasie walk był dwukrotnie ranny i dosłużył się stopnia sierżanta. Po zakończeniu wojny wrócił do USA i przyjął propozycję Indian. Od 1948 r. jego życie na stałe związane było z rzeźbioną górą - kupił ją oraz okoliczne tereny i rozpoczął prace. Miał wówczas 40 lat. Ziółkowski zmarł w październiku 1982 r., został pochowany w pomieszczeniu wykutym w środku rzeźby, którą tworzył. Po jego śmierci pracę kontynuowały najpierw jego dzieci, których miał dziesięcioro, a teraz przy rzeźbie pracują też jego wnuki. Oprócz twarzy Indianina z góry wyłania się dziś również zarys jego ręki.
Równie niezwykły jest życiorys samego „Szalonego Konia”. Jest wiele niewiadomych dotyczących jego biografii, nie wiadomo dokładnie, kiedy i gdzie dokładnie się urodził. Wiadomo jednak, że „Crazy Horse” był najwybitniejszym indiańskim strategiem w dziejach Ameryki Północnej. Był jedynym Indianinem, wobec którego amerykańscy generałowie uważali, iż porażka w starciu z nim nie przynosi ujmy na honorze wojskowym. Armia Stanów Zjednoczonych poniosła w wojnie z Indianami dwie straszliwe klęski (1866 r. i 1876 r.) – obie, gdy do walki prowadził Indian „Crazy Horse”. 6 września 1877 r. w podstępny i niegodny sposób zamordowali go żołnierze amerykańscy – bezbronnego zakuto bagnetami.
„Crazy Horse’owi” przypisuje się słowa: „Moja ziemia jest tam, gdzie spoczywają prochy moich zmarłych!”. Mają być one wyryte u stóp pomnika po jego ukończeniu.
Tomasz Szczerbicki (PAP)
szt/ miś/