Film pt. Kochaj albo rzuć, w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego, trzecia część trylogii o losach rodzin Pawlaków i Karguli. Nz. Maria Zbyszewska i Wacław Kowalski, Dobrzykowice 1977 r. Fot. PAP/Adam Hawałej
- Wróg? A wróg! Ale mój, swój, nasz – na własnej krwi wyhodowany!… Płacz, Władek, nie wstydź się. Bo jak prawdziwy chłop płacze, to musi być święto!… - mówił Pawlak. - Koniec świata! - wołał Popiołek. 2 maja 1916 r. urodził się Wacław Kowalski - aktor, który dał „życie wieczne” tym postaciom.
Gdy rolą Kazimierza Pawlaka w filmie „Sami swoi” (1967) zyskał ogólnopolską sławę miał już 51 lat.
„Przecież ja nakręciłem w swoim życiu ponad 100 filmów, a jeden się tylko udał” - żartował Kowalski w rozmowie z Anną Retmaniak (Polskie Radio, 1981).
„Kowalski dostał od Pana Boga polecenie, żeby tu, na ziemi, zagrał Pawlaka. I on, Kowalski, tę misję wypełnił. Do tego właśnie był przeznaczony” – powtarzał w wywiadach Sylwester Chęciński, reżyser „Samych swoich”.
„Pawlak miał bardzo dużo przywar, tak samo jak ja. Jestem wybuchowy i od razu skaczę ludziom do oczu. Nie umiem być dyplomatą, od razu wywalam ludziom to, co myślę i często są z tego konflikty. Tak, jak miał właśnie Pawlak” - wyjaśnił Kowalski. „Jestem uparty, zacięty, ale to u mnie mija, ja zapominam i idę do przodu, bo rzeczywiście życie jest tak krótkie, że to nie ma co” - dodał. Przypomniał też – w co trudno dziś uwierzyć - że był dopiero piątym kandydatem do tej roli.
Rzeczywiście pierwszym pomysłem Chęcińskiego na Pawlaka był Jacek Woszczerowicz. „Do niego dobrałem Hańczę jako Kargula. Woszczerowicz miał jednak poważne kłopoty zdrowotne i postawił warunek, że zdjęcia muszą być kręcone blisko Warszawy. A miały być we Wrocławiu” – powiedział Sylwester Chęciński Stanisławowi Zawiślińskiemu („Magazyn Filmowy SFP”, 2014). „Chcąc nie chcąc, musiałem znaleźć innego aktora. Pomyślałem o Kowalskim, bo grał w »Agnieszce 46« i miał tam scenę dramatyczną, w której bardzo mnie śmieszył. Kiedy jeszcze usłyszałem jakim on mówi dialektem, to tym chętniej z nim zaryzykowałem” – dodał.
„Kowalski dostał od Pana Boga polecenie, żeby tu, na ziemi, zagrał Pawlaka. I on, Kowalski, tę misję wypełnił. Do tego właśnie był przeznaczony.”
Trudniej z udziałem Kowalskiego w filmie oswajał się scenarzysta Andrzej Mularczyk, który wcześniej miał nadzieję, że Pawlaka zagra Wojciech Siemion, najsłynniejszy wówczas „filmowy chłop polski”. Kiedy Chęciński zdecydował się na Kowalskiego załamany Mularczyk oznajmił żonie: „Zapomnij o tym filmie. To klapa. Koniec, kropka”.
„Wacek grał może i w stu filmach, ale nie dłużej niż po półtorej minuty w każdym” – opowiadał o swoich ówczesnych przemyśleniach scenarzysta w książce Dariusza Koźlenki pt. „»Sami swoi«: za kulisami komedii wszech czasów” (2016). „Okazało się, że był to wybór stulecia” – przyznał.
Jego zdaniem, aktor w filmie, szczególnie w komedii, powinien „nie grać a być”. „By być postacią, trzeba przeżyć swoje życie, być kimś, kto jest w stanie ofiarować swoją biografię do takiej roli. I Wacek właśnie jest takim człowiekiem” – powiedział Mularczyk (Polskie Radio, 1981). „Jest to ktoś, kto się urodził dla tego autora, tego reżysera, tej postaci” – podkreślił. „To się zdarza tak szalenie rzadko, że to nas właśnie później pchnęło do kontynuacji tej zabawy” – wyjaśnił genezę „Nie ma mocnych” (1974) i „Kochaj albo rzuć” (1977). „Wacek stał się pewną syntezą różnie ocenianych właściwości narodowych” – ocenił scenarzysta.
„To jest tak bogata postać. Trzeba było mieć jednak ten balast jakichś doświadczeń, przeżyć, żeby to można było zagrać. A nawet nie zagrać, tylko być tą postacią. To jest najważniejsze” – potwierdził Kowalski w rozmowie z Anną Retmaniak.
„I wtedy ten Kowalski, dotąd aktorski przeciętniak z drugiego szeregu, uruchomił bałak. A miał go w gardle i we krwi” – napisał Wiesław Kot w artykule pt. „Herosi polskiej wyobraźni” („Wprost”, 2005). „I tym bałakiem czasowo unieważniał Jałtę. Milionom, które się w niego wgapiały, wydawało się, że Polska z powrotem rozciąga się 100 kilometrów na wschód od Przemyśla. W kraju, któremu co kilka lat sztabowcy przesuwają granice jednym ruchem ołówka, takich wrażeń się nie zapomina” – wyjaśnił po latach tajemnicę sukcesu „Samych swoich”.
„Komizm filmu wynika z umiejętnego połączenia trzech elementów: sarmackiej komedii obyczajowej, usytuowania jej w określonych warunkach historycznych i okraszenia tego wszystkiego charakterystyczną kresową gwarą, która - przynajmniej dla uszu współczesnego pokolenia - ma w sobie niejakie akcenty humorystyczne” – pisał o „Samych swoich” Jerzy Peltz („Film”, 1967).
W wielu opisach można znaleźć informację, że Wacław Kowalski urodził się „na Kresach”. Naprawdę stało się to w Gżatsku w Rosji w obwodzie smoleńskim (w 1968 r. po tragicznej śmierci pochodzącego z pobliskiej wsi Kłuszyn kosmonauty nazwę miejscowości zmieniono na Gagarin) gdzie jego rodzice – Wiktor i Natalia – zostali deportowani podczas I wojny światowej. Po zakończeniu działań wojennych rodzina wróciła do Gnojna (Lubelskie) – faktycznie więc odtwórca postaci Kazimierza Pawlaka pochodził nie tyle „zza Buga” co „znad Buga”.
„Mnie się wydaje, że tę postać i cały film najbardziej okrasza ten język. Ja sam słyszę gdzieś, jak rozmawiają właśnie tą mową, to mnie gęba się rozjeżdża jak sanki na szosie” – opowiadał Kowalski, zastrzegając właśnie, że ten sposób mówienia pochodzi nie tyle zza Buga co z Podlasia, które było jego małą ojczyzną.
W Gnojnie, wraz z trzema siostrami – Genowefą, Jadwigą i Józefą - Wacław spędził dzieciństwo naznaczone rodzinnymi tragediami: gdy miał 13 lat, zmarł ojciec, który – jako kowal – utrzymywał rodzinę. Kilka lat później 12-letnia siostra Józia utopiła się podczas kąpieli w Bugu. Osieroconej rodzinie pomagał miejscowy ksiądz Kowalik - dzięki jego wsparciu Wacław mógł się kształcić.
Od najmłodszych lat był duszą wiejskiej młodzieży. „Wacek był rzutki, wesoły, kontaktowy, sprytny, po prostu do wszystkiego. Przy każdej okazji coś musiał wymyślić” - wspominała Leokadia Jakoniuk, koleżanka z dzieciństwa, cytowana w artykule „Przecie on nasz podlaski, tutejszy” („Słowo Podlasia”). Grał też na gitarze. „Śpiewał »Baby, ach te baby! Kochane baby! Człek by je łyżkami jadł« albo »Kocham was dziewczynki«” – mówiła Jakoniuk w filmie Adama Gzyry pt. „Wacław Kowalski – mieszkaniec Brwinowa” (2016), dostępnym na stronie brwinowskiej biblioteki.
Był bardzo religijny – w Gnojnie była wówczas tylko parafia prawosławna, więc w każdą niedzielę chodził na mszę świętą do kościoła w Janowie Podlaskim; ponad 20 km w obie strony.
„Nie wyobrażał sobie, żeby mógł opuścić mszę, nawet w czasie kręcenia filmów, znajdywał czas, żeby móc pomodlić się” – wspominał syn aktora Jan Bartłomiej Kowalski w filmie Adama Gzyry.
W 1937 r. ukończył seminarium nauczycielskie w Leśnej. Nie myślał wtedy o karierze scenicznej. „Pochodzę z tych dawnych czasów, kiedy aktorstwo było czymś gorszym. Ja natomiast chciałem zostać jakimś znaczącym człowiekiem: kominiarzem, marynarzem, później organistą” – mówił Kowalski w Polskim Radiu.
Został nauczycielem w wiejskiej szkole w okolicach Barnowicz. „Wśród tej biedoty, wśród tych dzieci w łapciach poczułem się bardzo mocny. Byłem wtedy szczęśliwy, bo one we mnie patrzyły jak w słońce” - opowiadał.
Powołany do wojska, odbywał służbę na kursie podchorążych rezerwy przy 22 pułku piechoty w Siedlcach, gdzie zastał go wybuch II wojny światowej. Walczył w pod Kockiem. Do Gnojna wrócił w końcu 1939 roku. „W czasie okupacji niemieckiej pracował tu na roli, a od 1943 jako tokarz-frezer w Zakładach Mechanicznych w Białej Podlaskiej” – napisano w Encyklopedii Teatru Polskiego (ETP). Działał też w AK, co dało mu okazję do ujawnienia aktorskiego talentu, w sytuacji, w której nikomu nie było do śmiechu.
„Wacek należał do partyzantki i pewnego dnia dwóch Niemców przyszło go aresztować” – wspomniał Kazimierz Szpura, sąsiad Kowalskiego. „Akurat byłem w jego w domu. Spał w drugim pokoju. Usłyszał jednak nieproszonych gości, wstał i podciągając portki wyszedł. Gdy Niemiec zaczął mówić do niego na »ty«, Wacek podskoczył do niego i w te słowa: »Jaki ja dla ciebie ty, co za ty?!«. Niemca zamurowało do tego stopnia, że nawet się nie ruszył. A Wacek w tym czasie wybiegł i uciekł” – opowiadał Szpura, cytowany w filmie Adama Gzyry.
„Po wojnie rozpoczął naukę śpiewu u Adama Didura w Katowicach, skąd przeniósł się do Łodzi i studiował w Konserwatorium Muzycznym” – informuje ETP. Marzył o karierze śpiewaka operowego. Ale wypatrzył go Leon Schiller i zaproponował niewielką rolę w operze „Krakowiacy i górale”. Wkrótce potem Kowalski wziął udział w przesłuchaniu do poznańskiej opery i otrzymał propozycję angażu.
„Pochodzę z tych dawnych czasów, kiedy aktorstwo było czymś gorszym. Ja natomiast chciałem zostać jakimś znaczącym człowiekiem: kominiarzem, marynarzem, później organistą.”
„Szczęśliwy poszedłem z tym do dyrektora Schillera i on mnie od razu ustawił jednym słowem: No ja raczej pana widzę w dramacie. I tak to zostało do dzisiaj” – wspominał aktor w 1981 roku.
W filmie zadebiutował w 1946 roku - w „Zakazanych piosenkach” Leonarda Buczkowskiego, jako śpiewak z gitarą. Siedem lat później zagrał murarza Stefana w pierwszym polskim filmie zrealizowanym na taśmie kolorowej „Przygoda na Mariensztacie”. Grał m.in. w „Ziemi” Jerzego Zarzyckiego (1956), „Ewa chce spać” Tadeusza Chmielewskiego (1957), „Pętli” Wojciecha Jerzego Hasa (1957), „Kaloszach szczęścia” Antoniego Bohdziewicza (1958), „Wolnym mieście” Stanisława Różewicza (1958), „Ogniomistrzu Kaleniu” Ewy i Czesława Petelskich (1961), „Klubie kawalerów” Jerzego Zarzyckiego (1962), „O dwóch takich, co ukradli księżyc” Jana Batorego (1962), „Gdzie jest generał…” Tadeusza Chmielewskiego (1963) i „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa(1964). Wystąpił też m.in. w komedii Tadeusza Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku” (1971) i w serialu „Janosik” Jerzego Passendorfera (1974).
W latach 1946-55 Kowalski występował w łódzkim Teatrze Nowym, m.in. w spektaklach reżyserowanych przez Kazimierza Dejmka i Janusza Warmińskiego. Potem związał się ze scenami stołecznymi – teatrami: Młodej Warszawy, Klasycznym, Polskim i Na Woli. Zamieszkał wtedy w Brwinowie w domu odziedziczonym po rodzicach żony, Stanisławy.
Nie miał auta, do Warszawy do pracy dojeżdżał koleją. Zajmował się pszczelarstwem, pasjonował fotografią. „Ojciec zakochany w mamie, chciał uwiecznić jej urodę” – mówił Jan Bartłomiej Kowalski. Z malutką wnuczką Olgą aktor bawił się nad strumykiem w „misie patysie”.
Kiedyś poszedł z żoną do brwinowskiego kina „Wiosna” na seans „Casablanki” z Ingrid Bergman i Humpreyem Bogartem. A ponieważ obecna na widowni miejscowa żulia mocnymi słowy komentowała sceny miłosne w filmie Kowalski nie wytrzymał, wstał i ochrzanił ją zdrowo. „Zebrał za ten występ oklaski widowni, a później na innych seansach dało się słyszeć »Morda w kubeł, Kaszablanka jest na sali«” – wspomniał Grzegorz Przybysz w filmie Adama Gzyry.
Co drugi dzień rano jeździł rowerem „Ukraina” po mleko wiejskie - po drodze zawsze wstępując do kościoła. „Pierwszy raz pana Wacława poznałam, a właściwie spotkałam niedługo po wstąpieniu do klasztoru” – wspomniała siostra Grażyna, klaryska kapucynka, w filmie Gzyry. „Zatrzymał się, zszedł z roweru, zdjął swoją czapeczkę, powiedział »Laudetur Jezus Christus«, a ja zdębiałam. Bo po pierwsze – nie miałam pojęcia, że go tu zobaczę, że on z Brwinowa jest” – wyjaśniła. „A po drugie: ja z warszawskiej Pragi pochodzę, więc łacinę, ale trochę inną, znałam, nie wiedziałam więc, co odpowiedzieć” – dodała. „Następnym razem jak widziałam pana Wacława zdejmującego swoją maciejówkę, to już byłam mądra, wiedziałam co odpowiedzieć. Jemu zawdzięczam to, że mnie nauczył tej odpowiedzi” – podsumowała zakonnica.
Kowalski występował też w Teatrze Telewizji, m.in. w „Balladynie” w reż. Ewy i Czesława Petelskich (1970), „Młynie nad Lutynią” wg Jarosława Iwaszkiewicza, w reż. Andrzeja Zakrzewskiego (1974) i „Domu otwartym” Michała Bałuckiego, w reż. Joanny Wiśniewskiej (1977).
Andrzej Mularczyk przypomniał, że kiedy powstał pomysł serialu „Dom” (1980) to „od razu pojawiła nam się postać dozorcy kamienicy warszawskiej w osobie Wacława Kowalskiego”.
Tak się „narodził” Ryszard Popiołek, dozorca domu przy ulicy Złotej, który swoim powiedzeniem „Koniec świata!” zapisał się trwale w pamięci telewidzów. Była to niestety ostatnia rola Wacława Kowalskiego.
Załamany psychicznie po tragicznej śmierci – 7 sierpnia 1982 roku - młodszego syna Macieja, studenta medycyny, odmawiał konsekwentnie udziału w artystycznych przedsięwzięciach. Z tego powodu twórcy serialu „Dom” musieli w 12. odcinku „uśmiercić” Ryszarda Popiołka.
Wacław Kowalski zmarł 27 października 1990 roku – miał 74 lata. Jest pochowany na cmentarzu w Brwinowie.
Paweł Tomczyk (PAP)
top/ lm/
