Wilno, Litwa, 25.01.2026 r. Od lewej: prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, prezydent Republiki Litewskiej Gitanas Nauseda i prezydent RP Karol Nawrocki podczas spotkania z przedstawicielami mediów w Pałacu Prezydenckim w Wilnie. Fot. PAP/Marcin Obara
Historycy nie są od rozwiązywania sporów o historię, oni zajmują się tylko jej badaniem; to na elitach politycznych ciąży odpowiedzialność za tonowanie emocji – powiedział PAP ukraiński publicysta Antin Borkowski. Jego zdaniem Rosja może wykorzystać ten spór do własnych celów, może np. dojść do jakieś prowokacji.
PAP: W sobotę przypada 83. rocznica Zbrodni Wołyńskiej. Zarówno strona polska, jak i ukraińska obawiają się w związku z tym eskalacji sporu albo jakiejś prowokacji, być może ze strony Rosji. Istnieje taka groźba?
Antin Borkowski, lwowski publicysta, specjalizujący się w relacjach polsko-ukraińskich: - Niestety tak. Rosja może wykorzystać ten spór do własnych celów, więc może dojść do jakieś prowokacji zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie.
PAP: Sądzi pan, że rocznica będzie kulminacją wzajemnych oskarżeń, a po obchodach dojdzie do próby wyciszenia konfliktu? O tym niedawno rozmawiał minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha z Radosławem Sikorskim.
A.B.: - Mamy tu dwa wymiary. Pierwszy międzyrządowy, gdzie sprawy mają się nie najgorzej. Rozmowy Sybihy z Sikorskim mogą przynieść pozytywne rezultaty. Drugi wymiar to prezydenci. Tu mamy problem. Nie wiemy, co powiedzieli sobie dokładnie Karol Nawrocki i Wołodymyr Zełenski, kiedy spotkali się na marginesie szczytu NATO w Ankarze. Wiemy tylko tyle, że kwestie historyczne pozostały nierozwiązane. Najważniejsze jest to, by prezydenci zaczęli poważnie rozmawiać o historii. I żeby obie strony podjęły jakieś działania na rzecz najpierw wyciszenia, a potem ewentualnego rozwiązania sporu. Niestety, jeśli chodzi o postrzeganie UPA, nie znajdziemy kompromisowego rozwiązania w dzień, tydzień czy miesiąc. Tego nie da się zrobić bez profesjonalnego dialogu. Swoją drogą, nie wiem, czy kwestie historyczne, o których rozmawiamy, można w ogóle rozwiązać. Na pewno można i trzeba wyciszyć emocje.
PAP: Niestety, szefa Biura Prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow je podgrzewa, mówiąc o tym, że Polska przygotowuje się do eskalacji sporu.
A.B.:
- Kiedy rozmawiam o drażliwych kwestiach historycznych, nie lubię tak szerokich określeń, jak „Polska” czy „Ukraina”, bo w obu krajach są bardzo różne środowiska i elity polityczne.
Być może Budanow powiedział coś, czego nie powinien był powiedzieć, ale po polskiej stronie są też różne głosy. Poza tym, co w kontekście sporu z Ukrainą kryje się za określeniem „Polska”? Mamy na myśli Adama Michnika czy Grzegorza Brauna? Między stanowiskiem redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” a lidera Konfederacji Korony Polskiej jest przepaść, a przecież obaj są Polakami. Mówienie więc o stanowisku Polski w sprawie sporu o historię to lekkie nadużycie. Musimy być tego świadomi.
PAP: Cała polska klasa polityczna - od KO przez PiS po obie Konfederacje - jest zgodna co do tego, że gloryfikacja UPA jest nie do zaakceptowania, zaś budowanie na tym tożsamości narodowej może utrudnić negocjacje akcesyjne z UE...
A.B.: - To jest oczywiście poważny problem, ale powtarzam - sporów historycznych nie da się rozwiązać szybko. Ten proces już się rozpoczął, trwają ekshumacje polskich ofiar na Wołyniu i w Galicji, ale to dopiero początek. Ważne, aby obie strony zsynchronizowały wysiłki. Kluczowa jest symetria. Nie dojdziemy do porozumienia, jeśli elity rządzące zaostrzają spór z powodów polityki wewnętrznej.
PAP: W Polsce nasilają się nastroje antyukraińskie, przez Ukrainę przetacza się fala nastrojów antypolskich. Nie sądzi pan, że to jeszcze bardziej utrudni wyciszenie sporu?
A.B.: - Niestety tak, ale myślę, że powodem tej narastającej niechęci są nie tylko kwestie historyczne. W Polsce mamy do czynienia ze zmęczeniem Ukrainą, zmęczeniem uchodźcami, co prowadzi do niechęci wobec Ukraińców, a społeczeństwo ukraińskie reaguje na tę zmianę postawy Polaków w podobny sposób. Trzeba by zapytać socjologów, jak długo tak konserwatywne społeczeństwo, jak polskie, jest w stanie akceptować tak bardzo dużą liczbę cudzoziemców? Jak wygląda integracja Ukraińców? Gdzie pojawiają się napięcia i konflikty? Czy da się ich uniknąć? Uważam, że mamy do czynienia z wielkim problem społecznym, a nie z konfliktem o historię. Historia jest tylko pretekstem do podgrzewania emocji.
PAP: Myśli pan, że nazwanie jednej z jednostek armii ukraińskiej imieniem „Bohaterów UPA” było iskrą, która spowodowała ten wybuch?
A.B.: - Część polskich elit politycznych - myślę głównie o politykach obu Konfederacji - bardzo ochoczo dolewa oliwy do ognia. Niestety, ich działania mają społeczne skutki, bo jeśli pewne negatywne opinie o Ukraińcach powtarza się na okrągło, ludzie zaczynają w to wierzyć i zmienia się klimat społeczny. Problem w tym, że mamy wojnę i w interesie obu stron jest współpraca na rzecz bezpieczeństwa, a nie pogłębianie podziałów. Z ultimatum, jakie postawił Putin Ukrainie przed inwazją 2022 roku, wynika jasno, że Polska też ma powody do obaw. Jeśli chodzi o rosnące napięcia polsko-ukraińskie, uważam, że są one spowodowane nałożeniem się na siebie wielu różnych problemów, a potęgują je różnice między rządzącymi a prezydentem.
PAP: A może rozwiązaniem byłoby powołanie polsko-ukraińskiej grupy ds. trudnych? Były prezydent Aleksander Kwaśniewski zadeklarował niedawno, że - gdyby taka grupa powstała - mógłby jej przewodzić.
A.B.: - To dobry pomysł, zaś Aleksander Kwaśniewski mógłby odegrać bardzo pozytywną rolę. Doskonale pamiętam jego zaangażowanie w czasie Pomarańczowej Rewolucji, jego rozmowy z Kuczmą. Pytanie - czy wszyscy w Polsce mają tak dobrą opinię o Kwaśniewskim, jak ja? Słowem - czy jego ewentualnych rekomendacji w sprawie zażegnania sporu z Ukrainą wysłucha obecny prezydent Karol Nawrocki?
PAP: Wątpię.
A.B.: - No właśnie. I to jest problem. Relacje polsko-ukraińskie stały się zakładnikiem rywalizacji politycznej zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie. W Polsce wybory odbędą się jesienią przyszłego roku, ale kampania już trwa. Z oczywistych względów nie znamy daty wyborów na Ukrainie, ale to nie znaczy, że nie toczy się polityczna gra nastrojami społecznymi. Trzeba zrozumieć, że z powodu wojny społeczeństwo ukraińskie jest dużo bardziej rozstrojone niż polskie.
PAP: Czy nie jest pan rozczarowany tym, że to polsko-ukraińskie braterstwo ukute na fali solidarności po rosyjskiej inwazji tak szybko zmieniało się we wzajemną niechęć i oskarżenia?
A.B.: - To jest oczywiście bardzo smutne. Wydawałoby się, że w obliczu oczywistego zagrożenia ze strony Rosji elity polityczne z obu krajów powinny wykazać się większą odpowiedzialnością. Historycy nie są od rozwiązywania sporów o historię, oni zajmują się tylko jej badaniem. To na elitach politycznych ciąży odpowiedzialność za tonowanie emocji.
Wracając do idei grupy ds. historii, być może pewnym rozwiązaniem byłoby włączenie do niej historyków o światowej renomie, takich jak Norman Davies czy Timothy Snyder? Autorytety w tej dziedzinie są nie tylko w Warszawie czy Kijowie, ale także w Oksfordzie, Cambridge czy na Harvardzie.
PAP: Proponuje pan umiędzynarodowić spór polsko-ukraiński?
A.B.: - Trzeba wreszcie napisać pełną historię Europy Środkowo-Wschodniej, włączywszy w to kwestie trudne, takie jak Wołyń. Ustalić wiarygodną liczbę ofiar po obu stronach. Za takimi ocenami powinny stać wielkie nazwiska, renomowane instytucje, tak aby nikt tego nie podważał.
PAP: Ile czasu to zajmie? Politycy działają na podstawie kalendarza wyborczego.
A.B.: - Niestety, tym trzeba było zająć się już 10 lat temu. Jesteśmy mocno spóźnieni, a społeczeństwa pozostają zakładnikami polityków. Ludzie kierują się emocjami i szybciej reagują na jakąś ostrą wypowiedź albo oskarżenia niż na rozważania profesjonalistów. Nie znaczy to jednak, że intelektualiści, ludzie pozbawieni zacietrzewienia powinni siedzieć z założonymi rękami.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)