Obraz "Ecce homo" Wojciecha Weissa (1875–1950) ze zbiorów Muzeum Historii Polski
Wielki Kryzys w Polsce dotykał ludzkiej godności. Ludzie walczyli o to, by utrzymać się na powierzchni, nie zejść na drogę przestępstwa, nie zostać sprowadzonym do roli osoby żyjącej wyłącznie z cudzej łaski - mówi PAP dr Kamil Piskała, autor książki „Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu”.
Dr Kamil Piskała będzie 18 marca gościem Muzeum Historii Polski (Cytadela Warszawska, ul. Gwardii 1). W debacie o społecznych skutkach kryzysu lat 30. oprócz autora książki wezmą udział dr Izabela Mrzygłód i prof. Andrzej Zawistowski. Spotkanie poprowadzi Krzysztof Niewiadomski. Początek o godz. 18. Wstęp wolny,
PAP: Wielki Kryzys jest gorzej pamiętany niż nawet pojedyncze epizody z innych XX-wiecznych wydarzeń z historii Polski. Czy oznacza to, że Wielki Kryzys w Polsce nie był tak wielki?
Dr Kamil Piskała: Wskaźniki makroekonomiczne, poziom bezrobocia czy skala zubożenia na wsi jednoznacznie pokazują, że był to cios dla społeczeństwa i gospodarki o sile porównywalnej z tym, czego doświadczyły Stany Zjednoczone i Niemcy. Ale porządek liczb i faktów nie zawsze odpowiada porządkowi pamięci społecznej: wyobrażeń i reprezentacji kulturowych. Pamięć o doświadczeniach Wielkiego Kryzysu w Polsce zatarła się z kilku powodów. Po pierwsze, nie powstało jego silne literackie czy kulturowe przedstawienie na miarę chociażby powieści „Grona gniewu” Johna Steinbecka. Po drugie, samo doświadczenie kryzysu zostało przyćmione przez traumę II wojny światowej.
Kolejna kwestia wiąże się ze sposobem tworzenia pamięci o okresie międzywojennym. Dominuje narracja nacechowana rodzajem dumy związanej z odzyskaniem niepodległości. W efekcie bardziej eksponujemy to, co się w II RP udało. Gdyby więc zestawić ze sobą z jednej strony narrację sukcesu i odbudowy państwa, a z drugiej narrację kryzysu: hiperinflacji, biedy, bezrobocia i skutków załamania gospodarczego początku lat 30. - to przewagę zyskuje ta pierwsza. Jest ona bardziej nośna, łatwiej przemawia do wyobraźni i chętniej ją podtrzymujemy. Dlatego w swojej książce chciałem oddać sprawiedliwość doświadczeniom kryzysowym, a zarazem pokazać, że z perspektywy „zwykłego człowieka” okres międzywojenny był raczej czasem nieustannych problemów ekonomicznych i niepewności niż dynamicznego rozwoju, który nawet na poziomie wskaźników gospodarczych trwał zaledwie kilka lat.

Grupa bezrobotnych mężczyzn na „giełdzie pracy przed pomnikiem Jana Sobieskiego we Lwowie. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
PAP: W książce „Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu” cytuje pan bezrobotnego włókniarza z Łodzi: „Szukam jakiejkolwiek pracy, kłaniam się uniżenie, proszę, błagam, upokarzam się, tracę swoje »ja« człowieka. Robi się ze mnie bydlę upokorzone, wyrzucone poza nawias społeczeństwa”. Czy wraz z pracą ludzie tracili godność?
K.P.: Jeśli sięgniemy do pamiętników - zarówno bezrobotnych, jak i chłopów z okresu kryzysu - to mimo ogromnego zróżnicowania indywidualnych doświadczeń wyraźnie wybrzmiewa w nich wspólny motyw, którym jest godność. Kryzys nie był bowiem wyłącznie doświadczeniem biedy rozumianej jako trudność w zaspokojeniu podstawowych potrzeb, lecz dotykał kwestii ludzkiej godności i walki o jej utrzymanie. Co istotne, ta walka nie musiała przyjmować form, które zwykle kojarzymy z ruchami społecznymi: zbiorowych protestów, strajków czy buntów. Często miała charakter indywidualny: to zmaganie o to, by utrzymać się na powierzchni, nie zejść na drogę przestępstwa, nie zostać sprowadzonym do roli osoby żyjącej wyłącznie z cudzej łaski.

Uroczyste rozdanie paczek świątecznych dla najbiedniejszych dzieci z Annopola i Nowego Bródna na terenie budowy Domu Pracy dla młodzieży bezrobotnej, 1936 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
PAP: Ludzie w tej walce wybierali strategie zbiorowe czy indywidualne?
K.P.: W pierwszych latach kryzysu dominują strategie indywidualne. Wyraźnie widać to na przykładzie ruchu strajkowego: liczba strajków gwałtownie spada, a jeśli już się pojawiają, to mają głównie charakter okupacyjny i służą nie tyle poprawie warunków pracy, ile utrzymaniu samego istnienia przedsiębiorstw. Na pierwszy plan wysuwają się więc reakcje jednostkowe: poszukiwanie alternatywnych źródeł dochodu, migracje zarobkowe, korzystanie ze wsparcia rodziny, wyprzedaż majątku, podejmowanie prac dorywczych czy próby przebranżowienia - często desperackie. Ten etap można określić jako fazę strategii przetrwania. Z jednej strony wymuszała ona pewien rodzaj kreatywności, gdy ludzie próbowali na własną rękę wytwarzać i sprzedawać drobne produkty, zajmowali się handlem czy podejmowali się przypadkowych zajęć, które dawały nadzieję na choćby chwilowy zarobek. Z drugiej - są to działania doraźne, które nie zapewniają trwałej stabilizacji - i to jest ich zasadnicze ograniczenie.
W dłuższej perspektywie, zwłaszcza w drugiej połowie lat 30., gdy sytuacja gospodarcza zaczyna się stopniowo poprawiać, doświadczenie kryzysu prowadzi do wyraźnej radykalizacji postaw społecznych.
Pojawia się silniejsze poczucie potrzeby zaangażowania, które zostaje zagospodarowane przez różne ugrupowania polityczne - od prawicy nacjonalistycznej, przez ruch ludowy, po socjalistów. Ten okres przynosi także nasilenie konfliktów społecznych. Mamy do czynienia z falą strajków robotniczych, szczególnie w 1936 roku, czy niepokojami na wsi, których kulminacją jest wielki strajk chłopski w 1937 roku. Dochodzi również do zamieszek na uniwersytetach, które częściowo można wiązać z doświadczeniem kryzysu, jednak w tym przypadku radykalizacja akurat prowadziła do przemocy antysemickiej.

Zebranie władz miejskich i działaczy społecznych pod „termometrem ofiarności” w czasie trwania akcji pomocy na rzecz bezrobotnych na Placu Wolności w Poznaniu, 1935 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
PAP: Dlaczego mimo wielu incydentów w postaci okupacji urzędów, przepędzania urzędników ściągających zaległe podatki oraz zamieszek, w których byli zabici i ranni, nie doszło do wybuchu społecznego na dużą skalę: wojny domowej czy rewolucji?
K.P.: Władza obawiała się wybuchu społecznego. Starała się uważnie monitorować nastroje społeczne, co samo w sobie było elementem prewencji. Mimo licznych niedostatków w polityce gospodarczej kolejne sanacyjne rządy potrafiły stosunkowo skutecznie zarządzać niezadowoleniem społecznym. W momentach jego eskalacji podejmowały działania doraźne, które pozwalały rozładować napięcia i zapobiec ich kumulacji w formie otwartego buntu.
Ważnym czynnikiem była także słabość opozycji, zwłaszcza tej odwołującej się do warstw plebejskich - ruchu ludowego i socjalistów - poturbowanej po doświadczeniach wyborów brzeskich. Sanacja przez aresztowanie parlamentarzystów zademonstrowała gotowość do stosowania drastycznych środków wobec przeciwników politycznych. Uderzyło to bezpośrednio w potencjalnych organizatorów oporu, ale miało też szerszy efekt psychologiczny:
"(...) skoro można było bez wyroku osadzić w twierdzy brzeskiej znanych polityków opozycji, to trudno oczekiwać, by zwykli ludzie wierzyli, że ich protesty spotkają się z pobłażliwą reakcją władz."
Zresztą ludzie zepchnięci w biedę i bezrobocie zwykle nie myśleli o organizowaniu się czy manifestowaniu pod magistratem, lecz o tym, jak zdobyć źródło dochodu, choćby doraźnego: jak zimą załapać się na odśnieżanie ulic, przy rozładunku transportu, gdzie szukać pracy sezonowej. Ewentualnie myśleli o wyjeździe do innego miasta, na przykład do Gdyni.
Przy okazji warto zakwestionować intuicyjne przekonanie, że pauperyzacja automatycznie prowadzi do radykalizacji w duchu lewicowo-rewolucyjnym. Historia pokazuje, że nie jest to wcale najbardziej oczywisty scenariusz. Dobrym przykładem są Niemcy okresu Wielkiego Kryzysu, gdzie głównym beneficjentem społecznego niezadowolenia okazała się skrajna prawica.

Bezrobotna młodzież w Berlinie, 1931 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
PAP: W książce pisze pan również o tym, że pod wpływem kryzysowej biedy dawały o sobie znać międzygrupowe resentymenty. Jakie grupy stały się celem społecznego gniewu?
K.P.: Często pod wpływem różnych narracji prasowych czy politycznych, uprzedzeń i zakorzenionych urazów gniew był kanalizowany przeciwko innym ofiarom kryzysu. Na wsi mówiono, że w mieście bezrobotni robotnicy mają dostęp do zasiłków i zapomóg, że mogą liczyć na zainteresowanie, a niedojadająca na przednówku rodzina na nic takiego nie mogła liczyć. W efekcie bezrobotni w miastach bywali postrzegani jako uprzywilejowani, utrzymywani z chłopskich podatków. Z kolei sami robotnicy miejscy patrzyli na sytuację chłopów z innej perspektywy: dostrzegali ich biedę, ale jednocześnie podkreślali, że chłop ma przynajmniej własną ziemię, z której może się wyżywić - choćby w minimalnym stopniu. I nie ciąży nad nim widmo bezrobocia.
"To tworzyło napięcia i poczucie niesprawiedliwości między różnymi grupami dotkniętymi kryzysem."
Do tego dochodziły resentymenty o charakterze etnicznym. Istotną rolę odgrywała tu narracja antysemicka, rozwijana przez środowiska narodowe, która interpretowała doświadczenie kryzysu w kategoriach etnicznych: jako sytuację, w której Polacy są ofiarami, a Żydzi rzekomymi beneficjentami lub współsprawcami kryzysu. W rezultacie gniew społeczny ulegał rozproszeniu i fragmentaryzacji.

Grupa inwalidów podczas protestu głodowego w biurze warszawskiego oddziału Legii Inwalidów Wojsk Polskich im. gen. Józefa Sowińskiego przy ul. Krakowskie Przedmieście 32, 1932 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
PAP: Gdzie przetrwanie kryzysu było łatwiejsze: na wsi czy w mieście?
K.P.: Nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć, bo zarówno na wsi, jak i w mieście można wskazać przypadki skrajnej deprywacji.
Wieś nie była jednorodna i chociaż kryzys dotykał ją jako całość, i to często dotkliwie - także wielkoobszarowe majątki ziemiańskie i folwarki popadały w poważne zadłużenie - to jednocześnie doświadczenie kryzysu było skrajnie zróżnicowane. W pewnym sensie oddaje to anegdota z reportażu Konrada Wrzosa, który opisał wizytę w zamku Radziwiłłów, w którym spośród 150 komnat aż 145 pozostawało nieogrzewanych. Kryzys był więc odczuwalny nawet w arystokratycznych rezydencjach, choć oczywiście w zupełnie inny sposób niż w przypadku najuboższych, którym groził głód.
"Szczególnie trudna była sytuacja chłopów bezrolnych i wyrobników wiejskich."
Lokalny rynek pracy gwałtownie się kurczył, a osoby pozbawione własnej ziemi lub dysponujące jedynie jej niewielkimi skrawkami nie były w stanie samodzielnie wyprodukować tyle żywności, żeby zapewnić przetrwanie rodzinie. Musiały więc zarabiać, by ją kupować, tymczasem możliwości migracji do miast były ograniczone przez wysokie bezrobocie, a znalezienie zatrudnienia w okolicy stawało się niezwykle trudne. Co gorsza, ci najbiedniejsi, bezrolni czy małorolni pozostawali poza systemem zabezpieczeń społecznych, co czyniło ich położenie szczególnie dramatycznym. Nieco inaczej wyglądała sytuacja gospodarzy. Choć również odczuwali boleśnie spadek cen produktów rolnych, mieli możliwość produkcji żywności na własne potrzeby i zwiększenia sprzedaży niektórych artykułów, jak mleko czy jaja, aby zdobyć gotówkę niezbędną do pokrycia podstawowych wydatków.
W miastach natomiast bieda była znacznie bardziej widoczna. W rezultacie musiał się rozwijać system pomocy społecznej. Władze musiały reagować, żeby choć trochę rozładować niezadowolenie. Ten system obejmował z jednej strony zasiłki dla bezrobotnych, ale dostęp do nich miała tylko niewielka część potrzebujących - wraz z przedłużaniem się kryzysu odsetek ten malał i w połowie lat 30. wynosił zaledwie kilka procent. Pozostali mogli liczyć głównie na tzw. pomoc doraźną: zapomogi, wsparcie w postaci żywności czy opału. Choć system ten był niewydolny i często wiązał się z upokorzeniem, był jednak istotnym wsparciem dla osób pozbawionych pracy. Nie zmienia to faktu, że również w miastach pojawiały się skrajne formy ubóstwa, w tym bezdomność na dużą skalę.

Bezdomna kobieta mieszkająca na klatce schodowej z pomocą komisarza spisowego wypełnia arkusz spisowy, Warszawa, 1931 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
PAP: Czy kryzys był innym doświadczeniem dla kobiet niż dla mężczyzn?
K.P.: W wielu rodzinach dotkniętych kryzysem, zwłaszcza w miastach, obserwowano, że szczególnie tam, gdzie mężczyzna był głównym żywicielem i wykonywał zawód cieszący się wysokim prestiżem w środowisku robotniczym, utrata pracy często prowadziła do apatii. Podjęcie prostych prac fizycznych bywało postrzegane jako degradujące, np. dla bezrobotnego drukarza, zaliczanego wcześniej do tzw. arystokracji robotniczej. Utrata wyuczonego zawodu i związanego z nim statusu społecznego skutkowała więc niekiedy zniechęceniem i wycofaniem. Kobiety częściej wykazywały się większą elastycznością w dostosowywaniu się do nowych warunków. W ich przypadku mniejsze znaczenie miały kwestie prestiżu czy utraty statusu, a większe - konieczność zapewnienia bytu rodzinie.
Dużo łatwiej przychodziło im podejmowanie różnorodnych zajęć zarobkowych, nawet słabo płatnych i nisko ocenianych społecznie. W efekcie nie należały do rzadkości sytuacje, w których po utracie pracy przez mężczyznę, np. robotnika metalowca, wcześniej zapewniającego rodzinie godny byt, ciężar jej utrzymania przejmowała żona. Podejmowała prace dorywcze, drobne usługi, pranie, pomoc domową. Korzystała z każdego, nawet najmniej dochodowego źródła zarobku, by utrzymać rodzinę na minimalnym poziomie egzystencji. Mówimy tu o pewnej ogólnej tendencji i na poziomie indywidualnych doświadczeń sytuacje mogły wyglądać różnie.

Kuchnia dla bezrobotnych w Wojniczu. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
PAP: W historii politycznej cezura 1939 roku jest oczywista i bezdyskusyjna, bo wiąże się z upadkiem państwa. Ale czy dla wielu ludzi życie w latach 30. i 40. tak bardzo różniło się od siebie? Czy kilkunastoletnie doświadczenie kryzysu, biedy i życiowej niepewności nie było czymś stałym mimo zmian na politycznej mapie Europy?
K.P.: To ujęcie idące pod prąd dominującym wyobrażeniom zakorzenionym w historiografii skoncentrowanej na dziejach państwa narodowego i często opisywanej z perspektywy inteligenckiej. Tymczasem jeśli spojrzeć na doświadczenia warstw plebejskich, obraz ten może wyglądać inaczej.
Owszem, w latach 30. mamy już do czynienia z ukształtowaną nowoczesną świadomością narodową. Jednak z perspektywy codziennego życia, np. na wsi na Lubelszczyźnie czy Kielecczyźnie, wrzesień 1939 roku nie zawsze stanowił aż tak wyraźną cezurę, jak mogłoby się wydawać z punktu widzenia historii politycznej. Oczywiście pojawia się nowy aktor w postaci władz okupacyjnych, ale ich obecność na wsi ma często charakter epizodyczny, a nie stały - inaczej niż w dużych ośrodkach miejskich. Okupacja wiąże się z systemem kontyngentów i przymusowych dostaw, ale jednocześnie tworzy pewne możliwości, np. dla rozwoju czarnorynkowego handlu żywnością. W efekcie niektórzy potrafią się w tych warunkach odnaleźć, a nawet z nich korzystać.
Z tej perspektywy cezura roku 1939 nie jest jednoznaczna na poziomie doświadczeń jednostkowych. Nie oznacza to jednak braku zmian, a raczej ich inny charakter. W okresie okupacji, zwłaszcza w jego późniejszej fazie, do niepewności w wymiarze społeczno-ekonomicznym dochodzi nowy, fundamentalny wymiar lęku: egzystencjalny strach o życie. Jest on związany z powszechną przemocą: zarówno tą zinstytucjonalizowaną, realizowaną przez aparat okupacyjny, jak i wynikającą z rozluźnienia norm moralnych, przestępczością, czy wreszcie narastającą konfrontacją między podziemiem a okupantem.
Mimo to można argumentować, że lata 30. i 40. to okres permanentnych zaburzeń, niepokoju i deprywacji, choć w zmieniających się kontekstach politycznych. W każdej z tych faz pojawiają się zarówno „wygrani”, jak i „przegrani”: grupy, które potrafią odnaleźć się w nowych warunkach, oraz takie, które ponoszą największe straty i których położenie pogarsza się w sposób drastyczny. Zmienia się więc raczej układ tych ról, natomiast powszechne poczucie niepewności w pewnym sensie rzeczywiście trwa przez co najmniej kilkanaście lat.
Dlatego można uznać, że choć rok 1939 stanowi cezurę fundamentalną z punktu widzenia historii politycznej, to z perspektywy historii społecznej nie zawsze musi być równie przełomowy.
Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos (PAP)
Kamil Piskała jest doktorem nauk humanistycznych, pracuje jako adiunkt w Instytucie Historii Uniwersytetu Łódzkiego. Zajmuje się dziejami II Rzeczypospolitej i myślą polityczną tego okresu. Specjalizuje się w historii polskiego ruchu socjalistycznego. Jest autorem książki „Mieczysław Niedziałkowski. Początki politycznej działalności i kształtowanie światopoglądu (1893-1918)” (Wydawnictwo Naukowe Semper) oraz edytorem pism Ignacego Daszyńskiego, Stanisława Wojciechowskiego i Jana Strzeleckiego. Jego nowa książka „Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu” ukazała się nakładem Wydawnictwa Muzeum Historii Polski.
