Chuck Berry, ojciec rock and rolla. Fot. PAP/EPA/EFE/Domenech Castello
Idol The Beatles i The Rolling Stones, rewolucjonista, skandalista, autor „Johnny B. Goode” i „Maybellene”, twórca imaginarium Ameryki lat 50. - gitarzysta i wokalista Chuck Berry, „ojciec” rock and rolla, urodził się 18 października 1926 r.
Na wieść o jego śmierci w marcu 2017 r. muzyczny świat pogrążył się w żałobie. Wspominano tytuły największych jego przebojów, jego legendarny „kaczy chód”, wysławiano jako rewolucjonistę, pioniera, innowatora. Nazywano „ojcem” rock and rolla, twórcą estetyki młodej Ameryki — wyrażał jej nadzieje, obawy i pragnienia, w piosenkach wyśpiewywał historie o ściganiu się samochodami, szkolnych potańcówkach i pierwszych miłościach. Epickie opowieści na dwie i pół lub trzy minuty.
„Rozpalił nasze nastoletnie lata, tchnął życie w nasze marzenia o graniu muzyki i występowaniu. Słowa jego piosenek wyróżniały się pośród innych i nadawały blasku amerykańskiemu snowi” - napisał Mick Jagger, wokalista The Rolling Stones, jednej z wielu grup, dla których Berry był idolem, inspiracją, po którego piosenki sięgali w pierwszych latach działalności, gdy nie potrafili jeszcze pisać własnych. The Rolling Stones, The Beatles, The Beach Boys, Jimi Hendrix, The Kinks, The Who — wszyscy oni byli dłużnikami muzycznej rewolucji rozpętanej w połowie lat 50. przez Chucka Berry'ego, gitarzystę i wokalistę z St. Louis. „Wszystko rozpoczęło się wraz z nim” - napisał Rod Stewart.
Syn diakona i nauczycielki pierwsze występy zaliczał podczas domowych imprez w rodzinnym St. Louis. Podobało mu się zainteresowanie, jakie wzbudzał. Ponoć już wtedy wpadł na pomysł „kaczego chodu”, który stał się jednym z jego charakterystycznych chwytów — przemierzał scenę w przysiadzie i z gitarą trzymaną przed sobą niczym karabin. Widziałem go na żywo w 2007 r., gdy występował z darmowym koncertem w miasteczku Cranford w stanie New Jersey. 80-letni wówczas muzyk nadal czuł się w obowiązku wykonać swój ikoniczny taniec. Jego zespół nie brzmiał dobrze — zamiast stać na czele własnego zespołu, Berry od lat otaczał się muzykami sesyjnymi, często przypadkowymi, takimi, z którymi nie grał nigdy wcześniej, ale za to tanimi do zaangażowania. Oszczędności — czy też skąpstwa — nawet za cenę jakości towarzyszącego mu zespołu, nauczyło go doświadczenie. Tyle razy został oszukany przez nieuczciwych promotorów i właścicieli klubów, chciwych szefów wytwórni płytowych, policjantów szykanujących go ze względu na kolor jego skóry.
O tym opowiada Keith Richards w filmie „Hail! Hail! Rock 'n' Roll” z 1987 r. (tytuł zaczerpnięto ze słów piosenki Berry'ego „School Days”). Gitarzysta The Rolling Stones zorganizował koncert Berry'ego z okazji 60. urodzin rockandrollowej legendy. Richards chciał, by muzyka jego idola została zaprezentowana w całej swej głębi i jakości, do zespołu zaprosił m.in. Erica Claptona, Bobby'ego Keysa, Chucka Leavella, Roberta Craya i Ettę James. Mówił o Berrym jako o członku rodziny, nazywał go „esencją rock and rolla” i „dziadkiem nas wszystkich”. Któregoś razu w Nowym Jorku, jeszcze latach 60. - wspominał - „dziadek” podbił mu oko, gdy przyłapał Richardsa na dotykaniu jego gitary bez pozwolenia. Podczas przygotowań do koncertu Berry był konfrontacyjny — prowokował, kłócił się dla samej sztuki kłócenia się, nieustannie zmieniał dyspozycje, wściekał się, gdy coś nie było dokładnie tak, jak chciał.
Gdy rozpoczynał swą wielką karierę w studiu nagraniowym chicagowskiej wytwórni Chess, towarzyszyli mu wybitni instrumentaliści, na czele z basistą Williem Dixonem i pianistą Otisem Spannem. Berry był gwiazdą wytwórni, nakładem której ukazywały się płyty słynnych bluesmanów Muddy'ego Watersa, Etty James, Bo Diddleya, Howlin' Wolfa. Muzyka Berry'ego brzmiała inaczej, niosło ją inne tempo — łącząc country, bluesa i pop — a jej autor swoje piosenki kierował do nastolatków bez względu na kolor ich skóry. Chciał być sławny i bogaty, kochany przez wszystkich. Grać dla obu stron widowni, którą dzieliła lina odgradzająca białych od czarnych. To z tego powodu zmienił słowa „Johnny B. Goode”, wykreślając strofy o kolorze skóry bohatera. Riff otwierający utwór należy do najsłynniejszych w całej rockowej historii. Bohaterami jego przebojów byli młodzi, pełni życia i pyszałkowaci, nawet jeśli pozornie stali na przegranej pozycji. Jak Johnny z jego najsłynniejszej piosenki, który - choć biedny i niewykształcony - potrafi grać na gitarze jak nikt inny.
Dziś jego piosenki są niczym hymny na cześć młodości - „Maybellene”, „Roll Over Beethoven”, „Johnny B. Goode”, „Carol”, „Too Much Monkey Business”, „Brown Eyed Handsome Man”, „Little Queenie”, „Sweet Little Sixteen”. Są pełne samochodów, autostrad, dróg, dziewczyn, hamburgerów, wyścigów i prędkości, ucieczki od codziennej szarzyzny. W kolejnych latach rock and roll jako sztukę rozwinęli muzycy, którzy uczyli się go od Berry'ego. Oni nadawali mu polityczny wymiar, którego tak unikał autor „Rock and Roll Music”. Oni też, choć wykonywali jego piosenki i podkreślali wpływ, jaki wywarł na ich muzykę i kariery, zepchnęli go - i innych pionierów rock and rolla - z piedestału. Karierę „ojca rock and rolla” zahamował nie tylko czas i zmieniające się gusta, ale także jego pozasceniczne życie, skandale, narkotyki i zarzuty o oszustwa podatkowe, pobyt w więzieniu, wreszcie - trudny charakter artysty.
Carl Perkins wspominał ich trasę w 1964 r. Berry wyszedł z więzienia po tym, jak został skazany za przewiezienie 14-letniej dziewczyny przez granice stanu; zarzucano mu stręczycielstwo. „Nigdy nie widziałem, by ktoś tak się zmienił” - wspominał Perkins, autor „Blue Suede Shoes” - „Kiedyś był wyluzowany, roześmiany, a gdy byliśmy w trasie po Anglii, był wycofany i zgorzkniały”. Nie chodziło tylko o więzienie - zaznaczył jednak - a o „wszystkie te lata ciężkiego życia, walki o swoje, życia w trasie. To potrafi człowieka wykończyć”. Nie wrócił już na szczyt, przyglądał się, jak sięgają go inni, często nawet nie tyle inspirując się jego dokonaniami, ile niemal je kopiując i podpisując jako swoje własne. Gdy wydano ją po raz pierwszy w 1963 r. autorstwo piosenki The Beach Boys „Surfin' USA” przypisano liderowi grupy Brianowi Wilsonowi. Na wydanej trzy lata później płycie „Best of The Beach Boys” widnieje już nazwisko Chucka Berry'ego.
W „Hail! Hail! Rock 'n' Roll” Berry wspomina bójkę, jaką stoczył niegdyś z Jerrym Lee Lewisem, pianistą, wokalistą i — tak jak on — pionierem rock and rolla. Pytany, o co poszło, wyjaśnił: „Powiedział, że jest królem rock and rolla, a ja powiedziałem, że to ja nim jestem”. (PAP)
pj/ dki/