Pocztówka ze spektkaklu "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego, 1901 r. Źródło: Stefan Wierusz Niemojowski
16 marca 1901 r. odbyła się premiera „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. Pozostanie klejnotem literackim, jakiemu równego nie wydała najnowsza doba piśmiennictwa - ocenił krytyk Władysław Prokesch, któremu Boy przyprawił później gębę ignoranta, widzącego w finale dramatu jedynie „wesołego oberka”.
Zabawa weselna Lucjana Rydla i Jadwigi Mikołajczykówny - pod koniec listopada 1900 r. w podkrakowskich Bronowicach - trwała cztery dni. „Był to widok jedyny w swoim rodzaju i zupełnie niezwykły, kiedy u Tetmajera zasiedli przy stole panowie we frakach, a między nimi wiejskie kobiety w naszywanych gorsetach i w koralach u szyi, panie w sukniach wizytowych i chłopi w sukmanach” - relacjonował w liście do Frantiszka Vondraczka Lucjan Rydel.
Stanisław Wyspiański był jednym z gości. „Pamiętam go jak dziś, jak, szczelnie zapięty w swój czarny tużurek, stał całą noc oparty o futrynę drzwi, patrząc swoimi stalowymi, niesamowitymi oczyma. Obok wrzało weselisko, huczały tańce, a tu, do tej izby raz po raz wchodziło po parę osób, raz po raz dolatywał jego uszu strzęp rozmowy. I tam ujrzał i usłyszał swoją sztukę” – wspominał Tadeusz Boy-Żeleński, inny uczestnik bronowickich uroczystości.
Trzy miesiące później, pod koniec lutego 1901 r. w salonie Lucyny i Józefa Kotarbińskich Wyspiański pierwszy raz przeczytał swoją sztukę zatytułowaną „Wesele”. „W teatrze chodzą słuchy, że blady poeta Wyspiański złożył nową rzecz dyrekcji, że sam na głos czyta Dyrektorowi i plotka krąży, że biedny pan Józef zamęczony jest tym czytaniem czegoś, co nie jest sceniczne, że włażą po dwoje po to, aby zaraz wyjść, że coś tam bają… ni do rymu, ni do sensu” - wspominała aktorka Wanda Siemaszkowa.

Sam Kotarbiński (dyrektor Teatru Miejskiego w Krakowie w latach 1899–1905) do samej premiery - wbrew temu co twierdził później - nie wierzył w sukces sztuki. Próbom towarzyszyła atmosfera podniecenia i nerwowego wyczekiwania. Wiedziano, że Wyspiański napisał coś o weselu Rydla, a osobami w sztuce są jego znajomi, ale brakowało sprawdzonych informacji – plotkowano więc w gazetach i na salonach. Autor przychodził na próby, ale tylko obserwował - nie dawał aktorom żadnych wskazówek. Grający Muzykanta Władysław Ryszkowski wspominał: „ani Wyspiański nie wtrącał się do reżyserii, ani Walewski {reżyser spektaklu} zbytnio się nie wysilał - sztuka reżyserowała się sama”. „Reżyserował ją wysoki artyzm autora poprzez tekst zresztą przez nikogo nieobjaśniany i prawie przez większość aktorów, nie wyłączając reżysera, niezrozumiany” - ocenił.
Taka sytuacja generowała kpiny i złośliwe komentarze. Popularnością cieszył się dowcip, że „Wesele” to dramat o zgubnych skutkach alkoholizmu. Włodzimierz Sobiesław, grający Gospodarza, powtarzał: „w tej sztuce nawet tygrys może przejść przez scenę i nikogo nie powinno to dziwić”.
Aktorzy odbyli łącznie sześć prób, a przetasowania w obsadzie miały miejsce jeszcze w przeddzień premiery.
Wystąpić miał niemal cały zespół aktorski – była to obsada gwiazd, takich jak Wanda Siemaszkowa, Aleksander Zelwerowicz, Kazimierz Kamiński, Józef Kotarbiński i Helena Sulima. W zaprojektowanej przez Wyspiańskiego, pozornie tradycyjnej scenografii imitującej izbę w bronowickiej chacie, kluczowa była gra świateł różnicująca plany i porządkująca wątki dramatyczne.

Helena Rydlowa, matka Lucjana i Haneczki, nie znała dokładnie treści dramatu, ale wiedziała, że pierwowzorami postaci są członkowie jej rodziny, występujący pod prawdziwymi imionami. Poprosiła Wyspiańskiego, by wykreślił Haneczkę ze sztuki, na co ten odparł, że może wycofać utwór z inscenizacji, ale na żadne skreślenia się nie zgadza. Na co z kolei Rydlowa, znając jego opłakaną sytuację materialną, zgodzić się nie mogła.
Skandal zawisł w powietrzu, gdy Wyspiański przyniósł kartkę z informacjami na afisz, gdzie wśród osób dramatu znalazły się Martyna, Zosia, Haneczka, Dolcio, Jaga, pani Domańska. Po perswazjach udało się Kotarbińskiemu wymóc zmianę Dolcia na Dziennikarza, Jagi na Pannę Młodą, a Domańskiej na Radczynię, ale reputacja trzech panienek z dobrych domów wisiała na włosku. Afisze na mieście zapowiadały już Gabrielę Morską w roli Martyny, Sylwię Jutkiewiczównę w roli Zosi oraz Jadwigę Czechowską jako Haneczkę. Helena Rydlowa wydrukowała więc własnym sumptem nowe plakaty ze zmienionymi imionami dziewcząt - miast Maryny, Zosi i Haneczki widniały Klara, Aniela i Krzysia. Akcja zalepiania starych afiszów nowymi w przedpremierową noc weszła do romantycznej legendy „Wesela”.
W sobotę, 16 marca 1901 r. na widowni Teatru Miejskiego zdolnej pomieścić 936 widzów, zasiedli uczestnicy bronowickiego wesela - m.in. Eliza Pareńska z córkami, Helena Rydlowa z Haneczką, Lucjan Rydel, Rudolf Starzewski.
Zjawił się cały Kraków: artystyczny, urzędniczy i naukowy.
Nie zabrakło też krytyka literackiego i historyka literatury, prezesa Akademii Umiejętności, współautora słynnej „Teki Stańczyka”, prof. Stanisława Tarnowskiego. O godzinie 19 uniosła się kurtyna Siemiradzkiego, zabrzmiała muzyka grana na żywo przez kapelę ze wsi Bronowice Małe – tę samą, która przygrywała do tańca na weselu Lucjana Rydla i Jadwisi Mikołajczykówny.

Po pierwszym akcie reakcje widzów były mieszane – część skamieniała na swoich miejscach, innych ogarnęła gorączka i podniecenie. „W antrakcie wybiegłem i pędząc na pierwsze piętro, mijałem pędzącego w dół Nowaczyńskiego” - wspominał Jan Bartosiński („Wyspiański w oczach współczesnych”, 1971). „Podając sobie dłoń, w przelocie usłyszeliśmy słowa wygłoszone przez znaną w mieście żonę kupca, panią Fenzową: »Ach, jakież to nudne!« – »Małpa!« – krzyknął jej w twarz Nowaczyński i zniknął” - relacjonował.
O ile po pierwszym akcie zdawało się, że spektakl będzie komediowym źródłem towarzyskich plotek na kolejne tygodnie, o tyle w drugiej odsłonie stało się oczywiste, że chodzi o sprawy poważniejsze.
Stanisław Tarnowski po scenie z Hetmanem – widzowie domyślili się, że jest nim zdrajca Franciszek Ksawery Branicki, dziadek żony Tarnowskiego – wyszedł ostentacyjnie z teatru.
Po raz ostatni kurtyna opadła po godz. 22. Przez dobrych kilka chwil w teatrze panowała zupełna cisza – później wybuchły ogłuszające, długie brawa. „Maria Estreicherówna zapamiętała Lucjana Rydla na sobotniej prapremierze. Był blady, ale nie szczędził uznania. Głośno wołał: »Wspaniałe, wspaniałe!«” – napisała Monika Śliwińska w książce „Wyspiański. Dopóki starczy życia” (2023). Przez noc jednak nieco zmienił zdanie.
„Lucek biega po Plantach i grozi, że mi »pyski spierze«” - żalił się Wyspiański Lucynie Kotarbińskiej dzień po premierze. Pan Młody nie miał nawet pretensji o to, że przedstawiony został w sposób karykaturalny, szło mu jednak o honor siostry Haneczki. A także sceniczny wizerunek żony, Jadwigi. „Kto znał cichą, subtelną, a wcale oświeconą Lucjanową Rydlową, ten musi przyjść do przekonania, że w stosunku do niej zawiodła Wyspiańskiego jego zastanawiająca intuicja” - pisał Boy w „Plotce o »Weselu«” (1922).
Tuż przed prapremierą Helena Rydlowa zapytała Elizę Pareńską, która była na próbie generalnej, czy w utworze będzie coś niestosownego. Ta zapewniła, że nie ma tam niczego, co mogłoby dotknąć Rydlową, a dzieło Wyspiańskiego trzeba zobaczyć. Gdy w trakcie spektaklu Haneczka prosiła do tańca drużbę weselnego, a podchmielone parobki mówiły o trzech podlotkach z miasta, że „te panny to nos chcom!”, Rydlowa przeżyła szok – bo choć dopilnowała, by imię córki zniknęło z afisza, to i tak wszyscy wiedzieli, o kim mowa. Zdaniem przyjaciółki Rydlów, pamiętnikarki, Aleksandry Czechówny, Rydlowa niepotrzebnie wybrała się na premierę „i tym sposobem sprawiwszy ze siebie i z Hani drugie dla publiczności widowisko sama o mało że tego przedstawienia chorobą nie przypłaciła, spędziwszy kilka nocy zupełnie bezsennych i dostawszy nerwowego płaczu, od którego w żaden sposób powstrzymać się nie mogła”.

Z kolei Pareńska cieszyła się, że za sprawą „Wesela” jej córki – Maryna i Zosia - weszły do literatury. Samej Elizy - która na Wielopolu prowadziła salon towarzyski i opiekowała się Wyspiańskim, kupując kolejne jego prace – zabrakło w dramacie. Prawdopodobnie autorowi do figury mieszczańskiej matrony lepiej pasowała Antonina Domańska - ciotka Lucjana Rydla, żona lekarza i radcy miejskiego, autorka powieści dla młodzieży, miała żal, że wystąpiła jako „Radczyni”, podczas gdy przysługiwał jej bardziej prestiżowy tytuł „profesorowej”.
Pretensje miał też Błażej Czepiec, wuj Panny Młodej, zamożny bronowicki gospodarz, któremu Wyspiański kazał o „szóstkę” handryczyć z muzyką. „Nie sam fakt zabolał Czepca, ale znikomość kwoty: »Gdzież to pan Wyspiański widział (tłumaczył Czepiec), aby gospodarz jak się patrzy dawał szóstkę muzyce, a cóż dopiero prawował się o tę szóstkę«” – wspominał Boy.
W postaci Nosa Wyspiański opisał krakowskie środowisko krakowskich dekadentów. „Wszystko nudzi, wszystko mi się przykrzy już” - mówi wzorowana na malarzu Tadeuszu Noskowskim postać, o której parobek Kasper zauważa, że „cało flaszke bestia schlał”. Nos cytuje też Stanisława Przybyszewskiego - „Chopin gdyby jeszcze żył, to by pił”. Boy ocenił, że w postaci Nosa uwieczniony został także malarz Stanisław Czajkowski, który na bronowickim weselu, po drzemce na paltach wstał, chwiejnym krokiem wszedł do izby i zapowiedział zgromadzonym: „A teraz ja wam powiem, co to jest secesja”, po czym zwalił się jak długi pod stół.
Pretensji nie miał Dziennikarz, czyli Rudolf Starzewski, redaktor krakowskiego „Czasu”, w Krakowie człowiek-instytucja. Sporządził po premierze entuzjastyczną recenzję, która zapewniła sztuce powodzenie. „»Historia wesoła, a przez to ogromnie smutna« przesunęła się jak taniec widm żałobnych przy głuchym dudnieniu mazurskiego oberka. Bo też niezwykłe to »gody« – za izbę mają całą Polskę” – napisał Starzewski. „Trwa to »wesele« przeszło wiek – od konstytucji 3 maja, poprzez racławickie kosy i krwawe noże rezunów, poprzez pańszczyznę i »Złotą hramotę«, poprzez wiece i bankiety, waśnie wyborcze i sąsiedzkie miedze pól, poprzez nieufność i obojętność, poświęcenie bez granic i bezpłodne porywy. Grajkami na nim byli wszyscy wieszcze narodowi, starostami wszyscy mężowie stanu i wszystkie stronnictwa polityczne – uczestnikiem każdy, komu polskie serce bije w piersi lękiem i nadzieją, każdy, kto wie i czuje, że na tym »weselu« rozgrywa się ojczyste »być albo nie być«” – zrelacjonował dramat Wyspiańskiego. A wspomnienie o „oberku” uszło mu na sucho - czego nie da się już powiedzieć o Władysławie Prokeschu (1863-1923), dziennikarzu, krytyku literackim i tłumaczu.

Najbardziej bowiem sławna – powtarzana przez całe stulecie dla wykazania przepaści dzielącej geniusz Wyspiańskiego od poziomu ówczesnej krytyki – „recenzja” okazała się właśnie największą plotką Boya o „Weselu”. „Jeden z recenzentów wybitnego krakowskiego pisma napisał, że »myślą przewodnią tej sztuczki jest zachęcić inteligencję, aby się zbliżała da ludu, a choć nie brak przy tym małych dysonansów, ale całość się kończy pogodnie wesołym oberkiem«” – plotkował Boy, nie wymieniając asekuracyjnie nazwiska recenzenta ani tytułu czasopisma. Ujawnił te dane 10 lat później w publikacji „Znasz-li ten kraj… (Cyganerja Krakowska)”, prezentując Prokescha jako grafomana, któremu w pracy pomagała „absolutna ignorancja”. W autorskim przypisie dodał, że: „egzemplarz »Nowej Reformy« z ową słynną recenzją zniknął tak doszczętnie, że nie ma go podobno nawet w Bibliotece Jagiellońskiej”. Przypis ten, mający zapewne studzić zapędy poszukiwaczy źródeł, również okazał się nieprawdą.
W „Nowej Reformie” z 19 marca 1901 r. dostępnej w cyfrowej bibliotece UJ, czytamy o „Weselu”, że: „Jest to fantazya poetycka, napisana przepysznym wierszem i językiem, rzucona na barwne tło wsi krakowskiej”.
„Grają tu hasła dzisiejsze i echa wielkiej dziejowej przeszłości narodu, płyną pogodne obrazy weselne, wśród których natchniona fantazya poety-dramaturga snuje swoje poetyckie wizye. A w tych wizyach wiedzie autor przed nas cały szereg postaci fantastycznych, a jednak dobrze znanych, oświetlonych krytycznym poglądem dzisiejszego pokolenia, i w usta tych majaków kładzie ewangelię przyszłości. Po nad tem wszystkiem zaś jako wykładnik myśli przewodniej, unosi się idea zbratania się stanów, wiodąca ku ostatecznemu wielkiemu celowi wskrzeszenia świetlanej przeszłości” – pisał Władysław Prokesch trzy dni po premierze. „Wszyscy jakby skamienieli i jakby w ziemię wrośli, oczekują hasła. Na to jawi się w izbie odstraszająca postać chochoła, staje na podwyższeniu i ponurym głosem rozkazuje parobczakowi odebrać chłopom z rąk kosy, ustawić mężczyzn i dziewczęta parami naprzeciw siebie, a sobie podać do rąk skrzypce. Jasiek, drużba, rozkaz ten spełnia. Rozlegają się dźwięki weselnego oberka i w jednej chwili pełen grozy nastrojowy obraz poprzedni zmienia się w wesołą, barwną sceneryę weselną. Ponura wizya poety rozpryskuje się jak bańka mydlana, i jakby na ironię zmienia się w rzeczywisty, realny obraz życia” – relacjonował finałową scenę dramatu. „Dla miłośników podniosłej myśli, wytwornej formy słowa, oryginalnego lotu twórczej fantazyi, »Wesele« pozostanie w każdym razie klejnotem literackim, jakiemu równego nie wydała najnowsza doba piśmiennictwa” - podsumował Prokesch.
Trudno chyba nie dostrzec, jak mocno różni się ten opis od „wersji” rozpowszechnionej przez Boya, który po prostu Prokescha nie lubił, czemu dał publiczny wyraz 9 lat po śmierci krytyka, zapewniając mu na lata osławę. Innych recenzentów autor „Plotki o »Weselu«” się nie czepiał, a niektórych nawet forował. „Dopiero krytyk »Czasu«, Rudolf Starzewski, szeregiem głębokich i świetnych felietonów poddał ton, w jakim należało pisać o »Weselu«” – pouczał Boy.
„Na przedstawieniu byliśmy pod czarem poezji, mówiono nam o niepodległości i porwano nam tym duszę; przystaliśmy bez zastrzeżeń do tej gromady wyczekującej w śmiertelnej trwodze tętentu od Krakowa” – pisał po premierze „Wesela” na łamach „Przeglądu Polskiego”, Feliks Koneczny (1862-1949). „Wszyscyśmy tam duszą byli – tam pozostaliśmy. Wszyscy od pana do chudopachołka, bez względu na majątek, urodzenie, stopień wykształcenia i lata wieku swego, wszyscy ulegliśmy hipnozie autora. On w imieniu nas wszystkich potrafił przemówić i powiedzieć, że czekamy na hasło złotego rogu” - ocenił najwybitniejszy chyba wówczas krytyk.
„Wyspiański zdarł brudną szmatę z duszy pokolenia i ukazał stęchły, śmierdzący, zarobaczony trup, Wyspiański powtórzył, że jesteśmy narodem papug i pawi, »dziennikarzy« erotomanów, szaleńców, zawadiaków, głupców i komediantów. Wyspiański pchnął w grób obłęd mesjanistyczny, którym upijali się wielcy prymitywi” – pisał w „Słowie Polskim” Adolf Nowaczyński.
Mimo licznych zmian w obsadzie i wprowadzania drobnych innowacji reżyserskich inscenizacja przetrwała na scenie krakowskiej aż do 5 grudnia 1927 roku. „Wesele” odegrano wówczas, jak zaznaczono na afiszu, po raz 153. Sam Wyspiański – który dwa dni przed ślubem Rydlów Wyspiański także ożenił się z chłopką, Teodorą Teofilą Pytko - po wystawieniu „Wesela” przeżył pierwszy w życiu okres powodzenia i dostatku. Dramat doceniono, napływały tantiemy, honoraria, wzrosło zainteresowanie jego obrazami. Wyspiańscy przestali biedować, przenieśli się do lepszego mieszkania. Ale sam artysta powoli już wtedy umierał na kiłę; stosowane wówczas środki na tę chorobę jeszcze bardziej pogarszały jego stan. Ostatnie lata Wyspiański spędził właściwie nie ruszając się z łóżka, pisał i rysował bezwładną, ropiejącą ręką ujętą w dwie deseczki i obandażowaną tak, aby mógł utrzymać ołówek.
Zmarł 28 listopada 1907 roku - miał 38 lat. (PAP)
Agata Szwedowicz, Paweł Tomczyk
