PAP/Jacek Turczyk
W Polsce zachowało się ok. 8,5 tys. średniowiecznych rękopisów bibliotecznych, a w oprawach nowszych ksiąg znajdują się tysiące nieznanych dotąd fragmentów manuskryptów pergaminowych. Ich katalogowanie i zabezpieczanie to spory problem - mówi dr hab. Jacek Soszyński, prof. Instytutu Historii Nauki PAN.
PAP: Zanim wynaleziono druk i nauczono się masowej produkcji papieru, każda książka była pisanym odręcznie niepowtarzalnym dziełem. W projekcie Manuscripta.pl postawili państwo przed sobą trudne zadanie: uporządkować wiedzę o tym, jakie mamy polskie manuskrypty średniowieczne i gdzie się znajdują te cenne dzieła.
Dr hab. Jacek Soszyński, prof. IHN PAN mediewista, dyrektor Instytutu Historii Nauki PAN, szef projektu Manuscripta.pl: Interesują nas średniowieczne rękopisy biblioteczne. Co do zasady nie zajmujemy się więc dokumentami czy aktami, które podlegają pod archiwa.
Nasz projekt stoi na kilku nogach. Po pierwsze inwentaryzujemy zachowane rękopisy biblioteczne w kraju – wiadomo, że mamy około 8,5 tysiąca woluminów. Druga noga to tzw. polonika, czyli rękopisy, które miały kiedyś związek z Polską, a teraz są za granicą. Trzecia noga to rękopisy utracone – wiemy, że kiedyś nimi dysponowaliśmy, ale zostały zniszczone lub zrabowane podczas klęsk dziejowych. A czwarta noga to tzw. fragmenty: średniowieczne pergaminy używane jako makulatura do opraw nowszych ksiąg.
PAP: Po co nam ogólnopolski inwentarz rękopisów?
J.S.: Zbieramy w jednym miejscu wiedzę o tych dziełach i ułatwiamy do nich dostęp. Tego typu bazy danych znakomicie utrudniają też choćby handel skradzionymi zabytkami. W latach 90. XX w. z Biblioteki Narodowej w Paryżu skradziono dwa XIII-wieczne rękopisy hebrajskie. Złodziej usunął znaki własnościowe i zmienił oprawę. Po latach porównano obiekty oferowane na rynku z mikrofilmami wykonanymi w latach 50. i ustalono, że to te same obiekty. Dalsze śledztwo pokazało, że materiały te ukradł kustosz. Kolejną znaną sprawą była kradzież pierwodruku dzieła Kopernika z Biblioteki PAN i PAU w Krakowie. Ponieważ amerykański astronom Owen Gingerich opisał i skatalogował wszystkie zachowane egzemplarze na świecie, skradziony tom jest teraz na rynku antykwarycznym nie do sprzedania.
"Baza Manuscripta.pl tworzy właśnie taką tarczę ochronną dla polskich zbiorów."
PAP: Jak duża część średniowiecznych rękopisów z Polski jest zdigitalizowana?
J.S.: To się stale zmienia, ale myślę, że około połowy.
PAP: Jak to możliwe, że takie cenne materiały, liczące po kilkaset lat, są nie tylko niezdigitalizowane, ale nawet niezinwentaryzowane?
J.S.: Wpływ na to miały uwarunkowania historyczne. Skutki wojny dla księgozbiorów były dewastujące: powojenne przesunięcia granic, zniszczenia, przemieszczenia zbiorów (np. Zakład Narodowy im. Ossolińskich z Lwowa do Wrocławia) oraz kwestia zbiorów poniemieckich na Ziemiach Odzyskanych...
W bibliotekach panował wojenny rozgardiasz. Władze terenowe kierowały niezabezpieczone zbiory do specjalnych zbiornic, z których zbiory przemieszczano po bibliotekach bez szczegółowej ewidencji. Na przykład część rękopisów średniowiecznych Gdańskiej Biblioteki Miejskiej trafiła po wojnie do Lublina, ale część na UMCS, a część na KUL – zapewne przez pomyłkę kierowców ciężarówek. Jeszcze w latach 90. XX w. historycy zdawali sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiemy, co nam się ostało i gdzie to się znajduje.
PAP: Gdzie w Polsce znajduje się najwięcej takich zabytkowych ksiąg?
J.S.: Większość woluminów jest we Wrocławiu i Krakowie. To są silne ośrodki kodykologiczne, one sobie dobrze radzą z inwentaryzacją. Natomiast pozostałe ponad dwa tysiące obiektów są rozsiane po całej Polsce – często po instytucjach, np. bibliotekach kościelnych, które mają u siebie jeden, dwa, góra trzy rękopisy. Woluminy te od dziesięcioleci stoją zadbane na półkach, ale nie są jeszcze profesjonalnie opisane i nie wiadomo, co zawierają. A żeby takie dzieła opisać, trzeba mieć specjalistyczną wiedzę.
PAP: Bibliotekarz nie poradzi sobie z takim zadaniem?
J.S.: Absolutnie nie. Standardy katalogowe są dziś tak wyśrubowane, że dokładne opracowanie jednego skomplikowanego rękopisu potrafi zająć specjaliście ponad miesiąc. Rękopis średniowieczny to często „worek”, do którego wrzucano różne teksty: kazania, teksty liturgiczne, kroniki, a nawet traktaty o budowie zegarów.
Żeby to opisać, trzeba m.in. umieć rozczytać dawne pismo, a to bywa wyjątkowo trudne. Po 40 latach pracy z rękopisami czasem muszę się mocno nagłowić, żeby rozszyfrować pismo konkretnej osoby.
Głównym celem naszego projektu było dotarcie właśnie do tych mniejszych, prowincjonalnych ośrodków i pomoc im w opisaniu rękopisów, które mają w swoich zbiorach.
Około 2014 roku stworzyliśmy prywatną inicjatywę Manuscripta.pl. Później przygarnął nas Instytut Historii Nauki PAN. W latach 2017–2024 otrzymaliśmy w Instytucie grant z Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki (NPRH) w wysokości przeszło 2 mln zł. Pieniądze te umożliwiły poszukiwania na terenie całego kraju i stworzenie profesjonalnej bazy danych, by udostępniać wyniki kwerend. Środki te się już skończyły. Musimy teraz działać w skromnych warunkach. Nie stać nas na wysyłanie pracowników na kwerendy. Ba! Mieliśmy nawet problemy z wypłaceniem pensji.
PAP: Poza problemami z finansowaniem – jakie są wyzwania w inwentaryzacji rękopisów?
J.S.: Rękopisy w polskiej historii bardzo lubiły zmieniać „miejsce zamieszkania”. Ten sam obiekt bywa w dawnej literaturze określany jako np. rękopis Biblioteki Wilanowskiej nr 2, a dziś w Bibliotece Narodowej ma sygnaturę 8052. Badacz, zwłaszcza zagraniczny, całkowicie się w tym gubi. Dlatego nadajemy każdej jednostce z sygnaturą unikatowy numer MSPL. Dzięki niemu dany obiekt jest zawsze jednoznacznie identyfikowalny. Taki numer jest nadawany wyłącznie takiemu rękopisowi, który ktoś z naszego zespołu badawczego fizycznie wziął do ręki. Musimy mieć potwierdzenie, że dany dokument na pewno istnieje, i zweryfikować informacje na jego temat w dawnej literaturze, bo one bywają błędne.
"Badania takich rękopisów to nie jest zakurzona archiwistyka – to odzyskiwanie pamięci o historii naszej kultury."
Przykład: w literaturze podawano, że w Muzeum Regionalnym w Sulmierzycach jest kancjonał z XIII wieku. Na miejscu okazało się, że to nie żaden XIII-wieczny wolumin, tylko dwie karty XIV-wiecznego rękopisu muzycznego, włożone do innego, XVI-wiecznego dokumentu. Błąd w literaturze narastał przez dekady, dopóki tego fizycznie nie zweryfikowaliśmy.
W ramach realizacji projektu odwiedziliśmy w zasadzie wszystkie znane nam miejsca w kraju, w których przechowywane są takie zbiory, aby osobiście zweryfikować i zarejestrować woluminy.
PAP: A co z rękopisami polskimi poza granicami naszego kraju? W bazie jest ok. 1,5 tys. poloników.
J.S.: Skoro w Polsce mamy tylko osiem i pół tysiąca woluminów, to każdy znaleziony za granicą jest równie ważny. A rękopisy o polskiej proweniencji znajdziemy nawet w Nowej Zelandii. Przy okazji poloników powstają pytania, czy je przywracać do ich dawnych miejsc pochodzenia. My się tym nie zajmujemy. Jeżeli Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego żąda od nas informacji, to my ich chętnie udzielamy. Nie inicjujemy jednak działań, żeby rękopisy rewindykować.
PAP: Proszę jeszcze opowiedzieć o katalogu rękopisów utraconych. Ile woluminów jest na tej liście ?
J.S.: W bazie zarejestrowanych mamy niecałe dwa tysiące z nich. Prof. Jerzy Kaliszuk w swojej habilitacji odtworzył zniszczony, spalony przez Niemców w 1944 roku średniowieczny zasób Biblioteki Narodowej. Chodzi o to, że średniowieczny rękopis to tekst, który powielano i przepisywano wiele razy. Jeżeli wiemy z dawnych inwentarzy czy opracowań, jakie pisma Arystotelesa znajdowały się w danym rękopisie, to wiemy, co było w zaginionym manuskrypcie, bo sama treść jest znana z innych przekazów.
Co ciekawe niektóre utracone w czasie wojny dzieła udało się odnaleźć dzięki wiedzy członków naszego zespołu. Nasz ekspert, Sławomir Szyller czasem patrzył na wykaz strat i potrafił stwierdzić, że przecież jakiś rękopis, uważany za zaginiony, znajduje się teraz dajmy na to w Zielonej Górze. To wyjątkowe sytuacje, ale się zdarzały.
PAP: Proszę jeszcze wyjaśnić, czym są tzw. fragmenty rękopisów, które państwo również katalogujecie.
J.S.: Dziś wiemy, że to ogromne wyzwanie, które na nas czeka. Gdy pergaminowy rękopis średniowieczny tracił na aktualności albo się zużył, bywało, że nie wyrzucano go, lecz przeznaczano na makulaturę do opraw nowszych ksiąg. Kiedy więc przechodzi się wzdłuż regałów w magazynach bibliotecznych, można zobaczyć średniowieczne pergaminy wklejone w oprawy starodruków.
Słynne Kazania Świętokrzyskie (pierwszy tekst prozatorski po polsku, pochodzi z XIII-XIV wieku - przyp. PAP) to właśnie były paski wyciągnięte z oprawy. Okazało się, że można je złożyć w całość. Takich fragmentów średniowiecznych rękopisów są w Polsce dziesiątki tysięcy. Kiedyś konserwatorzy potrafili je bagatelizować – a one mają niesłychaną wagę: makulatura użyta do oprawy świadczy bezpośrednio o lokalnej kulturze intelektualnej średniowiecza.
Kiedy zaczynaliśmy nasz projekt, nie zdawaliśmy sobie sprawy z wyzwania, jakim jest opis fragmentów. Informacje zbieraliśmy wyrywkowo, ale teraz wiemy, że to musi być zrobione systematycznie. Staramy się teraz o grant na systematyczne poszukiwanie, rejestrację i zabezpieczenie tych dziesiątek tysięcy fragmentów.
PAP: Czy żeby odzyskać taki fragment, trzeba zniszczyć oprawę?
J.S.: Dziś konserwatorzy słusznie odmawiają niszczenia zabytkowej oprawy dla pozyskania fragmentu. Możemy to jednak zrobić wykorzystując nowocześniejsze metody - tomografię czy kamerki wziernikowe. W Muzeum Instrumentów Muzycznych w Paryżu prześwietlano w ten sposób skrzypce, np. Stradivariusy, których pudła uszczelniano wewnątrz fragmentami pergaminowych Biblii. Nowoczesna technologia daje bezinwazyjne możliwości odczytu bez niszczenia obiektu.
PAP: Gdyby miał pan podsumować treść średniowiecznych rękopisów: o czym one są?
J.S.: Przede wszystkim to literatura religijna. W średniowieczu uważano, że celem nauki jest odkrywanie tego, co stałe i niezmienne – a w kontekście chrześcijaństwa stały i niezmienny jest Bóg. Stąd prowadzono wtedy szczegółowe badania Pisma Świętego i tekstów Ojców Kościoła.
Swoją drogą okazało się potem, że stosując się do samych zasad logiki, istnienia Boga nie da się udowodnić. To doprowadziło do kryzysu scholastyki, z którego wyłoniła się nowoczesna nauka.
Nawet jednak w średniowiecznych kazaniach znajdujemy mnóstwo przykładów odwołujących się do życia codziennego. To bezcenne źródło dla badania mentalności tamtych ludzi.
PAP: W jakim stanie są manuskrypty po tylu stuleciach?
J.S.: Najwięcej zachowanych w Polsce rękopisów pochodzi z XV wieku. Niektóre wyglądają tak, jakby napisano je wczoraj, inne to zniszczone strzępy. Największym wrogiem rękopisu są woda, wilgoć i ogień. Jeśli jednak zapewni się manuskryptom stałą temperaturę i wilgotność, są niezwykle trwałe.
PAP: W Polsce mamy 8,5 tys. woluminów rękopisów, to niezbyt dużo. Gdyby je wszystkie zgromadzić w jednym miejscu, zmieściłyby się w osiedlowej bibliotece…
J.S.: Tak, jeśli chodzi o cały kraj, to obiektywnie rzecz biorąc, mamy niedużo rękopisów. Tyle woluminów potrafi liczyć dzisiaj jeden prywatny księgozbiór. Jednak wiedza, jaką z tych dzieł czerpiemy, jest ogromna. Badając te dzieła, sięgamy do samych fundamentów naszej tożsamości. Dzięki temu zdajemy sobie sprawę, że nasi przodkowie sprzed kilku wieków potrafili pisać, czytać i czerpali z kultury europejskiej pełnymi garściami. Badania takich rękopisów to nie jest zakurzona archiwistyka – to odzyskiwanie pamięci o historii naszej kultury.
Rozmawiała Ludwika Tomala (PAP)
lt/ zan/