Wojciech Waglewski podczas koncertu w ramach cyklu MTV Unplugged. Fot. PAP/Łukasz Gągulski
Chciałem, by to był album apelujący o docenienie tej chwili, w której żyjemy. Co, oczywiście, jest bezpośrednio związane ze śmiercią. Ale chodzi o pochwałę życia, otulinę - mówi PAP Wojciech Waglewski, gitarzysta i wokalista grupy Voo Voo. Jej ostatnia płyta „Dźwięczność” ukazała się w kwietniu.
PAP: Czy „Dźwięczność” to rzeczywiście ostatnia studyjna płyta Voo Voo? Czy też ostatnia w dotychczasowym wcieleniu zespołu?
Wojciech Waglewski: Miałem zamiar już nie nagrywać więcej albumów. Taką decyzję podjąłem jeszcze w 2024 r., żeby jeśli już, to nagrywać single, piosenki na Spotify, jak większość muzyków. Płyty się nie sprzedają. Wiele zespołów wydaje muzykę na winylach, które następnie sprzedają na koncertach, kompaktów jest coraz mniej. Nagraliśmy tych płyt bez liku, sam nie wiem, ile dokładnie. Mamy własną publiczność, którą w dodatku tworzą przedstawiciele różnych pokoleń. Czasami wracamy do starszych rzeczy, czasem gramy nawet całe albumy. Fajnie się to gra - tym bardziej, że improwizujemy. Nie czułem więc potrzeby rozszerzania repertuaru.
Piosenka „Dźwięczność” została napisana w zasadzie jako pożegnanie z nagraniami studyjnymi. Ukazała się w maju ubiegłego roku pod wpływem sugestii mojej żony, która chciała, żebym zagrał na gitarze prawdziwe solo, jak normalny człowiek, a nie te moje dziwactwa. Taka piosenka nieco w stylu „wychowani na Trójce”, a nigdy za taką muzyką nie przepadałem. Podszedłem do tego z dystansem, ale to się zmieniło. Żona wysłuchała utworu, zaakceptowała. A po niedługim czasie zmarła, wszystko się wywróciło. Wszystko to nabrało zupełnie innego znaczenia, prawie jak requiem. W nas wszystkich spowodowało to chęć, by raz jeszcze wejść do studia. Nazbierało się mnóstwo w ciągu miesiąca. Nagraliśmy tę płytę w wyjątkowych okolicznościach, chyba pierwszy raz robiliśmy próby, napracowaliśmy się. Wspólnotowa rzecz z tego wyszła, nie ma popisów, solówek, jest to rzecz zespołowa. W dodatku nagrana w studiu, w którym nie nagrywaliśmy od kilkudziesięciu lat. Wszystko przebiegło w bardzo przyjacielskiej, wspólnotowej atmosferze.
PAP: W zapowiedziach tej płyty mówił pan, że jest dołująca, smętna. A nie jest taka.
W.W.: Była sugestia, by „Dźwięczność” nie była tytułem, żeby w ogóle ukazała się osobno. Zaczynałem od bardzo mocnych, emocjonalnych tekstów. Całe przygotowanie moje do tej płyty polegało na tym, by nabrały optymizmu, żeby pozbyć się złych emocji. Chciałem, by była płytą apelującą o docenienie tej chwili, w której żyjemy. Co, oczywiście, jest bezpośrednio związane ze śmiercią. Ale chodzi o pochwałę życia, otulinę. Pozwala na chwilę uciec od tego, co dzieje się na zewnątrz, nie przejmować się tym. No i są wspaniali goście.
PAP: Czemu ci goście służą? Co panu daje obecność na przykład Darii ze Śląska?
W.W.: Darię zasugerował nam menedżer, pojawiła się na naszych koncertach unplugged. Zaimponowała mi bardzo, posłuchałem jej płyty, podobała mi się jej osobność. Nie wpisuje się w schemat, jaki obecnie panuje w muzyce popowej w Polsce. Wszystko brzmi irytująco podobnie, powiela ten sam schemat, jeśli tylko przyniesie sukces. Daria potrafi pisać piosenki proste, ale pełne treści i wiarygodne. To było wspaniałe spotkanie, podobnie jak współpraca z Hanią Rani. Poczułem radość obcowania z osobą, która dobrze wie, o co jej chodzi. Była to praca wykraczająca ponad zwykły kontakt zawodowy.
PAP: Jak pan mówi, płyty się nie sprzedają. Czy w dobie muzycznego streamingu, krótkich komunikatów, „Dźwięczność” jest umyślnie niedzisiejsza?
W.W.: Obowiązują - można powiedzieć - dwie formy konsumowania muzyki. Z jednej strony jednorazowe, długie wydarzenia, jak Męskie Granie czy inne festiwale, podczas których słuchacz przyswaja muzykę przez jakieś sześć godzin i w sumie może nabrać poczucia sytości na resztę roku. Ja osobiście tego nie akceptuję. W dawnych czasach raz do roku niektórzy wybierali się na Jazz Jamboree, nie mając zielonego pojęcia o tej muzyce. Ale wypadało się tam pokazać. Poświęcali się więc raz w roku, czuli się lepsi i usatysfakcjonowani. Teraz jest nieco podobnie. Zanikła przyjemność i zwyczaj spotykania się przy winie i wspólnego słuchania płyt. Fisz mi mówił, że jeszcze pamięta coś takiego, ale to w zasadzie zanikło. Muzyki słucha się najczęściej jako akompaniamentu do porannej krzątaniny, śniadania, jazdy samochodem. Piosenki w stacjach radiowych mają nie przekraczać trzech minut, muzyka została sprowadzona do roli „zapychacza”. To się wiąże z systemem pracy, walką na rynku, utrzymywaniem się w systemie korporacyjnym. Moi sąsiedzi żyją w rzeczywistości kredytów, spłacania ich, zaharowywania się. W tym świecie wartość pracy oceniana jest na podstawie ilości polubień czy reakcji internatutów. Był taki serial „Black Mirror” - żyjemy już w rzeczywistości, którą nakreślał jeszcze jako fikcję.
Druga strona tego zagadnienia to małe kluby. Jest ich mniej niż kiedyś, ale wciąż działają, wciąż przyciągają ludzi. Zagraliśmy w takich miejscach „przedsionek” trasy koncertowej i pomyślałem sobie, że wolałbym zagrać pięć koncertów w takich klubach niż w jednej wielkiej sali. Na przykład graliśmy w Ursynowskim Centrum Kultury „Alternatywy”, świetnie się gra w takich miejscach, jest poczucie interakcji z widownią.
Pojawiają się, choć nieśmiało, ciekawe kapele rockowe. Dezerter wrócił ze świetną płytą, Trupa Trupa to zespół o coraz większej światowej renomie, jest Dziwna Wiosna - zespół świetnie grający na żywo. Cały czas jednak stolicą muzyki pozostaje Londyn. Flea właśnie nagrał solową płytę z czołówką brytyjskiej sceny jazzowej, zupełnie nie przejmuje się komercyjnym wymiarem tej płyty. Jest fantastyczny Damon Albarn i jego Gorillaz, jest Shabaka Hutchings. Rozpadło się niestety Black Midi, jeden z najciekawszych zespołów ostatnich lat. Może byli zbyt dobrzy. Kiedyś w polskim jazzie często tak bywało, że to muzycy najlepiej się bawili na scenie. Lepiej niż słuchacze.
PAP: Czy problem jazzu w Polsce polegał na niedostatecznym braniu pod uwagę słuchaczy?
W.W.: Nie ma problemu jazzu, ponieważ zawsze - i teraz też - polski jazz to była marka licząca się bardzo na świecie. Czasem chodziło się na koncert zespołu, czasem, żeby słuchać konkretnego muzyka, członka zespołu, gitarzysty czy perkusisty. Natomiast bardzo ważna rzeczą jest dbałość o słuchaczy, czyli dramaturgia i wizerunek. Dobrze wie o tym Wojtek Mazolewski, który dba o wizerunek i przekaz.
PAP: A rock and roll - czy ma przed sobą jakąś przyszłość?
W.W.: Przyzwyczailiśmy się do robienia pieniędzy bez myślenia o przyszłości. Jeśli coś się sprawdziło, powielano ten schemat, ile wlezie. Były utalentowane wokalistki, które wszystkie brzmiały dokładnie tak samo, bo nagrywały w tym samym studiu, u tego samego producenta. Teraz troszkę podobnie wygląda produkcja utworów popowych i choć mamy wysyp fantastycznych piosenkarek i piosenkarzy, to sukces tych najzdolniejszych powoduje, że produkcje kolejnych starają się być podobne, by ich dogonić. A producentów nie jest za wielu i tu tkwi kłopot. Mamy więc klęskę nadurodzaju, ale daj nam Boże takich klęsk jak najwięcej. Problem pojawia się wtedy, kiedy ci wykonawcy grają na wszystkich możliwych imprezach te same utwory w tym samym anturażu i staje się to trochę monotonne.
Grałem na zagranicznych festiwalach - rockowych i jazzowych - organizatorzy płacili nam za to, żebyśmy nie grali przed i zaraz po planowanym koncercie w pobliżu. Umiar wydaje się jedynym sensownym rozwiązaniem. Pozostawianie uczucia niedosytu zdecydowanie lepiej rokuje niż przesyt.
PAP: W ostatnich latach renesans popularności przeżywa płyta winylowa.
W.W.: To oczywiste… Ckni nam się za czymś naturalnym, trzeszczącym, ludzkim tak naprawdę - jak za domem na wsi. Nadmiar technologii, spłycenie kontaktów międzyludzkich, ogólna bieżączka zaczynają uwierać. Ja już nie kupuję kompaktów. Płyty winylowe mają okładkę, zapach, historię. „Dźwięczność” wygląda pięknie w wydaniu analogowym, ma wspaniałą okładkę autorstwa Jarosława Koziary. Winyl prowokuje do takich działań. Gdybyśmy mieli to robić na kompakcie, pewnie nie miałoby to sensu. Szkoda, że ten rynek wciąż jest jeszcze niewielki.
PAP: Czy ułatwiając sobie zdobywanie muzyki, nie pozbawiliśmy się czegoś ważnego?
W.W.: Oczywiście, internet zmienił wszystko, wystarczy kliknąć i płyta jest zdobyta, kupiona. Lubiłem jeździć do Berlina i łazić po tamtejszych sklepach płytowych. Ich właściciele byli pasjonatami, prawdziwymi kopalniami wiedzy o muzyce. Tej starej i tej najnowszej. We Florencji mam taki sklep, był tam pies właściciela na środku, sprzedawali jazz. Jak się dowiedział, że jestem z Polski, wykrzyknął: wy to dopiero macie scenę jazzową! Zaczął mówić z entuzjazmem o Tomku Stańce, Urszuli Dudziak… Duma! W Polsce też są takie sklepy, tylko trzeba ich poszukać.
Internet zmienił wszystko także pod względem tworzenia i nagrywania. Mogę zaprosić kogoś do współpracy i nigdy się z nim nie spotkać, nie muszę już nawet opuszczać mieszkania. Wystarczy, że wymienimy maile.
PAP: Ta łatwość to sytuacja korzystna czy niekorzystna?
W.W.: Niekorzystna, choć przyspiesza cały proces. Miałem to szczęście, że spotkałem się ze wszystkimi artystami, z którymi chciałem współpracować. Mieliśmy kontakt osobisty. Grałem z nimi, z Donem Cherrym, Dave'em Douglasem, Alimem Quasimowem, Esperanzą Spalding, nie mówiąc o czołówce naszej rodzimej sceny. Kiedyś poznaliśmy w Chicago rapera Antara Jacksona, przypomnieliśmy sobie o nim teraz i zaprosiliśmy do udziału w nagraniu. Zgodził się i przysłał swoją ścieżkę, właśnie mailem. Ale potem przyjechał, a przy okazji okazało się, że świetnie śpiewa, o czym nie wiedziałem. Wymiana maili i praca na odległość pozbawiona jest też kluczowej sprawy, czyli interakcji, wymiany poglądów, wspólnego działania w studiu. Zawsze jestem za spotkaniami, gdy tylko jest to możliwe.
PAP: W Stanach Zjednoczonych powstał raport, z którego wynikało, że sprzedaż płyt winylowych po raz pierwszy od dekad wyprzedziła sprzedaż kompaktów. Inna rzecz, że z tego samego badania wynikało, że nie wszyscy kupujący winyle kupowali też gramofony.
W.W.: Z tego co wiem od moich znajomych-muzyków, powróciła także sprzedaż bardziej organiczna, prowadzona na koncertach. Ja tak sprzedawałem prawie całe życie, czy to w Osjanie czy w pierwszych latach Voo Voo. Te płyty stają się niemal czymś w rodzaju programu w teatrze. Mnie to cieszy, jest też okazja, żeby usiąść na chwilę, podpisać album, porozmawiać z ludźmi.
Dzielę koncerty na widowiska i koncerty. Widowisko to zdarzenie na stadionie, ogląda się artystów na telebimie, robi się zdjęcie na pamiątkę, pije się sporo piwa, żeby wytrzymać sześć godzin festiwalowego dnia. Moim zdaniem człowiek nie przyjmie za jednym podejściem więcej niż trzy godziny muzyki. Koncert to coś innego, to zdarzenie muzyczne. To zupełnie inny odbiór muzyki i relacji z ludźmi. Najbardziej lubię grać w małych klubach, ale czasami trzeba też zagrać na festiwalu. Forma telebimowa zawsze będzie popularna. Jakiś czas temu chciałem pojechać do Niemiec na koncert Petera Gabriela, zadzwoniłem do mieszkających w Berlinie znajomych, żeby spytać, czy by nie poszli, a oni popukali się w głowy: koncert na stadionie? Oszalałeś? Potem sobie pomyślałem, że w sumie mają rację, co ja bym tam robił? Stał i patrzył na telebim?
Rozmawiał Piotr Jagielski (PAP)
pj/ dki/