Roy Orbison na zdjęciu z 1965 r. Fot. Jack de Nijs for Anefo, CC BY 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by/4.0>, via Wikimedia Commons
90 lat temu urodził się Roy Orbison – amerykański piosenkarz i autor tekstów, wykonawca takich przebojów, jak „I Drove All Night”, „Only the Lonely”, „You Got It”, „California Blue” i „Oh, Pretty Woman”. Jego głos był nieziemski – ocenił Bruce Springsteen.
Nazywano go „Carusem rocka”. Do inspirowania się jego twórczością przyznawali się m.in. The Beatles, The Rolling Stones, Bob Dylan i Bruce Springsteen. „Presley nazwał go kiedyś »największym piosenkarzem na świecie« i choć krytycy mogą kwestionować tę wyjątkową pochwałę, Orbison cieszył się ogromną popularnością. Był artystą, którego urok nie przeminął wraz z młodością” – pisał „Los Angeles Times”.
„Głos Orbisona był nieziemski. Brzmiał jak wszyscy wielcy rockandrollowcy - jakby przybył z innej planety - a jednocześnie trafiał w samo serce tego, czym dzisiaj żyłeś, poszerzając twoje horyzonty” – ocenił w 1987 r. Bruce Springsteen. „Do dziś zabieram jego płyty ze sobą, gdy wyruszam w trasę, i zawsze będę pamiętał, kim dla mnie jest i ile dla mnie znaczył, kiedy byłem młody i bałem się kochać” – wyznał muzyk. Zdaniem Boba Dylana Orbison „brzmiał, jakby śpiewał z samego Olimpu”.
Urodził się 23 kwietnia 1936 r. w niewielkim teksańskim mieście Vernon. Przez panujący w Stanach Zjednoczonych kryzys jego rodzice zmuszeni byli do częstych przeprowadzek. Mały Roy szybko zrozumiał, czym jest bieda. „Piłka nożna, pole naftowe, oleje, smary i piasek” – tak opisywał swoje dzieciństwo. Z powodu wady wzroku nie był zbyt pewny siebie.
Muzyka w jego życiu pojawiła się szybko. Na szóste urodziny dostał od ojca gitarę i wówczas wszystko inne przestało się dla niego liczyć. Nie miał skończonych dziesięciu lat, kiedy po raz pierwszy zaśpiewał w radiu. Największy wpływ miała na niego muzyka country i gospel. Swoją pierwszą kapelę – The Wink Westerners - założył jeszcze w liceum, wtedy też zaczął zarabiać pierwsze pieniądze i zainteresował się rock and rollem.
„Jako dziecko uwielbiał słuchać deszczu uderzającego o dach rodzinnej blaszanej chatki; kiedy został już zamożną gwiazdą muzyki pop, zainstalował w swoim domu wodospady, by móc zatracić się w tym dźwięku i zapomnieć o okropnościach przeszłości. Był to sposób na spowolnienie tempa świata” – pisał o nim „Guardian”.
W trakcie jednego z nagrań telewizyjnych Orbison poznał Johnny’ego Casha, który zachęcał go do pójścia muzyczną drogą i skontaktował go z Samem Philipsem – założycielem wytwórni Sun Records w Memphis. Philips jednak nie był nim wówczas zainteresowany. Porażka nie zniechęciła młodego muzyka. Zmienił nazwę swojej kapeli na The Teen Kings i niedługo później, w marcu 1956 r., nakładem niewielkiego teksańskiego wydawnictwa Je-Wel wydał utwór „Ooby Dooby”. Philips zrozumiał swój błąd i tym razem sam zaprosił Orbisona do współpracy.
„Orbison nie był rewolucyjną postacią sceny rockowej, tak jak Elvis Presley czy Little Richard, ale w jego najlepszych utworach była elegancja i siła, które przemawiały z wyjątkowym, niemal dojrzałym poczuciem dramaturgii, dzięki czemu są one dziś tak samo poruszające jak wtedy, gdy po raz pierwszy pojawiły się w radiu” – ocenił amerykański krytyk muzyczny Robert Hilburn.
W połowie lat 60. miał już na koncie kilka przebojów, w tym „Only the Lonely”, „Crying” i „Oh, Pretty Woman” – bodaj największy z nich. „Kiedy ukazała się piosenka »Crying«, sporo ryzykowałem. Nie wiedziałem, że płaczący mężczyzna zostanie zaakceptowany” – wspominał. Zdaniem Roberta Planta z Led Zeppelin „połączenie liryzmu i dramatyzmu z głosem Roya dawało niepowtarzalny efekt”. „To dzięki Orbisonowi śpiewanie o wielkich emocjach stało się również męskim tematem” – podkreślił Robin Gibb z Bee Gees.
„Nie był efekciarzem. Stał bez wyrazu za swoimi nieodłącznymi ciemnymi okularami i po prostu śpiewał – ale jego śpiew nie przypominał niczego innego w świecie rocka: czuć w nim było czystość i pasję, które niemal w surrealistyczny sposób oddawały delikatność i ból romantycznego rozczarowania oraz zwątpienia” – podsumował Hilburn.
W ciągu niespełna pięciu lat aż dziewięć jego utworów znalazło się w pierwszej dziesiątce listy „Billboardu”. „Był wówczas najpopularniejszym wokalistą. Słuchając Orbisona, można usłyszeć wirujące aranżacje smyczkowe, liczne crescendo, a przede wszystkim – w samym sercu utworu – ten dramatyczny tenor bel canto, często wyrażający rozmarzoną tęsknotę lub samotność” – pisał „Guardian”.
W czerwcu 1966 r. w wypadku zginęła 25-letnia żona Orbisona – Claudette. To właśnie jej postacią inspirowana była piosenka „Oh, Pretty Woman”, którą nagrał dwa lata wcześniej. Przygnębiony artysta rzucił się w wir pracy. Po kilku latach spotkała go kolejna tragedia. W pożarze domu zginęło dwóch synów muzyka, 10-letni Roy Dewayne i 6-letni Anthony King. Orbison przeżył załamanie, zwrócił się ku Bogu. „Jeśli masz wiarę, całe twoje życie nabiera nowego znaczenia. Idziesz do pracy, ale jednocześnie czerpiesz z niej radość. Jeśli rozwijasz się duchowo, robisz to, co masz przed sobą, a wyniki mówią same za siebie” – wyznał w „Guardianie”.
W 1969 r. poznał 16-letnią Barbarę Wellhonen, w tym samym roku wzięli ślub. Jako muzyk popadał jednak w zapomnienie. Kolejne wydawane przez niego utwory przechodziły bez echa. Impas przełamany został na początku lat 80. - za piosenkę „That Lovin' You Feelin' Again” nagrodzono go Grammy (1981).
Jeszcze więcej dla Orbisona zrobił David Lynch, wykorzystując jego utwór „In Dreams” w filmie „Blue Velvet” (1986). „Piosenka pomogła ponownie przywrócić zainteresowanie twórczością Orbisona i mogła mieć wpływ na decyzję muzyka o dołączeniu do zespołu The Travelling Wilburys” – czytamy w „Far Out Magazine”.
W roku 1987 muzyk został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame. Bruce Springsteen wspominał: „W 1975 r., kiedy poszedłem do studia, żeby nagrać »Born To Run«, chciałem zrobić płytę z tekstami jak u Boba Dylana, która brzmiałaby jak produkcje Phila Spectora, ale przede wszystkim chciałem śpiewać jak Roy Orbison. Teraz wszyscy wiedzą, że nikt nie śpiewa jak Roy Orbison”.
Rok później, w lipcu 1988 r., dał jeden ze swoich ostatnich wielkich koncertów. „Orbison wie, jak zatrzymać czas, tak aby każdy element piosenki błyszczał jak wyeksponowany. Do utworów wplatał fragmenty, w których instrumenty cichły, aby uwydatnić jego głos. Publiczność, stojąca i śpiewająca razem z nim, była w ekstazie” – recenzował na łamach „New York Timesa” Peter Watrous.
„Spośród wszystkich wokalistów rockandrollowych swojego pokolenia pan Orbison jest najmniej obsesyjnie skupiony na męskości; jego muzyka, głos i teksty są łagodne i złożone. Opracował osobliwą wizję muzyki popularnej, w której ekscentryczność i wyobraźnia pokonują wszelkie naciski na konformizm, a po 30 latach kariery wokalnej jest tak samo dobry jak zawsze” – podsumował krytyk.
W ostatnich kilkunastu latach życia Roy Orbison zmagał się z poważnymi problemami zdrowotnymi. W 1978 r. przeszedł operację na otwartym sercu. Zmarł 6 grudnia 1988 r. w Hendersonville. „Na początku naszej kariery koncertowaliśmy z Royem i był on naprawdę świetnym facetem. To szczególnie smutne, zwłaszcza że ostatnio wydawało się, iż cieszy się on takim powrotem na scenę. Był i zawsze będzie jednym z największych artystów rock and rolla” – powiedział po śmieci muzyka Paul McCartney.
W 1990 r. na ekrany kin wszedł film „Pretty Woman” z Julią Roberts i Richardem Gere’em w rolach głównych. Wykorzystano w nim dawny przebój Orbisona „Oh, Pretty Woman”, dając mu tym samym drugie życie. W kolejnych latach o Orbisonie powstało kilka filmów dokumentalnych, jak: „Roy Orbison: The Anthology” (1999), „In Dreams: The Roy Orbison Story” (1999), „Roy Orbison: One of the Lonely Ones” (2015).
Od lat mówi się także o nakręceniu fabuły. „Średnio dwa razy w miesiącu dostaję propozycję zrobienia filmu o moim mężu. Miałam nawet kilka kontraktów z wytwórniami, ale wszystkie uległy przedawnieniu. Nie jestem pewna, czy jakikolwiek scenarzysta zdołałby pokazać prawdziwe oblicze Roya. Kiedyś myślałam, że mógłby go zagrać Sean Penn - kiedy był młodszy - ponieważ bardzo się z Royem przyjaźnili, ale teraz nie jestem już tego pewna. Być może po prostu nie chcę się nim dzielić ze światem” – mówiła w 2006 r. wdowa po artyście.
W 2008 r., 20 lat po śmierci Orbisona, na rynek trafił album z jego utworami – „The Soul of Rock And Roll”. „Jest tu wszystko. Chwiejne rockabilly, przesiąknięte łzami przebłyski geniuszu i jego cudowne odrodzenie. Być może był najdziwniej wyglądającym facetem, jaki kiedykolwiek trzymał gitarę, ale naprawdę był uosobieniem wrażliwej strony rocka. Zawsze będzie Wielkim O.” – recenzował w BBC Chris Jones.
„»Uważałem, że mój głos to coś w rodzaju cudu«, powiedział kiedyś Orbison. I miał rację. Pod każdym względem Orbison należy do grona największych” – zaznaczył w 2016 r. na łamach „Guardiana” Bob Stanley.
Mateusz Wyderka (PAP)