FOT. PAP/EPA/RYAN KELLY
17 maja Norwegia świętuje uchwaloną w 1814 roku konstytucję. Przez każdą miejscowość przechodzi kolorowy pochód dzieci. Na ulicznych lampach i balkonach powiewają norweskie flagi. Tego dnia Norwegowie wyjmują z szaf i zakładają na siebie swój najcenniejszy i najbardziej uroczysty strój - bunad.
W Europie niewiele jest widoków równie zaskakujących jak ten, który można zobaczyć w Norwegii 17 maja. Ulice Oslo, Bergen czy Trondheim wypełniają się tysiącami ludzi ubranych nie w garnitury, lecz w regionalne stroje ludowe. Kobiety w ciężkich haftowanych spódnicach i srebrnych ozdobach, mężczyźni w wełnianych kamizelkach i krótkich kurtkach, dzieci w miniaturowych wersjach tych samych ubiorów. W jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie krajów Europy wygląda to na historyczną rekonstrukcję albo festiwal folkloru. Ale dla Norwegów to najważniejsze święto narodowe.
"Dla wielu imigrantów i ich dzieci bunad jest deklaracją: osiedliliśmy się w Norwegii, dobrze nam tu, czujemy się częścią społeczeństwa."
Bunad to tradycyjny norweski strój. Jest w Norwegii czymś znacznie więcej niż tylko kostiumem czy przebraniem. Dla wielu Norwegów to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie się posiada: dziedziczony, poprawiany, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Jego wykonanie zajmuje miesiące, a każdy jego detal ma znaczenie — haft, srebro, sposób szycia czy nawet rodzaj tkaniny.
Działa jak mapa Norwegii. Po stroju można rozpoznać region, a nawet miejscowość, z której pochodzi rodzina. Istnieją setki wariantów związanych z konkretnymi dolinami, fiordami czy gminami. Pytanie, skąd pochodzi jego bunad, to dla Norwega pytanie o korzenie, bo typ stroju można wybrać po matce, po ojcu, z miejsca urodzenia, z rodzinnej wsi dziadków czy regionu, z którym ktoś czuje się najbardziej związany.
- Współczesny bunad nie jest prostym reliktem przeszłości. To efekt świadomego budowania norweskiej tożsamości narodowej w XIX wieku - w czasie, gdy kraj próbował odnaleźć własną kulturową odrębność po stuleciach silnych wpływów duńskich i szwedzkich - wyjaśnia w rozmowie z PAP Bjorn Sverre Hol Haugen z Muzeum Etnograficznego w Oslo.
Norwegia długo była państwem peryferyjnym, rządzonym raz z Kopenhagi, raz ze Sztokholmu. Elity mówiły językiem silnie związanym z duńskim. W XIX wieku pojawiła się idea, by nowoczesną tożsamość narodową oprzeć na tym, co przetrwało poza wielkimi miastami: lokalnej mowie, wiejskich zwyczajach, rzemiośle i strojach. Ivar Andreas Aasen stworzył w tym duchu nynorsk - język nowonorweski oparty na dialektach. Podobny proces dotyczył stroju.
Gdy w Warszawie majętny dzięki handlowi z carską armią Wokulski przebierał się w coraz bardziej wielkomiejskie stroje, uczył się angielskiego i nabierał manier, norweskie mieszczaństwo i inteligencja zwróciły się ku kulturze chłopskiej, traktowanej jako bardziej autentyczna niż kosmopolityczne wzorce z Kopenhagi. To właśnie w niej odnaleziono coś, co mogło się stać narodowym symbolem: wełnę, len, srebro, ręczne hafty i regionalne wzory zakorzenione w lokalnej tradycji.
- Mieszkańców prowincji nie było stać na importowane materiały, dlatego ich stroje zawierały wyłącznie len, wełnę i srebro. Z czasem ograniczenia te stały się podstawą ortodoksyjnego bunadu, w którym nie ma miejsca na jedwabie, bawełnę czy złote dodatki. Len od wieków rósł w naszym kraju, wełna zawsze towarzyszyła hodowli owiec, a srebro jeszcze dla wikingów było podstawowym kruszcem, który dodatkowo od średniowiecza wydobywany był w kopalniach w Kongsberg - opowiada Hol Haugen.
W tym sensie bunad był idealnym nośnikiem nowej norweskości. Łączył krajobraz, pracę rąk, lokalność i pamięć o świecie sprzed industrializacji. Nie był importowanym symbolem z obcego dworu czy armii. Nie opowiadał o imperium, lecz o dolinie, gospodarstwie, rodzinie i wspólnocie. Dlatego tak dobrze pasował do kraju, którego narodową opowieść kosmopolityczne mieszczaństwo z Kristianii (tak do 1924 roku nazywało się Oslo), Bergen czy Stavanger budowało wokół fiordów, gór, wsi i samowystarczalności.
"Hulda Garborg dla norweskiego stroju była tym, kim Aasen dla języka: nadała bunadowi nową funkcję, czyniąc z lokalnego, wiejskiego ubioru element świadomego projektu narodowego."
Kupieckie elity potrzebowały jednak przewodniczki. Stała się nią urodzona w 1864 roku na głębokiej norweskiej prowincji Hulda Garborg. Dla norweskiego stroju była tym, kim Aasen dla języka: nadała bunadowi nową funkcję, czyniąc z lokalnego, wiejskiego ubioru element świadomego projektu narodowego. Po pierwsze, miał być narodowy: Garborg chciała, by Norwegowie przestali ślepo naśladować modę europejską. Po drugie, miał mieć wymiar ekonomiczny: pieniądze za uszyty bunad miały zostawać u lokalnych producentów, zamiast iść na import jedwabiu czy bawełny. Po trzecie, miał mieć wymiar feministyczny - Garborg interesowały stroje wygodniejsze dla kobiet: bez gorsetu i usztywnień.
Współczesne bunady to nie są więc stroje zachowane w niezmienionej formie od setek lat, ale XX-wieczne rekonstrukcje dawnych ubiorów i ich późniejsze interpretacje. Dla Norwegów nie ma w tym jednak fałszu. Przeciwnie - bunad jest świadomą opowieścią o tym, czym Norwegia chciała być.
- Bunad stał się naturalną częścią rodzinnej historii. Prawie 70 proc. kobiet ma bunad. Choć historycznie ta tradycja upowszechniła się wcześniej wśród kobiet, wśród mężczyzn staje się silniejsza. Ma go co piąty Norweg - mówi PAP Camila Rossing z Norsk Institutt for Bunad og Folkedrakt (pol. Norweski Instytut Bunadu i Stroju Ludowego).
Temat bunadu potrafi również wywoływać emocje. W Norwegii regularnie wracają dyskusje o tym, kto „ma prawo” nosić konkretny regionalny strój. Czy trzeba mieć rodzinne korzenie z danego miejsca? Czy można wybrać bunad tylko dlatego, że się podoba? Co z imigrantami?
Przed kilkoma laty przez media przetoczyła się żywiołowa dyskusja na temat osób o zagranicznych korzeniach występujących w bunadach podczas obchodów 17 maja. Dla części Norwegów był to dowód, że tradycja żyje i potrafi włączać nowych mieszkańców kraju. Inni uważali, że bunad bez związku rodzinnego lub regionalnego traci swoje znaczenie.
Camila Rossing nie ma wątpliwości.
- Dla wielu imigrantów i ich dzieci bunad jest deklaracją: osiedliliśmy się w Norwegii, dobrze nam tu, czujemy się częścią społeczeństwa. Dzieci często zakładają prostsze wersje bunadu, żeby iść razem z innymi w pochodach. Dorośli czasem kupują go po otrzymaniu obywatelstwa albo wtedy, gdy czują, że Norwegia naprawdę stała się ich miejscem - ocenia.
Bunad rzadko kupuje się jak zwykłą sukienkę czy garnitur. Jego cena to dziesiątki, a czasem setki tysięcy koron. Kompletuje się go etapami: najpierw podstawowy strój, później koszula, pas, srebrne zapinki, brosze, spinki, nakrycie głowy. Elementy można dziedziczyć, przerabiać i dopasowywać. Strój rośnie więc razem z biografią właściciela. Z czasem staje się nie tylko znakiem regionu, ale także archiwum rodzinnych uroczystości.
- To strój na całe życie. Dlatego już XIX-wieczne krawcowe w swojej przenikliwości zostawiały w spódnicach zapas materiału, by ubranie mogło zawsze dopasować się do sylwetki właścicielki. Chłopcy dostawali swoje bunady dopiero wtedy, gdy przestawali rosnąć - zwraca uwagę Bjorn Sverre Hol Haugen.
To najbardziej uroczyste ubranie, jakie można mieć. W bunadzie przychodzi się na audiencję do króla, bierze ślub, odbiera odznaczenia. W trakcie ceremonii wręczenia Pokojowej Nagrody Nobla wśród zaproszonych gości dostrzec je można z łatwością: zielone z Trondelagu, wyraźnie czerwone z Hedmarku, morsko-niebieskie z Romerike, czarne ze Stavanger. W bunadach przyrzeczenie składają nowo wybrani do norweskiego parlamentu.
Znaczenie tej tradycji dostrzegło także UNESCO. Ważny był nie tyle sam strój, ile społeczna praktyka jego noszenia, szycia i przekazywania między pokoleniami. W 2024 roku praktyka używania bunadu została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości.
- Choć musi walczyć z pochodzącymi z Dalekiego Wschodu podróbkami, nasz bunad żyje. Młodzi nadal chcą go nosić, ale coraz częściej szukają w nim także czegoś osobistego: sposobu wyrażenia indywidualności, troski o środowisko. Na powrót interesują się rzemiosłem i naturalnymi materiałami - opowiada Camila Rossing, której instytut był jednym z pomysłodawców i autorów aplikacji o rejestrację tradycji noszenia bunadu.
Dlatego 17 maja Norwegia wygląda tak, jak nie wygląda żaden inny europejski kraj. Narodowe święto nie zamienia ulic w wojskową paradę ani polityczną demonstrację. Zamiast tego staje się wielkim pokazem wspólnoty ubranej w stroje, które miały kiedyś pomóc na nowo wymyślić norweskość.
Z Oslo Mieszko Czarnecki (PAP)
cmm/ miś/