Katowice, 2006-01-28. Akcja ratunkowa. Runął dach jednego z pawilonów wystawienniczych na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich. Fot. PAP/Andrzej Grygiel
Gdy cierpią ludzie, nie ma takiej akcji ratowniczej, którą można byłoby oceniać w kategoriach sukcesu, można jedynie zastanawiać się, czy nie trzeba było zrobić czegoś inaczej - powiedział w wywiadzie dla PAP nadbryg. Janusz Skulich, który dowodził działaniami ratowniczymi po katastrofie hali Międzynarodowych Targów Katowickich (MTK).
W najbliższą środę minie 20. rocznica tej tragedii, w której zginęło 65 osób, a wiele innych zostało rannych. Dach hali MTK runął 28 stycznia 2006 r., podczas ogólnopolskiej wystawy gołębi pocztowych. Zalegała na nim gruba warstwa śniegu i lodu.
PAP: Wkrótce minie 20 lat od katastrofy hali MTK. Czy mimo upływu czasu wciąż wraca pan myślami do tamtych dni, nie tylko podczas kolejnych rocznicowych obchodów?
Janusz Skulich: 20 lat to sporo czasu, ale o tej katastrofie i przedsięwzięciu ratowniczym rozmawiamy bardzo często, i to nie przy okazji rocznic, do których przykładamy olbrzymią wagę i uważamy, że naszym obowiązkiem jest oddawać szacunek i hołd ofiarom oraz tym, którzy prowadzili akcję ratowniczą. Zajmujemy się tym także zawodowo – to doświadczenie, jak i każde inne o podobnej skali, jest źródłem wiedzy, przyczynkiem do analiz i wyciągania wniosków. Z pewnością nigdy nie uda nam się uniknąć takich zdarzeń, dlatego takim akcjom, jak na MTK, poświęcone są różne publikacje czy szkolenia. Ten temat powraca i jest dobrą ilustracją różnych problemów, z jakimi możemy się spotkać.
PAP: Do katastrofy doszło w sobotę, po godzinie 17. W jakiej sytuacji zastała pana – wówczas komendanta wojewódzkiego PSP w Katowicach - informacja o tym wypadku?
J.S: Tego dnia skorzystałem z zaproszenia jednej z jednostek OSP w Jaworznie i uczestniczyłem w zebraniu z ochotnikami. Tam otrzymałem telefon od oficera dyżurnego, że doszło do takiej „awarii”. Przerwałem zajęcia i pojechałem na miejsce, byłem tam przed godziną 18.
PAP: Czy już z informacji oficera dyżurnego wynikało, że doszło do bardzo poważnej katastrofy?
J.S.: Samo zgłoszenie o tym, że zawaliła się jakaś hala nie było żadną niespodzianką, dlatego że w tym okresie, tej zimy, panowały takie warunki atmosferyczne, że podobnych zdarzeń było sporo w różnych częściach świata. Myśmy w styczniu 2006 r. również mieli zgłoszenia o uszkodzeniach budynków w regionie. Natomiast fakt, że w tym przypadku chodziło o halę podczas trwającej imprezy, w której mogło uczestniczyć nawet parę tysięcy ludzi, był z jednej strony szokujący, a z drugiej mobilizujący.
Do dziś pamiętam, że tę informację przekazał mi doświadczony oficer dyżurny. Każde zdanie – o tym, że zawaliła się hala i że w środku jest wielu ludzi - kończył pytajnikiem. Wkrótce okazało się, że to prawdziwa informacja i od początku tak ją traktowaliśmy. Nawet przyjazd na miejsce i pierwszy rzut oka na halę nie dawał jeszcze wiedzy na temat faktycznej liczby poszkodowanych osób. Trzeba zwrócić uwagę, że w tym ogromnym nieszczęściu mieliśmy też trochę szczęścia. Kilka godzin przed katastrofą w hali było 2-3 tys. ludzi, ale tego dnia odbywały się zawody pucharu świata, Małysz skakał, dlatego wiele osób opuściło halę jeszcze przed 17.
PAP: Warto przypomnieć, że hala miała około hektara powierzchni. Jak wyglądała pierwsza faza akcji?
J.S.: W porównaniu do działań związanych z powodzią czy dużymi pożarami lasu taka powierzchnia jest skromna, ale tutaj, na tym hektarze – jak szacowaliśmy – było kilkaset osób. Wiemy, że część z nich wyszła o własnych siłach na zewnątrz, nie wiedzieliśmy, ilu jest uwięzionych pod zawalonym dachem. Strażacy słyszeli spod blachy ich nawoływania i dźwięki telefonów komórkowych.
Przygotowywaliśmy się logistycznie na pomoc 150 osobom. Taka informacja dawała koordynującym pomoc medyczną pojęcie o tym, jaka jest skala tego zdarzenia - że będzie potrzeba nie pięciu, ale przynajmniej 50 karetek, że jeden szpital nie zdoła udzielić pomocy poszkodowanym i trzeba wykorzystać w pełnym zakresie instytucję, która była wtedy unikalna w skali kraju – Wojewódzkie Centrum Koordynacji Ratownictwa Medycznego, które zbierało informacje o możliwościach ratunkowych poszczególnych szpitali, gdzie te osoby mogą trafić, gdzie zostały odwiezione i w jakim są stanie.
PAP: Co było najtrudniejsze w prowadzeniu akcji – sama skala tragedii, trudności w docieraniu do uwięzionych pod dachem czy może kilkunastostopniowy mróz?
J.S: Trudno wskazać jeden decydujący czynnik, dominujący nad innymi. Można powiedzieć, że ta akcja pod względem organizacyjno-technicznym nie była tak bardzo skomplikowana, jeśli chodzi o zgromadzenie zasobów. Ona była dość szczęśliwie zlokalizowana - w pobliżu można zmobilizować wielu ludzi i dużo sprzętu, nie tylko ratowników strażackich i medycznych, ale również ratowników górniczych czy policjantów. Problem jest wtedy, gdy stoisz bezradny, bo nie masz kim ani czym udzielać pomocy.
Trzeba natomiast zwrócić uwagę, że od pierwszych minut z tym zdarzeniem było związane bardzo silne napięcie emocjonalne, związane z liczbą ofiar i odpowiedzialnością, ale też reakcjami ludzi. Kiedy pierwsze służby ratunkowe przyjechały na miejsce, wokół hali gromadziły się osoby, które z niej wyszły, wśród nich ranni, wymagający pomocy, często w szoku. Niektórzy chcieli wrócić do hali, by pomagać ofiarom albo zabrać zostawione w niej rzeczy. Trzeba było ich powstrzymywać, by tam nie wracali, a czasem też użyć siły fizycznej, ratownicy i policjanci musieli się z tymi ludźmi wręcz czasami bić.
Na miejscu, wokół płotu otaczającego halę stał tłum ludzi, zazwyczaj związanych z osobami uwięzionymi pod dachem, które komentowały, czasem w niewybrednych słowach to, co się tam działo. Te osoby przekazywały również informacje, że odebrały telefon od kogoś, kto jest pod tą blachą i domagały się, żebyśmy tę osobę ratowali. Wtedy poprosiłem naszego strażackiego kapelana, żeby zajął się tą grupą ludzi. On poszedł do nich i zaczął tłumaczyć, co się dzieje, przekazywał nam od tych ludzi karteczki z informacjami o uwięzionych pod dachem i numerami ich telefonów. Udało mu się nieco ostudzić emocje. Nie ma wątpliwości, że takie osoby, bliskich poszkodowanych, należy traktować w podobnych sytuacjach również jako ofiary, choć nie odniosły żadnych fizycznych obrażeń.
"Innym elementem presji psychicznej były kamery telewizyjne i świadomość, że cały świat patrzył nam na ręce podczas bezpośredniej transmisji. Dzisiaj osiąga to takie rozmiary, że jest to wręcz paraliżujące."
Innym elementem presji psychicznej były kamery telewizyjne i świadomość, że cały świat patrzył nam na ręce podczas bezpośredniej transmisji. Dzisiaj osiąga to takie rozmiary, że jest to wręcz paraliżujące. Wtedy jeszcze albo nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, albo byliśmy bardziej odporni psychicznie.
PAP: W mediach pojawiły się zdjęcia ratownika medycznego na gruzowisku hali z jasnym przedmiotem w ustach. Niektórzy zarzucali mu, że pali papierosa zamiast udzielać pomocy. Dopiero później trzeba było wyjaśniać, że ów przedmiot to strzykawka.
J.S.: To jeden z pierwszych przejawów tego, co dzisiaj jest masowe. Już wtedy musieliśmy prostować wiele innych rzeczy. Np. w drugim lub trzecim dniu po katastrofie ktoś zadzwonił na numer alarmowy i powiedział, że jest wciąż uwięziony pod dachem. Później okazało się, że ten „żartowniś” dzwonił z Lublina.
PAP: Poza ofiarami, rannymi oraz ich bliskimi wysoką cenę zapłacili również sami ratownicy, pod względem psychicznym skala tragedii była również dla wielu z nich trudna do udźwignięcia.
J.S.: Mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której pod trudną do przeniknięcia warstwą są ludzie, których słyszymy. Ratownicy poruszali się po tej konstrukcji, zdając sobie sprawę, że mogą wręcz zaszkodzić poszkodowanym, zwiększając obciążenie. W początkowej fazie, kiedy jeszcze wydobywane są żywe osoby i wiemy, że one przeżyją, czynniki emocjonalne nie odgrywają aż takiego znaczenia, działa pewien automatyzm, jest koncentracja na ratowaniu ludzi.
Jednak po kilku godzinach okazuje się, że coraz mniej tych żywych osób się wyciąga, a widzi coraz więcej tych, którym się już nie pomoże. Potem nadchodzi przerwa na odpoczynek i wtedy pojawiają się gwałtowne emocje – szuka się winnych całej sytuacji, ma się pretensje do kolegów, że mogli zrobić coś inaczej. Wtedy dobrze jest, kiedy w takim gronie są osoby, które potrafią łagodzić te emocje, mam na myśli psychologów. Zgromadziliśmy ich na miejscu jak najwięcej. To nie było przypadkowe działanie – od kilku lat budowaliśmy system pomocy psychologicznej, który dopiero po latach stał się standardem w całym kraju.
PAP: Faza ratunkowa trwała kilkanaście godzin, później rozpoczęło się przeszukiwanie gruzowiska. Kiedy było dla pana jasne, że nie uda się już wydobyć żywych?
J.S.: Działaliśmy też pod presją czasu i niskiej temperatury. Halę podzielono na sześć sektorów, żeby równocześnie jak najszybciej dotrzeć do poszkodowanych i ta strategia okazała się skuteczna. Jeśli przyjrzymy się wynikom sekcji zwłok, to żadna z ofiar nie zmarła z powodu wychłodzenia, wbrew kolportowanym wtedy fałszywym informacjom. Użycie nagrzewnic na dużą skalę wiązało się z ryzykiem topnienia śniegu i lodu, na którym w wielu miejscach wspierała się konstrukcja zawalonego dachu, jej osuwanie się mogłoby wyrządzić jeszcze większe szkody. Poza tym otrzymywaliśmy informacje od medyków, że urządzenia spalinowe używane przez nas pod blachą zwyczajnie „trują” uwięzionych.
Ostatnią żywą osobę wyciągnięto około 22. Kiedy później ratownicy docierali już tylko do ofiar śmiertelnych, na bieżąco podejmowano decyzję czy daną osobę wydobyć od razu czy to odłożyć ze względów bezpieczeństwa. Trzeba podkreślić, że każda ingerencja w tę niestabilną strukturę mogła nieść niebezpieczeństwo dla ratowników.
Później przyszedł niedzielny ranek, na moją prośbę na miejsce przyjechali rzeczoznawcy budowlani, by ocenić konstrukcję. Trzeba tu zaznaczyć, że w sobotę ok. 17 nie zawaliła się cała hala, zawaleniu uległo wtedy mniej więcej dwie trzecie konstrukcji dachu. Część hali pod pozostałą częścią dachu traktowaliśmy jako drogę komunikacji między odcinkami prowadzenia akcji, transportowano tamtędy sprzęt, przechodzili ludzie. Rzeczoznawcy powiedzieli, że nie wiedzą, dlaczego ta część jeszcze stoi.
"(...) w niedzielę rano mieliśmy świadomość, że reszta dachu hali może runąć, konstrukcja jest coraz bardziej niestabilna, ale też całkowitą pewność, że nie ma szans na wydobycie żywych – strażacy spenetrowali wszystkie miejsca, gdzie mógł ktokolwiek przetrwać."
Proszę sobie wyobrazić, że ta pozostała część dachu zawaliła się w nocy z poniedziałku na wtorek, na szczęście wtedy już tam nie było ratowników. Wyłączenie tej części hali z działań ratowniczych dopiero rankiem w niedzielę to jeden z moich największych błędów, który na szczęście nie przyniósł żadnych tragicznych konsekwencji. Potrafię sobie wyobrazić, jak byłaby zakwalifikowana cała ta sytuacja, gdyby z powodu zawalenia się tej części dachu zginęli również ratownicy. Ocena sytuacji, zagrożeń to obowiązek dowodzącego, za który, w przypadku niepowodzenia, musi ponieść konsekwencje.
Tak więc w niedzielę rano mieliśmy świadomość, że reszta dachu hali może runąć, konstrukcja jest coraz bardziej niestabilna, ale też całkowitą pewność, że nie ma szans na wydobycie żywych – strażacy spenetrowali wszystkie miejsca, gdzie mógł ktokolwiek przetrwać.
PAP: Akcja ratownicza była jednak oceniana bardzo wysoko, strażacy i przedstawiciele innych służb otrzymywali od wielu osób i instytucji wyrazy uznania i podziękowania. Mimo to nadal pan ją analizuje i czasem myśli, że można było zrobić coś inaczej?
J.S.: Oczywiście. Nie ma takiego przedsięwzięcia ratowniczego, w szczególności takiego, gdzie giną ludzie albo są ranni, które można byłoby oceniać w kategoriach sukcesu. Można się jedynie zastanawiać, czy nie trzeba było zrobić czegoś w sposób inny, bardziej skuteczny, żeby liczba ofiar była mniejsza. Z kolei każde przedsięwzięcie, w którym to ratownicy są poszkodowani, wymaga analizy, bo to nie tylko kwestia oceny jakościowej, ale też odpowiedzialności prawnej.
PAP: Na wcześniejszych etapach strażackiej służby brał pan udział w działaniach ratowniczych podczas innych wielkich katastrof, jak pożar w okolicach Kuźni Raciborskiej czy powódź z 1997 r. Która z tych akcji zostawiła w pana wspomnieniach najtrwalsze ślady?
J.S.: Najbardziej moje myśli eksploatuje katastrofa hali MTK. Czasami nawet czuję obowiązek, żeby opowiadać o tej historii, kiedy dotyczy ona jakichś szkoleń, wyciągania wniosków itd. Niewątpliwie to zdarzenie to także największe piętno na psychice. To utrzymywało się bardzo długo. Odświeżanie różnych wspomnień, zwłaszcza takich osobistych, potęguje ten stan. Miało też bez wątpienia wpływ na przebieg mojej pracy zawodowej. Jest najbardziej i najczęściej przeze mnie wspominane i trzeba się pewnie „zaprzyjaźnić” z tym stanem do końca, chociażby z jednego powodu – z szacunku dla tych wszystkich ludzi, którym się nie pomogło, którzy byli ofiarami i z szacunku dla wszystkich uczestników działań związanych z katastrofą.
Rozmawiał Krzysztof Konopka (PAP)
Janusz Skulich (ur. w 1963 r. w Jaworznie) służbę w straży pożarnej rozpoczął w latach 80. Jest absolwentem Szkoły Głównej Służby Pożarniczej, na tej uczelni ukończył też studia podyplomowe. Przez większą część kariery związany był z Komendą Wojewódzką Państwowej Straży Pożarnej w Katowicach. W 2002 roku został powołany na stanowisko śląskiego komendanta wojewódzkiego, a od stycznia 2008 roku pełnił funkcję zastępcy komendanta głównego PSP. Nominację na stopień nadbrygadiera otrzymał w 2005 r.
W latach 2014-15 był dyrektorem Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Otrzymał wiele odznaczeń i wyróżnień. Jest m.in. kawalerem Orderu Odrodzenia Polski i laureatem nagrody im. Jerzego Zimowskiego, która jest wręczana m.in. za działalność społeczną i badawczą na rzecz grup społecznych, które znalazły się w sytuacjach nadzwyczajnych. Obecnie jest doradcą prezydenta Jaworzna ds. bezpieczeństwa.(PAP)
kon/ agzi/