Historycy apelują o naukową debatę na temat książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe o polskich burmistrzach w czasie okupacji podczas II wojny światowej. Podkreślają, że tematu relacji polskich i niemieckich urzędników nie można zamiatać pod dywan.
- Wielu ludzi, nawet historyków nie ma świadomości, że w Generalnym Gubernatorstwie pracowali polscy burmistrzowie i że była to duża i ważna grupa – mówi prof. Grzegorz Rossoliński-Liebe, autor książki o roli, jaką odgrywali ci urzędnicy w Holokauście.
Historycy apelują o naukową debatę na temat książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe o polskich burmistrzach w czasie okupacji podczas II wojny światowej.
Podkreślają, że tematu relacji polskich i niemieckich urzędników nie można zamiatać pod dywan.
Sam Grzegorz Rossoliński-Liebe zapewnia, że Polacy jako naród nie byli współodpowiedzialni za Holokaust. W wywiadzie dla PAP, który publikujemy poniżej, powiedział: - Polska, holenderska albo ukraińska współpraca nie pomniejszają odpowiedzialności Niemców.
Wydana w 2024 r. w Niemczech książka prof. Grzegorza Rossolińskiego-Liebe „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Verwaltung, Besatzung und Kollaboration” („Polscy burmistrzowie i Holokaust. Administracja, okupacja i kolaboracja”) wzbudziła w Polsce głosy sprzeciwu, a następnie poparcia.
Od początku grudnia powstały trzy listy otwarte i oświadczenia związane z tą książką. Pierwszy powstał z inicjatywy Fundacji Kulskich, podpisało go 130 historyków, dziennikarzy i kombatantów. Wyrażali „głębokie zaniepokojenie i stanowczy sprzeciw wobec działania niemieckich i austriackich instytucji kultury, pamięci historycznej oraz instytucji naukowych promujących wydarzenia i publikacje, które w sposób otwarty sprzeniewierzają się roli, do której zostały powołane i propagują fałszywą narrację historyczną dotyczącą polskich ofiar nazistowskiego reżimu niemieckiego”.
Sygnatariusze tego listu powoływali się na artykuł dr. Damiana Sitkiewicza, który w czasopiśmie „Polish-Jewish Studies”, wydawanym przez Instytut Pamięci Narodowej, opublikował polemiczne omówienie książki Rossolińskiego-Liebe. Zarzucił historykowi, że celem jego książki „jest przekonanie świata naukowego, że za Holokaust (już od 1939 r.) byli współodpowiedzialni lokalni urzędnicy miejscy w GG, w tym zwłaszcza burmistrzowie Polacy, natomiast rola Niemców – zdaniem autora – była marginalna”.
Prof. Piotr M. Majewski, historyk z Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego, autor m.in. książki „Brzydkie słowo na »k«. Rzecz o kolaboracji”, powiedział PAP, że petycje nie są konstruktywnym sposobem uczestnictwa w debacie historycznej i zazwyczaj wyrażają aprioryczne nastawienie, a nie odnoszą się do meritum sporu. Zwraca też uwagę, że w wielu europejskich państwach dyskusje o formach współpracy z Niemcami już się odbyły, często wywoływały spory i napięcia.

Prof. Piotr Majewski na konferencji prasowej poświęconej wystawie stałej Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, Fot. PAP/Marcin Gadomski
- We Francji napisano o tym dużo: zarówno z poziomu różnych regionów, jak i instytucji. W Wielkiej Brytanii współpraca dotyczyła tylko Wysp Normandzkich (okupowanych od 1940 r. przez Niemcy - PAP) na Kanale La Manche. Gdy w 1995 roku ukazała się książka Madeleine Bunting na ten temat, żyli jeszcze ludzie, którzy pamiętali tamte czasy i nie zgadzali się, by nazywać ich postępowanie kolaboracją. Twierdzili, że inaczej postępować się nie dało. Podobnie w Czechach dominuje silne przeświadczenie, że inna droga postępowania podczas okupacji nie była możliwa – powiedział prof. Majewski. Podkreślił także, że chodzi o zjawisko skomplikowane, które nie powinno podlegać łatwym uogólnieniom. Np. w Czechach miejscowe urzędy ściśle współpracowały z okupantem mając na celu ochronę lokalnej ludności, ale równocześnie w niektórych sytuacjach ich decyzje można dziś uznać za kolaborację: wydawanie Żydów, represjonowanie części obywateli i tak dalej.
Prof. Majewski zwraca uwagę na to, że w Polsce do tej pory niewiele mówiło się o tej kwestii. Znana jest historykom, ale pojawiała się tylko na marginesie szerszych opracowań, a taka publikacja jak Grzegorza Rossolińskiego-Liebe jeszcze nie powstała.
Prof. Rafał Wnuk, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, podkreśla, że przed zabraniem głosu w sprawie książki Rossolińskiego-Liebe trzeba się z nią zapoznać.
- Obszerna praca Grzegorza Rossolińskiego-Liebe jest dostępna jedynie w języku niemieckim, którym się nie posługuję. Książki nie czytałem, nie mam więc żadnych podstaw, by się o niej wypowiadać. W podobnej sytuacji jest większość osób podpisujących listy protestacyjne lub wygłaszających krytyczne sądy. To oczywiste, że nie powinniśmy zabierać głosu na temat nieprzeczytanych książek, nieobejrzanych filmów, wystaw muzealnych czy spektakli teatralnych – powiedział PAP prof. Rafał Wnuk.
Przypomniał, że zasady debaty historycznej, zarówno czysto naukowej, jak i publicznej, pozostają od lat niezmienne. - Składają się na nie dążenie do obiektywizmu, szacunek do innych uczestników debaty, precyzyjne definiowanie tez i pojęć oraz merytoryczna argumentacja. Nieznajomość pracy, o której się debatuje, uniemożliwia merytoryczną argumentację i tym samym jest dyskwalifikująca dla zabierającego głos - podkreślił.

Dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku prof. Rafał Wnuk. Fot. PAP/Andrzej Jackowski
Z kolei dr Łukasz Krzyżanowski, historyk i socjolog z Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego i Instytutu Europy Środkowej w Lublinie zajmujący się historią społeczną II wojny światowej, Holokaustu i okupacji niemieckiej w Polsce, uważa, że książka Rossolińskiego-Liebe nie wywołała dotąd naukowej debaty. - Szum medialny, polityczny, prawny i głosy oburzenia osób, które książki nie czytały, trudno traktować jako dyskusję naukową, nawet jeśli swoje oburzenie wyrażają osoby ze stopniami naukowymi, ale które nie prowadziły badań nad okupacją i nie znają języka niemieckiego, w którym książka została opublikowana - stwierdził w rozmowie z PAP dr Krzyżanowski.
- Właściwym sposobem dyskutowania na temat książek naukowych jest debata w gronie uczonych. To dobrze, że szersza publiczność, w tym dyplomaci i politycy, interesuje się badaniami naukowymi, ale ich głos nie zastąpi dyskusji naukowych.
Uważam, że głosy osób niebędących ekspertami w danej dziedzinie nie powinny kształtować refleksji naukowej, dyktować badaczom i badaczkom, które tematy można badać, a których nie, kiedy może się odbyć promocja książki naukowej, a kiedy nie - skomentował.
Dr Krzyżanowski uważa, że temat podjęty przez Rossolińskiego-Liebe w pełni zasługuje na opracowanie naukowe i że ta książka powinna się ukazać jak najszybciej w języku polskim.
Podobnego zdania jest prof. Robert Traba, historyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN, w latach 2007-20 współprzewodniczący Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej: - Książka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe powinna zostać przetłumaczona na język polski nie dlatego, bym uważał, że jest bez zarzutu, ale dlatego, aby można było o niej dyskutować nie tylko w grupie badaczy znających język niemiecki. Kilkanaście lat temu telewizja ZDF nadała trzyczęściowy film „Nasze matki, nasi ojcowie”, w którym zostały pokazane antysemickie postawy żołnierzy Armii Krajowej. Wybuchł skandal, ale nie przeszkodziło to w tym, aby po kilku miesiącach obraz został wyemitowany w TVP - podkreślił.
Prof. Traba przywołuje też książkę wydaną w 1996 r. w Niemczech i USA „Gorliwi kaci Hitlera. Zwykli Niemcy i Holokaust” Daniela Jonaha Goldhagena, amerykańskiego historyka: - Tamta publikacja była niezwykle kontrowersyjna, została skrytykowana tam, gdzie trzeba było ją skrytykować, ale ta krytyka nie przeszkodziła w poprowadzeniu wartościowej debaty o źródłach antysemityzmu i postawie Niemców w czasie wojny. I tego bym oczekiwał dzisiaj w Polsce, bo nam taka debata jest niezwykle potrzebna, nawet jeśli nie jesteśmy do niej w pełni przygotowani, bo wiele osób chce wierzyć, że Polacy byli zawsze znakomici i bez skazy.

Prof. Robert Traba (po lewej) podczas konferencji prasowej „Podręcznik do historii. Projekt polsko-niemiecki” w 2010 r. Fot. PAP/Paweł Kula
Podjęcie takiej debaty byłoby dobrym pomysłem również zdaniem prof. Majewskiego - Tematu współpracy polsko-niemieckiej [w czasie II wojny światowej – PAP] nie należy zamiatać pod dywan. Nie warto czekać kolejnych kilkudziesięciu lat w nadziei, że ta bomba sama się rozbroi – podkreślił historyk.
Przypomniał, że książka Rossolińskiego-Liebe jest analizą postaw 35 burmistrzów spośród około tysiąca, którzy sprawowali takie stanowisko w Generalnym Gubernatorstwie.
- Badanie na niewielkiej próbce ma siłą rzeczy charakter sondażowy. Nie ma w tym zresztą niczego złego. Wartość ustaleń historyka zależy w takich przypadkach od tego, jak ta próbka została dobrana i czy okaże się reprezentatywna. Opisanie wszystkich przedstawicieli lokalnej administracji przekracza możliwości jednego naukowca, a być może jest w ogóle niemożliwe, bo nie wszystkie dokumenty z czasów okupacji zachowały się do naszych czasów. Następni historycy zbadają działalność burmistrzów w innych miastach i być może dojdą do tych samych, podobnych albo zupełnie odmiennych wniosków. Nie będzie w tym niczego nadzwyczajnego - tak się rozwija nauka – powiedział prof. Majewski.
25 listopada 2025 r. w berlińskim muzeum Topografie Terroru miało się odbyć spotkanie z Rossolińskim-Liebe, wykładowcą Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Współorganizatorem spotkania był Dom Polsko-Niemiecki. Bez podania oficjalnej przyczyny spotkanie zostało odwołane.
Stanowisko na temat książki opublikowało Centrum Badań nad Zagładą Żydów Polskiej Akademii Nauk: „Wszelka polemika z tezami i interpretacjami autora powinna być prowadzona zgodnie ze standardami akademickimi oraz zasadami etyki naukowej”.fipn
Ponad 380 naukowców z Polski i zagranicy podpisało też list otwarty w obronie wolności akademickiej i historyka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe: „Niniejsza książka oferuje jedną z perspektyw w ramach tej szerszej debaty. Nawet jeśli można nie zgadzać się z pewnymi aspektami jej ujęcia lub wniosków, takie rozbieżności należy rozwiązywać w drodze dyskusji akademickiej, a nie poprzez bezpodstawne i uogólnione ataki. Działania osób atakujących książkę mają na celu stłumienie debaty naukowej, zastraszenie badaczy i promowanie nacjonalistycznej interpretacji II wojny światowej i Holokaustu”.
Igor Rakowski-Kłos (PAP)
Rozmowa z prof. Grzegorzem Rossolińskim-Liebe
PAP: O czym traktuje pańska książka „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Verwaltung, Besatzung und Kollaboration” („Polscy burmistrzowie i Holokaust. Administracja, okupacja i kolaboracja”)?
Grzegorz Rossoliński-Liebe*: Moja książka przedstawia pracę polskich burmistrzów w Generalnym Gubernatorstwie. Porusza zatem mało znany temat historii Zagłady. Do tej pory tylko Czesław Madajczyk zwrócił uwagę na polskich burmistrzów. Było to w jego monumentalnej monografii o polityce III Rzeszy w okupowanej Polsce, która ukazała się w 1970 r. Madajczyk poświęcił polskim burmistrzom krótki podrozdział. Od tego czasu tematem tym praktycznie nikt się nie zajmował. W wyniku tego wielu zwykłych ludzi, a nawet historyków, nie jest dzisiaj świadomych, że w Generalnym Gubernatorstwie pracowali polscy burmistrzowie i była to duża i ważna grupa urzędników. Na początku okupacji było ich ponad 1100, a na początku 1944 roku mogło ich być prawie 900. W książce przeanalizowałem działania 35 burmistrzów w 22 miastach: małych jak Węgrów, średnich jak Kielce i dużych jak Warszawa.

Narodowości burmistrzów i wójtów w Generalnym Gubernatorswie wg stanu na 15 stycznia 1944 r. Dane z tabeli pochodzą z książki Czesława Madajczyka „Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce”. Źródło: Grzegorz Rossoliński-Liebe, „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Verwaltung, Besatzung und Kollaboration”
PAP: Jak odpowiedziałby pan na zarzut, że 35 burmistrzów to liczba zbyt mała, by wyciągać uogólniające wnioski o burmistrzach w Generalnym Gubernatorstwie?
G.R.-L.: Aby przebadać tak dużą grupę urzędników jak polscy burmistrzowie w administracji Generalnego Gubernatorstwa, trzeba się skoncentrować na małej grupie osób, żeby móc się zagłębić w temat i zrozumieć, jak oni się zachowywali podczas poszczególnych etapów Zagłady i okupacji. Można to zrobić nawet na przykładzie jednego burmistrza. Wszystkich burmistrzów przebadać nie można, bo nie ma do tego dokumentów. Nie jest to też konieczne, żeby zrozumieć, jak działali burmistrzowie jako grupa urzędników.
PAP: Jakie są najważniejsze pytania badawcze pańskiej książki?
G.R.-L.: W pierwszej kolejności chciałem zbadać, jak polscy burmistrzowie zachowywali się podczas okupacji i Zagłady i jak w tej roli współpracowali z Niemcami. Moja książka liczy 1104 strony. Najdłuższy rozdział, poświęcony Zagładzie, liczy około 390 stron. Drugi obszerny rozdział wyjaśnia, jak polscy burmistrzowie zachowywali się w stosunku do ludności polskiej. Poza tym dokładnie przeanalizowałem struktury administracji w Generalnym Gubernatorstwie i chyba jako pierwszy historyk pokazałem, że była ona w dużym stopniu administracją niemiecko-polską, gdyż 90 proc. pracowników administracji było Polakami, a przedwojenne polskie ustawodawstwo było dalej wykorzystywane i uzupełniało nowe niemieckie przepisy.
Wszystkie gazety urzędowe wydawane były po polsku i po niemiecku, a korespondencja odbywała się w dwóch językach. Generalne Gubernatorstwo było zatem tworem niemieckich okupantów i przypominało państwo kolonialne.

Lonio17, CC BY-SA 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0>, via Wikimedia Commons
PAP: Dlaczego w tytule swojej książki użył pan określenia „polscy burmistrzowie”, skoro byli oni częścią niemieckiej administracji?
G.R.-L.: Ponieważ badałem polskich burmistrzów. Ukraińskich nie badałem. Zbadałem też czterech, którzy podpisali volkslistę, a do momentu jej podpisania byli Polakami. Poza tym w Generalnym Gubernatorstwie nie było niemieckiej administracji, jak już powiedziałem. Była tam administracja niemiecko-polska. Generalne Gubernatorstwo założone zostało przez Niemców i rządzone było przez Niemców, natomiast w urzędach miast praktycznie wszyscy pracownicy byli Polakami. Także w starostwach miejskich i powiatowych, urzędach dystryktów i w rządzie Hansa Franka w Krakowie pracowali Polacy. W Generalnym Gubernatorstwie było też niemiecko-polskie ustawodawstwo. Do prześladowania i wymordowania Żydów używano nowych przepisów wprowadzonych przez Hansa Franka.

Hans Frank i starosta sanocki Johann Anton Hofstetter z pierwszymi ukraińskimi ochotnikami z Galicyjskiej Dywizji SS. Sanok, 1943 r. Fot. Sanisław Potocki, Sanok, Public domain, via Wikimedia Commons
PAP: Co jest kluczową bazą źródłową pańskich badań?
G.R.-L.: Dokumenty urzędów miast. Te znajdują się w archiwach państwowych. O ile w przypadku miast takich jak Otwock i Nowy Targ zachowały się bardzo dobrze, o tyle w kilku innych wypadkach zbiory te są szczątkowe. Poza tym analizowałem też dokumenty innych instytucji, z którymi burmistrzowie współpracowali. Były to m.in. starostowie powiatowi i miejscy (Kreis- und Stadthauptmänner), gubernatorzy dystryktów, rząd Hansa Franka w Krakowie, polska i niemiecka policja, judenraty i urzędy pracy. Inną ważną grupą dokumentów są pamiętniki i wspomnienia burmistrzów i niemieckich urzędników, członków judenratów, a także wspomnienia Żydów, którzy czasami na początku okupacji pracowali w administracji.
PAP: Napisał pan w książce: „Historia polskich burmistrzów w Generalnym Gubernatorstwie to historia adaptacji, kolaboracji i prześladowań”. Co to znaczy?
G.R.-L.: Tak można scharakteryzować zachowanie polskich burmistrzów w stosunku do ludności żydowskiej, a po części też polskiej. Większość zbadanych przeze mnie burmistrzów była oportunistami. Widać to już przed wojną, a w czasie okupacji jeszcze bardziej. Większość szybko dopasowała się do nowego okupacyjnego porządku i dobrze rozumiała się z przełożonymi. Burmistrzowie i inni urzędnicy wykorzystali nowe antysemickie niemieckie ustawodawstwo, żeby prześladować Żydów i czerpać z tego korzyści. Podkreślić należy, że korzyści z tego odnosili nie tylko oni sami, ale przede wszystkim urzędy miast oraz niemiecka i polska ludność miast.
PAP: W jaki sposób czerpali korzyści?
G.R.-L.: Między innymi przejmowali majątki Żydów i wykorzystywali ich jako tanią siłę roboczą podczas remontowania i upiększania miasta. A także zbierali wysokie podatki i świadczenia w zamian za niskiej jakości usługi publiczne.
PAP: Czy burmistrzowie w Generalnym Gubernatorstwie byli powoływani przez niemiecką administrację, czy piastowali stanowiska od czasów przedwojennych?
G.R.-L.: Większość została powołana, ale byli też tacy, którzy jak Konstanty Kozakiewicz w Przedborzu czy Jan Gadomski w Otwocku urzędowali już przed wojną. W większości miast na burmistrzów mianowano wiceburmistrzów albo osoby zawiadujące jednym z oddziałów urzędu miasta. Preferowano osoby lojalne, znające język niemiecki, ale przede wszystkim rezolutne i dobrze się orientujące w strukturach administracji. W dystrykcie krakowskim było też kilka miast bez burmistrzów: Kraków, Tarnów czy Nowy Sącz. Poza tym przebadałem w książce też czterech polskich burmistrzów, którzy podpisali volkslistę i których zachowanie w kilku punktach odbiegało od burmistrzów polskich, którzy tej listy nie podpisali. Nie badałem natomiast burmistrzów ukraińskich w Dystrykcie Galicyjskim, a jest to temat na równie ciekawą książkę.

Źródło: Grzegorz Rossoliński-Liebe, „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Verwaltung, Besatzung und Kollaboration”
PAP: Rasistowskie ustawodawstwo budziło opór czy akceptację wśród burmistrzów?
G.R.-L.: Ogólnie opór, ale do rasistowskich przepisów skierowanych w ludność żydowską burmistrzowie szybko się przyzwyczaili. Burmistrz Warszawy Julian Kulski w marcu 1940 protestował przeciwko antyżydowskiemu pogromowi w Warszawie. Natomiast w drugiej połowie roku aktywnie współtworzył getto i starał się jego obszar pomniejszyć. Natomiast ustawodawstwo skierowane w ludność polską budziło wśród burmistrzów opór praktycznie do końca okupacji.
PAP: Czy polscy burmistrzowie przyczynili się do realizacji Holokaustu?
G.R.-L.: Polscy burmistrzowie byli bardziej zaangażowani w prześladowanie niż mordowanie Żydów, chociaż do ich wymordowania też się przyczynili.
Niemieccy okupanci wciągnęli burmistrzów w wykonywanie praktycznie wszystkich poleceń skierowanych przeciwko ludności żydowskiej: oznakowanie Żydów, kontrolowanie ich kont bankowych i przejmowanie majątków, tworzenie gett i pobieranie w nich podatków, opłat za wodę, prąd czy wywóz śmieci, rejestrację po przybyciu do miasta ludności żydowskiej, jej odwszawianie i szczepienie, a także wiele innych czynności przed ich zamordowaniem.
Burmistrzowie i urzędy miast wykorzystywali robotników żydowskich do odbudowywania zniszczonych we wrześniu 1939 budynków, do sprzątania i odśnieżania miast albo umacniania wałów wodnych. Ich praca była tania i łatwo dostępna.
Do wymordowania ludności żydowskiej polscy burmistrzowie przyczynili się przynajmniej na trzy sposoby. Po pierwsze, przez tworzenie gett w biednych dzielnicach bez bieżącej wody i bez kanalizacji. Po drugie, przez pomniejszanie obszaru gett i wykluczanie z nich poszczególnych ulic, części ulic, budynków albo nawet części całych dzielnic. Przez to w gettach panował ścisk, a ludność żydowska masowo umierała nie tylko z głodu, ale także ze względu na warunki tam panujące. Po trzecie, ważnym czynnikiem było przesiedlanie Żydów ze wsi i małych miast do większych gett przed ich deportacjami do obozów zagłady. Wskutek tego akcja „Reinhardt” (1942-43) [zagłada Żydów na terenie Generalnego Gubernatorstwa] przebiegała bez większych komplikacji. Gdyby tego nie zrobiono przed rozpoczęciem akcji, trzeba by Żydów zbierać z małych miast i wsi przed samymi transportami, co wydłużyłoby ich wymordowanie. W przesiedlanie Żydów w latach 1940, 1941 i na początku 1942 r. poza burmistrzami brali udział także policjanci, starostowie i judenraty.
PAP: Czy burmistrzowie na własną rękę prześladowali ludność żydowską?
G.R.-L.: Tak. Trzeba być jednak świadomym tego, że przy analizowaniu działań w administracji często nie można jednoznacznie odróżnić zachowania z własnej woli od wykonywania poleceń. Duży obszar zachowań burmistrzów leży w tak zwanej szarej strefie. Często było tak, że wykorzystywali nowe antysemickie przepisy, żeby Żydów prześladować w sposób, w który w poprzednim pytaniu opisałem. Polscy burmistrzowie nie mordowali Żydów własnoręcznie przy użyciu broni palnej albo innych narzędzi, a tak robili burmistrzowie, którzy podpisali volkslistę. Ta grupa burmistrzów, potocznie zwana folksdojczami albo etnicznymi Niemcami, mordowała Żydów i też Polaków zazwyczaj z policjantami niemieckimi na ulicy albo w lasach i parkach. Podkreślić muszę, że nie wszyscy polscy burmistrzowie, którzy podpisali volkslistę, tak się zachowywali. Stanisław Porth, który pracował w urzędzie gminnym Muszyny już przed wojną, nie mordował Żydów na ulicy tak jak Bruno Kochański z Krzeszowic czy Władysław Gelb z Mszany Dolnej.
Ważne dla zrozumienia zachowania polskich burmistrzów w Generalnym Gubernatorstwie jest też to, że ich nadzorcy, czyli starostowie powiatowi lub miejscy, z których wszyscy byli Niemcami, nie orientowali się w strukturach i topografii miast, a w małych miastach, takich jak Otwock, Mszana Dolna czy Węgrów, rzadko w ogóle bywali.
W wyniku tego polscy burmistrzowie decydowali, w której dzielnicy powstanie getto i jak zostanie utworzone albo kto przejmie domy i sklepy, z których wyprowadzają się Żydzi. W ten sposób starostowie powiatowi niejednego nauczyli się od polskich burmistrzów, którzy z reguły mieli więcej doświadczenia.

Źródło: Grzegorz Rossoliński-Liebe, „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Verwaltung, Besatzung und Kollaboration”
PAP: Napisał pan, że niektórzy burmistrzowie jak Władysław Okulus w Węgrowie wdrażali tylko te absolutnie niezbędne zarządzenia lub jak Jan Gadomski w Otwocku wykorzystywali zarządzenia do realizacji własnej polityki. Dlaczego niektórzy z polskich burmistrzów mogli pozwolić sobie na taką swobodę?
G.R.-L.: Wszyscy burmistrzowie musieli wykonywać zlecone im polecenia, ale mogli decydować, jak je wykonają i który z pracowników urzędu miasta je wykona. W ten sposób niektórzy mogli praktykować własną lokalną antysemicką politykę jak Jan Gadomski w Otwocku, a inni, jak Władysław Okulus, wykonywać polecenia tak, żeby Żydom jak najmniej zaszkodzić. Okulus mógł też poprosić o wykonanie tych poleceń komisarza miejskiego (Stadtkommissar), który w Węgrowie reprezentował komisarza powiatowego (Kreishauptmann) i pomagał burmistrzowi w zarządzaniu miastem.
PAP: Czy polska ludność wchodziła w posiadanie majątku żydowskich mieszkańców w czasie okupacji?
G.R.-L.: Oczywiście, i to w bardzo dużym stopniu.
Ogólnie prawo Generalnego Gubernatorstwa mówiło, że cały majątek żydowski należy do Rzeszy, ale w rzeczywistości w Generalnym Gubernatorstwie było tak mało Niemców, że większość żydowskich mieszkań, sklepów, mebli, koni, rowerów i fabryk przejęli Polacy, a w Dystrykcie Galicyjskim zrobili to Ukraińcy i Polacy.
Ważną rolę w tym odgrywali powiernicy majątków (Treuhänder), z których wielu było Polakami i którzy zarządzali żydowskimi domami i fabrykami oraz współpracowali z burmistrzami.

Źródło: Grzegorz Rossoliński-Liebe, „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Verwaltung, Besatzung und Kollaboration”
PAP: Czy polscy burmistrzowie przeciwdziałali rabunkowi żydowskiego mienia?
G.R.-L.: Tak, przede wszystkim w małych miastach po deportacjach. Kiedy Żydzi znikali z gett, polska ludność do nich wchodziła, żeby pozostawione mienie sobie przywłaszczyć.
PAP: Czy polscy burmistrzowie byli zaangażowani w działania, które szkodziły polskiej ludności?
G.R.-L.: Tak, musieli zbierać kontyngenty żywnościowe, wysyłać polskich robotników do Niemiec i rekwirować dzwony w kościołach, by wykorzystać pozyskany w ten sposób metal do produkcji dział i czołgów. Ogólnie byli uwikłani w masę procesów, które miały na celu ograbienie ludności polskiej w Generalnym Gubernatorstwie.
PAP: A polityczne sympatie lub partyjna przynależność miały wpływ na ich postawę?
G.R.-L.: Tak, miały, jednak nawet ci burmistrzowie, którzy nie mieli poglądów prawicowych i nie byli antysemitami, jak np. Władysław Okulus z Węgrowa i Konstanty Kozakiewicz z Przedborza, pomagali Niemcom w prześladowaniu i mordowaniu Żydów, gdyż nie mogli się od tego uchylić. Natomiast burmistrzowie z prawicowymi poglądami, jak Jan Stanek w Nowym Targu, manifestowali swoją nienawiść do Żydów na wiele sposobów. Wielu burmistrzów jak Julian Kulski należało przed wojną do antysemickiego Obozu Zjednoczenia Narodowego, ponieważ byli oportunistami.
Po wojnie tylko Okulus potępił wymordowanie ludności żydowskiej w swoim mieście. Wielu innych uważało prześladowanie i ograbianie Polaków za większą tragedię niż wymordowanie Żydów.

Tablica pamiątkowa poświęcona Julianowi S. Kulskiemu w Warszawie. Fot. PAP/Rafał Guz
PAP: Jak działalność polskich burmistrzów była postrzegana przez Polskie Państwo Podziemne?
G.R.-L.: Ruch oporu i rząd w Londynie utrzymywały kontakt z burmistrzami. Postrzegały one pracę burmistrzów w administracji Generalnego Gubernatorstwa jako konieczną współpracę i potępiały tak zwaną nadgorliwą kolaborację. W rzeczywistości mało ich obchodziło, jak burmistrzowie nastawieni byli do Żydów i jak ich prześladowali. Zainteresowani byli tym, aby burmistrzowie popierali podziemie przez wystawianie mu dokumentów, które członków podziemia chroniły przed aresztami. Przekonanie, że polscy burmistrzowie pracowali dla Państwa Podziemnego i dlatego nie współpracowali z Niemcami, mija się z prawdą. Burmistrzowie mieli o wiele więcej do czynienia z rządem Hansa Franka w Krakowie niż polskim rządem w Londynie.
PAP: Czy polscy burmistrzowie byli po wojnie sądzeni za swoją działalność w czasie okupacji?
G.R.-L.: Nie, nie byli. To jest ciekawe i skomplikowane zagadnienie. Tylko jeden polski burmistrz przeze mnie badany, Kazimierz Janicki z Lublina, został skazany za pracę w Generalnym Gubernatorstwie na trzy lata więzienia. Inni zostali uznani za niewinnych. Natomiast wielu polskich burmistrzów, którzy podpisali volkslistę, zostało uznanych za winnych, a jeden - Bruno Kochański - został skazany na śmierć i wyrok został wykonany. Podobnie było z burmistrzami ukraińskimi.
Polscy burmistrzowie byli uznawani za niewinnych przez polskie powojenne organy sprawiedliwości, ponieważ te nie rozumiały, jak burmistrzowie brali udział w prześladowaniu i mordowaniu Żydów i w grabieniu Generalnego Gubernatorstwa.
Sprawa jest skomplikowana, ponieważ poza burmistrzami w procesy te zaangażowanych było wiele innych urzędów i urzędników, przez co ustalenie konkretnej winy było praktycznie niemożliwe. W przypadku etnicznie niemieckich i ukraińskich burmistrzów było to bardziej oczywiste, ponieważ oni mordowali ludzi na ulicy własnymi rękami. Po wojnie łatwo było znaleźć świadków, którzy o tym zeznawali. Natomiast polscy burmistrzowie tego nie robili, a ich wina wynikająca z zaangażowania administracyjnego była trudna do zrekonstruowania.

Źródło: Grzegorz Rossoliński-Liebe, „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Verwaltung, Besatzung und Kollaboration”
PAP: Czy z pana badań wynika, że Polacy byli współodpowiedzialni za Holokaust?
G.R.-L.: Polacy jako naród nie byli, ale poszczególni Polacy i grupy tak. Tak było z policjantami, burmistrzami, pracownikami urzędów miast i gmin, donosicielami, różnego rodzaju mordercami. Podobnie było w innych krajach. Nie jest to żadne nowe odkrycie, chociaż w Polsce za sprawą nacjonalistycznych kampanii IPN i PiS oraz Fundacji Kulskich może się wydawać, że było inaczej. Ciekawe jest to, że bardzo mało Żydów przeżyło w Generalnym Gubernatorstwie. Po części wynika to z polityki okupantów, a po części z antysemityzmu w społeczeństwie polskim. Podobnie wygląda sytuacja w kilku innych krajach i regionach Europy Wschodniej. Natomiast we Francji, Belgii, Norwegii czy Holandii tematy te są otwarcie dyskutowane i nikt tam nie organizuje nagonek na historyków to badających i nie wytacza im procesów sądowych za badanie historii.
PAP: Czy ewentualna współodpowiedzialność pomniejsza niemiecką odpowiedzialność?
G.R.-L.: Oczywiście, że nie.
Polska, holenderska albo ukraińska współpraca nie pomniejszają odpowiedzialności Niemców. Jest to błędne rozumowanie praktykowane przez prawicowych polityków i niektórych historyków.
Natomiast innym popularnym błędem jest przyjmowanie, że poza Niemcami nikt nie jest odpowiedzialny za Zagładę. W okupowanej Europie było wielu kolaborantów i nieniemieckich sprawców. Nawet w Generalnym Gubernatorstwie były rejony, w których Niemcy pojawiali się tylko raz na dwa tygodnie albo w ogóle, a wszyscy Żydzi zostali tam wymordowani.
PAP: Jak pańska książka została przyjęta w Niemczech?
G.R.-L.: Historycy badający antysemityzm odebrali ją pozytywnie, ale do książki wrogo nastawieni są niektórzy niemieccy historycy i dyplomaci, ponieważ uniemożliwia im ona utrzymywanie poprawnych stosunków z kolegami w Polsce i burzy stworzony przez nich obraz okupacji i II wojny światowej. Przypomina obraz wykreowany przez polskich historyków i media prawicowe, ponieważ historycy w Niemczech podobnie jak ich koledzy w Polsce rzadko zajmują się kolaboracją, a nawet boją się w ogóle o niej pisać, żeby nie zostać oskarżonym o wybielanie niemieckiej historii. Krytyczne i rzeczowe książki o okupacji, Zagładzie, administracji i kolaboracji są wprawdzie bardzo potrzebne, ale w rzeczywistości prawie nikomu nie pasują i są z wielu stron atakowane.
PAP: Czy wśród badanych przez pana burmistrzów jest postać, która zachowała się heroicznie?
G.R.-L.: Jako historyk nie moralizuję historii, tylko badam procesy, struktury, biografie i fakty. Heroizm jest oceną moralną zakorzenioną głęboko w polityce autorytarnej.
Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos (PAP)
*Grzegorz Rossoliński-Liebe jest doktorem habilitowanym historii, pracuje na Freie Universität Berlin. Autor licznych artykułów, książek i publikacji naukowych o Zagładzie, faszyzmie, antysemityzmie i kolaboracji, m.in. „Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty” (2018), „Faszystowski trzon radykalnego nacjonalizmu ukraińskiego” (2020), „Polnische Burgermeister und der Holocaust” („Polscy burmistrzowie i Holokaust”, 2024).
