Zastępczyni dyrektora Departamentu Dziedzictwa Kulturowego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego Elżbieta Rogowska (pierwsza) w gdańskim Dworze Artusa. Obok: zastępca prezydenta Gdańska ds. zrównoważonego rozwoju i gospodarki Piotr Grzelak. Gdańsk, 27 czerwca 2025 r. Fot. PAP/Adam Warżawa
Restytucja to w większości przypadków połączenie partii szachów, filmu sensacyjnego oraz żmudnej pracy badawczej i urzędniczej. W tym zawodzie nie ma miejsca na nudę - powiedziała PAP zastępczyni dyrektora Departamentu Dziedzictwa Kulturowego MKiDN Elżbieta Rogowska.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego podkreśla, że restytucja to coś więcej niż tylko odzyskiwanie zrabowanych obrazów, rzeźb czy rękopisów – to kluczowy element naprawy zerwanych nici pamięci. - Nigdy nie zgodzimy się na to, by wojenny rabunek kiedykolwiek został uznany za trwały stan rzeczy – powiedziała PAP ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska. Przypomniała, że Polska prowadzi dziś prawie 200 spraw w 18 krajach. - Oznacza to, że mimo wielu sukcesów nasza praca wciąż daleka jest od zakończenia - zaznaczyła.
O kulisach odzyskiwania zaginionych polskich dzieł sztuki PAP rozmawia z zastępczynią dyrektora Departamentu Dziedzictwa Kulturowego MKiDN Elżbietą Rogowską.
PAP: Gdyby miała pani porównać swój zespół do konkretnej formacji, byłaby to raczej ekipa detektywów czy wyspecjalizowana jednostka ds. cyberprzestępczości?
Elżbieta Rogowska: Jesteśmy zespołem multidyscyplinarnym. Oprócz specjalistów od technologii cyfrowych mamy ekspertów od kwerend, którzy potrafią odnaleźć potrzebne dokumenty w różnych miejscach, w archiwach, muzeach czy zbiorach prywatnych. Są też historycy sztuki z doskonałą znajomością rynku kolekcjonerskiego i szerokimi kontaktami, prawnicy oraz osoby odpowiedzialne za działania w terenie, czyli oględziny, potwierdzanie tożsamości, negocjacje, współpracę ze służbami czy logistykę związaną ze sprowadzeniem odzyskanych obiektów nieraz z bardzo odległych zakątków świata czy tzw. obszarów trudnych.
To wszystko przy stosunkowo niewielkich zasobach kadrowych, co jest wymagające fizycznie i psychicznie, ale przynosi wymierne efekty – odnajdujemy bardzo dużo obiektów. Każdy trop wymaga weryfikacji: musimy ustalić, czy obiekt faktycznie istnieje i czy możemy go namierzyć. Dopiero potem przechodzimy do kolejnych etapów restytucji, czyli potwierdzenia tożsamości dzieła.
PAP: Restytucja częściej przypomina partię szachów z prawnikami czy dynamiczny thriller, w którym kluczowe okazują się metody operacyjne wywiadu?
E.R.: W większości przypadków to połączenie partii szachów, filmu sensacyjnego oraz żmudnej pracy badawczej i urzędniczej. Sukces w tej dziedzinie wymaga kreatywności, przecierania nowych ścieżek, a przede wszystkim zaangażowania wielu osób o różnych kompetencjach, które dobieramy w zależności od potrzeb. To proces niezwykle dynamiczny i tylko w pewnym stopniu przewidywalny – liczba zmiennych sprawia, że musimy reagować błyskawicznie na każdym etapie.
PAP: Jak zatem wygląda typowy dzień pracy w Departamencie Dziedzictwa Kulturowego MKiDN?
E.R.: Zaczynamy dzień tak jak w każdym innym urzędzie. To, co nas odróżnia, to fakt, że nigdy nie wiemy, czym ten dzień się skończy.
Praktycznie nie zdarza się, abyśmy w ciągu tygodnia czegoś nie odnaleźli lub nie domykali jakiejś sprawy.
Nasza praca to z jednej strony liczne wyjazdy, delegacje i działania w terenie, z drugiej – żmudne analizowanie archiwalnych dokumentów. Każdy dzień jest inny, dlatego osoby, które zaczynają u nas pracę, często zostają z nami na lata. W tym zawodzie nie ma miejsca na nudę czy rutynę.
PAP: Jak bardzo algorytmy sztucznej inteligencji, które w sekundy skanują miliony aukcji od Tokio po Buenos Aires, zmieniły waszą pracę?
E.R.: Dzięki nowym technologiom odnotowujemy lawinowy wzrost liczby obiektów do weryfikacji i spraw do podjęcia. Jeszcze kilkanaście lat temu większość postępowań wszczynaliśmy na podstawie sygnałów zewnętrznych – pochodzących od ekspertów oraz placówek dyplomatycznych. Dziś większość spraw, którymi się zajmujemy, to efekty naszych własnych poszukiwań w sieci.
PAP: Czy zdarza się, że zgłasza się do was kolekcjoner świadomy, że ma obiekt pochodzący z grabieży wojennej, i chce się „pozbyć problemu”, gdy zaczyna mu się palić grunt pod nogami?
E.R.: Zdarza się, choć niezbyt często. Zazwyczaj to my pierwsi kontaktujemy się z posiadaczami dzieł – zarówno świadomymi kolekcjonerami, jak i przypadkowymi osobami prywatnymi. Bywa i tak, że druga strona, mając wątpliwości co do pochodzenia posiadanego obiektu, sama stara się wyjaśnić jego proweniencję.
Najbardziej jaskrawym i jednym z moich ulubionych przypadków jest historia obrazu „Dzieci w lesie brzozowym nad fiordem Haiko” fińskiego malarza Alberta Edelfelta. Dzieło to nie figurowało w polskiej bazie strat wojennych. Gdy posiadacze zwrócili się do nas z pytaniem o ten obraz, informując, że znaleźli go zwiniętego na strychu w domu pod Łodzią, odpowiedzieliśmy, że nie mamy o nim informacji. Jednak klasa dzieła i tajemnicze okoliczności jego odnalezienia skłoniły nas do głębszych poszukiwań.
Trwały one mniej więcej pół roku. W końcu otrzymaliśmy kluczowe informacje od jednego z naszych ekspertów – obraz przed wojną znajdował się w prezydenckiej rezydencji w Spale. Pierwszym dowodem w tej sprawie było niewyraźne archiwalne zdjęcie wnętrza pałacu, na którym płótno widniało w tle. Dzięki cyfrowemu porównaniu fotografii z odnalezionym obiektem zyskaliśmy pewność. Późniejsza dokumentacja potwierdziła, że obraz został sprowadzony do Polski przez cara Aleksandra i zdobił jego letnią rezydencję w Spale. Następnie wyjechał do Rosji i wrócił w wyniku rewindykacji po traktacie ryskim, ponownie znalazł się w Spale, jako część Państwowych Zbiorów Sztuki, by ostatecznie zaginąć w czasie II wojny światowej.

Warszawa, 14.09.2021 r. Obraz "Pod brzozami / Dzieci w lesie brzozowym nad fiordem Haiko" Alberta Edelfelta podczas uroczystości przekazania go do Muzeum Narodowego w Warszawie. Fot. PAP/Tomasz Gzell
PAP: A gdyby nie udało się odnaleźć fotografii? Przy odzyskiwaniu dzieł sztuki zdarza się państwu grać va banque i negocjować zwrot, opierając się jedynie na poszlakach?
E.R.: Oczywiście. Mamy na koncie kilka sukcesów restytucyjnych, w których jesteśmy absolutnie pewni tożsamości dzieła, mimo że do dziś nie dysponujemy jego przedwojenną fotografią. Czasami dowodem staje się charakterystyczny kształt pieczątki lub fragment nalepki na odwrocie, które powiązane są z konkretną kolekcją. Niekiedy osoby, które chciały ukryć pochodzenie dzieła, zadają sobie nieco więcej trudu i próbują usunąć znaki własnościowe w taki sposób, aby nie były widoczne gołym okiem. Na szczęście na to również są sposoby. Pomocna jest również analiza twórczości artysty. Sprawdzamy, czy malarz powielał dany motyw, czy stworzył tylko jedno takie przedstawienie, czy istniały repliki autorskie.
Przykładem może być piękny obraz Berthy Wegmann zatytułowany „Lato”, który wrócił do nas z Danii i obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Dzieło powstało prawdopodobnie podczas pobytu malarki na Dolnym Śląsku. W 1906 r. zakupiło je Śląskie Towarzystwo Artystyczne i przekazało do zbiorów Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Przed 1939 r. płótno wypożyczono do Miejskiej Szkoły Średniej dla Dziewcząt – być może jako element polityki społecznej III Rzeszy promującej macierzyństwo.
Nigdy nie odnaleźliśmy przedwojennej fotografii obrazu. Zgromadzenie poszlak i też dowodów, które przekonałyby duńską rodzinę do zwrotu, wymagało ogromu pracy. Kluczowy okazał się precyzyjny opis w przedwojennym katalogu muzeum, który figurował w naszej bazie strat wojennych. Szczerze mówiąc, dawałam tej sprawie niewielkie szanse, a jednak się udało.
Mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli ogłosić odzyskanie kolejnego podobnego obiektu.
PAP: Jakich argumentów używa się w konfrontacji z kolekcjonerem, który twierdzi, że nabył dzieło w dobrej wierze, nie znając jego proweniencji? Czy to moment na paragrafy, czy raczej na apel do sumienia i lekcję historii?
E.R.: Dróg do odzyskania obiektów jest wiele – od prawnych po negocjacyjne. My preferujemy dialog. Najpierw przedstawiamy wyniki naszych ustaleń, które dla kolekcjonerów czy przypadkowych posiadaczy często są kompletnym zaskoczeniem. Prezentujemy dowody potwierdzające tożsamość obiektu oraz fakt, że zaginął on z konkretnych zbiorów. Następnie wyjaśniamy jego status prawny.
Przebieg sprawy zależy od wielu czynników. Nie ma dwóch takich samych spraw restytucyjnych. Zawsze jednak pierwszym krokiem jest spotkanie, rozmowa i wyjaśnienie historii dzieła, oczywiście o ile jest to możliwe. Najczęściej daje to pożądane rezultaty, choć negocjacje restytucyjne to szczególny rodzaj negocjacji – nie jest to biznesowa wymiana „dobro za dobro”. To, co oferujemy w zamian za zwrot, ma charakter niematerialny. Ważnym elementem negocjacji jest zrozumienie dla emocjonalnego przywiązania posiadacza do obiektu, który przez lata był częścią rodzinnej historii, a okazuje się zrabowanym dobrem kultury.
Kilka lat temu po wielu godzinach negocjacji nasz partner spytał mnie, jak długo próbujemy. Odpowiedziałam, że do skutku. I to był moment, w którym zapadła decyzja o zwrocie.
PAP: Proces restytucji nie zakłada odkupowania dzieł sztuki przez państwo?
E.R.: Byłoby to sprzeczne z normami moralnymi i etycznymi. Nie ma zresztą takiej możliwości prawnej. Zwykle obiekt, chociaż znajduje się w obcych rękach i wielokrotnie zmieniał właścicieli, w świetle prawa pozostaje własnością Skarbu Państwa. Jako urzędnicy jesteśmy zobowiązani do dochodzenia tych praw i egzekwowania zwrotu mienia publicznego.
PAP: Które z odzyskanych w ostatnich latach dzieł było najbliższe „rozpłynięcia się w niebycie” na czarnym rynku? O ile minut – lub centymetrów – byliśmy od porażki?
E.R.: Takie sytuacje miały miejsce w przypadku niektórych obiektów odzyskanych w ostatnim czasie, ale ze względu na specyfikę tych działań nie mogę ich wskazać dokładnie. Inaczej wygląda sytuacja, gdy obiekt znajduje się w zagranicznych zbiorach muzealnych lub publicznych. Wówczas postępowanie nie jest obarczone taką presją czasu czy ryzykiem utraty dzieła sztuki – możemy negocjować, wymieniać argumenty, czekać na decyzje polityczne lub zmianę miejscowego prawa. Czasami trwa to latami, ale mamy pewność, że dzieło jest odpowiednio zabezpieczone i nie ma ryzyka, że zniknie. Przykładem jest ubiegłoroczny zwrot z Niemiec niezwykle cennych dla historii Polski 73 dokumentów krzyżackich z Archiwum Głównego Akt Dawnych. Pierwsze starania podjęto już w latach 40. XX w., następnie rozmowy kontynuowano w latach 90., a sfinalizowano je w ubiegłym roku. Uważam, że to największy sukces restytucyjny Polski po 1990 r.
Duże ryzyko niepowodzenia istnieje przy aukcjach zagranicznych, w których każdy może wziąć udział. Jeśli o sprzedaży dowiadujemy się późno i nie mamy wypracowanych relacji z danym domem aukcyjnym, sytuacja staje się dynamiczna. Na szczęście wiele podmiotów na światowym rynku sztuki ma swoje standardy i doświadczenia współpracy z nami. Wiemy, jakie są procedury i czego może się spodziewać zarówno dom aukcyjny, jak i osoba wystawiająca poszukiwane dzieło sztuki na sprzedaż. Jeżeli dysponujemy odpowiednią dokumentacją, zwykle szybko udaje nam się doprowadzić do wycofania obiektu z licytacji. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy niedoświadczony antykwariusz nie decyduje się na współpracę i np. doradza osobie wystawiającej odebranie lub nawet ukrycie obiektu. To dla nas największe ryzyko i moment, w którym musimy zaangażować krajowe lub zagraniczne służby, aby zabezpieczyć obiekt. Zwykle sprawa przybiera wówczas inny obrót.
PAP: Czy istnieje lista dzieł, o których MKiDN wie dokładnie, gdzie są ukryte, ale bariery polityczne sprawiają, że od lat pozostają poza naszym zasięgiem?
E.R.: Takim obszarem jest na pewno Rosja, gdzie przechowywana jest ogromna liczba dzieł sztuki pochodzących z terenu obecnej Polski. Były one wywożone zarówno z Polski bezpośrednio po zakończeniu wojny, jak i w ramach rekwirowania tzw. mienia zdobycznego, dokonywanego na terenie okupowanych Niemiec. Nie ma możliwości prowadzenia rozmów na temat zwrotu tych obiektów, choć Polska przedłożyła drogą dyplomatyczną 20 wniosków restytucyjnych obejmujących kilkanaście tysięcy zabytków.
Wiemy też o dziełach sztuki namierzonych w internecie, które krążyły po światowych rynkach dekady temu. Często nie da się ustalić aktualnego miejsca ich przechowywania. W takich przypadkach odnotowujemy, że dany obiekt ocalał, istnieje, zapisujemy ostatni po nim ślad i obserwujemy, kiedy pojawi się ponownie.
PAP: Wracają państwo do spraw sprzed dekad?
E.R.: Oczywiście. Wiele odzyskanych ostatnio dzieł pojawiało się na aukcjach już w latach 50. czy 60. Sprawy restytucyjne właściwie nigdy nie są zamykane – pozostają otwarte do momentu odzyskania obiektu lub do wyroku sądu. Niekiedy kluczowym czynnikiem zmieniającym status sprawy są bardziej sprzyjające uwarunkowania polityczne, w innym decydujące jest odnalezienie nowych dowodów lub inne spojrzenie na te już znane.
Często przełomem staje się zmiana posiadacza. Osoby, które znały historię obrazu wiszącego w salonie i latami ukrywały jego pochodzenie, odchodzą, dzieła trafiają w ręce spadkobierców. Nowi posiadacze mogą mieć inny stosunek do sprawy – albo mogą nie wiedzieć, co posiadają, i wystawić to na sprzedaż. Wtedy z naszą pomocą odkrywają nie tylko historię artefaktu, ale też własnej rodziny. Są sprawy, które trwają latami, inne udaje się sfinalizować błyskawicznie. Przez długi czas naszym rekordem były „Czaty” Józefa Brandta odzyskane z USA w trzy tygodnie. Rekord ten pobił skradziony z łowickiej kolegiaty w 1991 r. portret epitafijny kanonika Adama Kazimierza Oporowicza – od momentu odnalezienia w piątek do podpisania dokumentów minęło zaledwie dziewięć dni.
PAP: Z którego kraju oprócz Rosji najtrudniej odzyskuje się dzieła?
E.R.: Wciąż nieodkrytym rejonem jest Daleki Wschód. Naszym „treningiem” w tym obszarze była sprawa „Madonny z Dzieciątkiem” - straty wojennej z pałacu w Przeworsku, odnalezionej w Japonii. Ze względu na specyfikę rynku i ograniczony dostęp do informacji wyzwaniem są też Chiny. Z kolei Ameryka Południowa to dla nas terra incognita. Z uwagi na powojenną historię tych krajów i masową emigrację do nich przypuszczamy, że tych obiektów może być tam sporo.
PAP: Jak wiele utraconych dzieł sztuki może się znajdować nadal w Polsce?
E.R.: Wiele obiektów uległo rozproszeniu w kraju w czasie wojny lub tuż po niej. Część znajdowała się w niewłaściwie nadzorowanych składnicach, inne padły ofiarą powojennego szabru. Niektóre dzieła zostały uratowane przez przypadkowych przechodniów. Inny obraz przywołanego wcześniej Brandta – „Kozak” – został podniesiony z ruin przez człowieka, który dostrzegł akwarelę na ulicy. Wiele takich obiektów, często uszkodzonych, przetrwało lata w prywatnych kolekcjach i na strychach.
Na przykład monumentalny obraz Józefa Mehoffera przedstawiający marszałka Józefa Piłsudskiego. Miał blisko trzy metry wysokości, a został złożony w kostkę jak prześcieradło i przeleżał dekady na strychu pod Warszawą. Odnaleźli go nowi nabywcy domu. Prawdopodobnie ktoś ukrył go tam w obawie przed okupantem lub władzą ludową, a potem zginął lub zapomniał o skrytce. Wiele osób nie ma świadomości, że obrazy wiszące na ich ścianach „od zawsze” to poszukiwane straty wojenne.
PAP: Gdyby miała pani wskazać jeden artefakt – Świętego Graala polskich strat wojennych, którego odzyskanie symbolicznie zamknęłoby pewną epokę – co by to było?
E.R.: Choć regularnie odnajdujemy obiekty wspaniałe i zaskakujące, bezsprzecznym ukoronowaniem powojennych działań restytucyjnych byłoby odzyskanie „Portretu młodzieńca” Rafaela Santiego. To dzieło pozostaje naszym najważniejszym celem.
PAP: Jaka jest szansa, że przełom w tej sprawie nastąpi jeszcze za pani kadencji?
E.R.: Mam przeczucie, że wydarzy się to jeszcze w trakcie mojej aktywności zawodowej.
Jestem przekonana, że obraz ocalał, i myślę, że w końcu „wypłynie”. Być może obecni posiadacze nie wiedzą, co z nim zrobić – dzieło jest tak ikoniczne, że nie da się go legalnie sprzedać ani nawet powiesić na ścianie. Może spoczywa w skrytce bankowej; mieliśmy już zresztą sygnały sugerujące takie tropy.
PAP: Po wojnie obraz pojawiał się na aukcjach?
E.R.: Mamy takie niepotwierdzone sygnały. Każdą informację, nawet tę brzmiącą nieprawdopodobnie czy wręcz fantastycznie, staramy się dokładnie zweryfikować dostępnymi metodami. W procesie restytucji żaden ślad – nawet ten najbardziej nieprawdopodobny – nie może zostać zlekceważony.

Rekonstrukcja konserwatorska zaginionego w czasie II wojny światowej obrazu „Portret młodzieńca” Rafaela Santi prezentowana w Muzeum Czartoryskich w Puławach, 27.08.2021 r. Fot. PAP/Wojtek Jargiło
PAP: Po pracy wchodzi pani do muzeum jako miłośniczka sztuki czy jako tropicielka strat wojennych?
E.R.: Całkowite wyjście z roli jest niemożliwe. To praca niezwykle angażująca. Choć staramy się dbać o nasz work-life balance, głowy nie da się ot tak wyłączyć.
Zdarzają się z tego powodu zabawne sytuacje. Niedawno pewien znany kolekcjoner chciał mnie zaprosić do siebie na kawę, na co jego żona zażartowała: „Nie, nie, porozmawiajmy tutaj. Tej pani do domu się nie zaprasza!”. Oczywiście był to tylko żart, ale wiele mówi o specyfice naszej pracy.
Rozmawiała Katarzyna Krzykowska (PAP)