Prezes Zarządu Głównego Związku Sybiraków Kordian Borejko Fot. PAP/Marcin Obara
Miałem siedem miesięcy, kiedy Sowieci w lutym 1940 r. deportowali moją rodzinę. Niczego nie pamiętam. Nie pamiętam nawet ojca, który w grudniu 1939 r. został aresztowany i zginął w Miednoje – powiedział PAP prezes Związku Sybiraków Kordian Borejko.
Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych organizuje na terenie Republiki Litewskiej obchody upamiętniające ofiary zbrodni ponarskiej w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Podczas wyjazdu upamiętnieni zostaną również zesłańcy syberyjscy.
Wśród członków delegacji jest m.in. prezes Związku Sybiraków Kordian Borejko, który urodził się w Wilnie. – Co prawda było to 87 lat i 3 miesiące temu, ale przyjazd tutaj to dla mnie wielkie przeżycie – zaznaczył.
To właśnie z Wilna w lutym 1940 roku został wywieziony przez Sowietów. – Miałem wtedy zaledwie 7 miesięcy. Z tamtego okresu niczego nie pamiętam. Nawet nie pamiętam ojca, który został aresztowany 14 grudnia 1939 roku. NKWD natychmiast wydało wyrok, bo nie było wówczas sądów, i ojciec został rozstrzelany w Miednoje – wspominał.
Borejko zaznaczył, że dopiero z dokumentów, które trafiły do niego stosunkowo niedawno, dowiedział się, że jego mama pisała z Kazachstanu, gdzie przebywali przez 6,5 roku, odwołanie. – Było ono skierowane do jednej z instytucji NKWD, która wydawała wyrok. Odwołanie nie zostało wzięte pod uwagę, Sowieci nawet nie odpowiedzieli – powiedział.
Dodał, że tę historię poznał przez przypadek. – Te dokumenty dotarły do mnie od zupełnie obcej osoby. Kiedy to było jeszcze możliwe, miała ona dojście do archiwów w Mińsku. Dzięki niej poznałem wyrok wydany na mojego ojca. Wśród dokumentów był również życiorys mojego ojca – zaznaczył.
Jak podkreślił, to, czego się dowiedział, było dla rodziny dużym zaskoczeniem. – Jestem z Wybrzeża, mieszkam od 1960 roku w Gdańsku. Okazało się, że mój ojciec w czasach służby wojskowej służył w Marynarce Wojennej w Gdyni. Skończył służbę w 1926 roku, a w styczniu 1930 roku wstąpił do policji w Wilnie, bo tu wrócił. Został skierowany do oddziałów wodnych. Następnie oddelegowany z Wilna do Wejherowa, gdzie przez półtora roku także służył w policji wodnej – wspominał Kordian Borejko.
Po aresztowaniu ojca w grudniu 1939 roku on sam z dwiema siostrami, mamą i babcią został deportowany w lutym 1940 r. w głąb ZSRR. Zaznaczył, że jego babcia nie była w wykazie do wywózki. – Uznała jednak, że ponieważ moja mama z malutkimi dziećmi – ja miałem 7 miesięcy, jedna siostra miała dwa latka, a druga trzy – może potrzebować pomocy, to pojedzie razem z nami – wyjaśnił.
Podkreślił, że gdyby nie babcia, nie udałoby się im przeżyć tej gehenny. – Mama musiała iść do pracy. Początkowo w kamieniołomach przy wypalaniu wapna, to jest dla kobiety straszna praca. Miała wówczas 28 lat. Ja mam wnuczkę, która ma 32 lata, a wnuk ma 34 lata. Uświadomiłem sobie, że mama była młodą osobą rzuconą na taką nieludzką ziemię – powiedział. Zaznaczył, że była jednak sprytna, ponieważ udało jej się ze wszystkim poradzić. – Najlepszy na to dowód to to, że wróciliśmy i żyjemy. To jest najważniejsze – podsumował.
Od 10 lutego 1940 r. do czerwca 1941 r. władze Związku Sowieckiego, okupującego tereny II Rzeczypospolitej, zorganizowały cztery wywózki na Wschód obywateli polskich różnych narodowości. Pierwsza z nich objęła głównie rodziny urzędników państwowych, m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów, leśników, a także wojskowych, w tym uczestników wojny polsko-bolszewickiej, i właścicieli ziemskich. Wywożeni trafiali do północnych regionów ZSRR, w okolice Archangielska oraz do Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi.
Pierwsza wywózka była największa - objęła ok. 140 tys. osób - i najbardziej tragiczna pod względem liczby ofiar. Deportowano wtedy m.in. wielu mieszkańców Białegostoku i okolic. Władze miasta podkreślają, że wtedy na „nieludzką ziemię” wywieziono jedną piątą mieszkańców miasta i okolic, a prześladowaniami sowieckimi była dotknięta niemal każda rodzina.
Całkowita liczba obywateli polskich wywiezionych w latach 1940-1941 w głąb Związku Sowieckiego nie jest znana. Historycy, opierając się na źródłach archiwalnych NKWD, tę liczbę szacują na kilkaset tysięcy obywateli polskich.
Z Wilna Anna Kruszyńska (PAP)
akr/ miś/