Magazyn Mówią Wieki 5/2026. Fot. Materiały prasowe
Magazyn Mówią Wieki z maja 2026 r. znów ukazał się z poślizgiem, ale warto było czekać. Przewodnim tematem tego numeru jest Rabacja Galicyjska z 1846 roku, a oprócz tego jest też opowieść o zamachach na hitlerowskich dygnitarzy w okupowanej Warszawie oraz sylwetka pochodzącego z Jaworzna lekarza, którym chlubią się dziś zarówno Polacy jak i Niemcy.
Rabacja Galicyjska, czyli krwawy chłopski bunt z 1846 roku naznaczył traumą kilka pokoleń polskich inteligentów. Oto bowiem w momencie, w którym garstka wywodzących się ze szlachty spiskowców szykowała się do antyaustriackiego powstania, chłopi zamiast im pomóc rzuciła się insurgentom do gardła. W rezultacie Galicja spłynęła krwią szlachty, a echa tych krwawych wydarzeń jeszcze długo pobrzmiewały w polskiej polityce i kulturze.
O białej i czarna legenda Rabacji Galicyjskiej w magazynie Mówią Wieki napisał Mateusz Ratyński z Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego.
Przypomniał, że wydarzenie z 1846 roku należy do najbardziej dramatycznych i zarazem najbardziej niejednoznacznych epizodów w historii Polski. Dla szlachty była traumą i dowodem na niebezpieczeństwo „niekontrolowanego ludu”, dla chłopów – aktem sprawiedliwej zemsty i pierwszym krokiem ku emancypacji. W centrum tego konfliktu stał Jakub Szela, chłop ze Smarżowej, który stał się symbolem rabacji, od ponad 100 lat budząc skrajnie różne emocje i tworząc dwie antagonistyczne legendy – czarną i białą.
Mateusz Ratyński zaznacza, że rabacja nie była tylko konsekwencją spontanicznego wybuchu gniewu. Stanowiła pokłosie długotrwałego ucisku pańszczyźnianego, nadmiernych obciążeń gospodarczych i napięć między chłopami a szlachtą. W tle krwawych wypadków majaczyła polityka władz austriackich, które podsycały antagonizmy społeczne, chcąc osłabić przygotowywane powstania narodowe. Starosta tarnowski Breinl von Wallerstern odgrywał tu szczególną rolę, inspirując i wspierając chłopskie ataki na dwory, co nadało rabacji wymiar także polityczny.
Dla polskiej szlachty i inteligencji rabacja była wstrząsem. Zburzyła romantyczną wizję „dobrego i oddanego sprawie narodowej ludu polskiego”. Szela i chłopi, którzy wcześniej mieli być naturalnymi sojusznikami w walce o niepodległość, stali się symbolem zagrożenia dla spójności narodowej.
Już wkrótce po wydarzeniach powstała czarna legenda. W oczach szlachty Szela był zdrajcą, narzędziem Austriaków, „uosobieniem zgnilizny moralnej i degeneracji”. Narracja ta znalazła trwały wyraz w literaturze pięknej, zwłaszcza w dramacie Wesele Stanisława Wyspiańskiego.
W pamięci galicyjskich włościan Szela jawił się w zupełnie innym świetle. Był „królem chłopskim”, mścicielem krzywd i osobą, która wymusiła realne reformy agrarne. Już w 1846 roku powstawały pieśni gloryfikujące jego działania: Jak Jakubek z chłopami zrobi szlachcie pranie. Nazwisko Szeli budziło wśród chłopów szacunek, a opowieści o jego czynach przekazywano z pokolenia na pokolenie.
Rabacja galicyjska była bolesną lekcją dla elit. Upadek romantycznej wizji ludu pokazał, że bez realnych reform agrarnych niepodległość jest niemożliwa. Insurekcja kościuszkowska z uniwersałem połanieckim ukazała potencjał włościan, ale powstania listopadowe i styczniowe upadły m.in. z powodu braku zaufania chłopstwa do sprawy polskiej.
O genezie rabacji w tym samym numerze magazynu Mówią Wieki napisał też słowacki historyk Oliver Zajac.
Przypomniał, że wkrótce po pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej włączona w skład imperium Habsburgów Galicja stała się swoistym laboratorium polityki państwowej. Cesarz Józef II widział w nim szansę na stworzenie modelowej prowincji bazującej na zasadach oświeconego absolutyzmu i kameralizmu. Jednym z najważniejszych elementów tego projektu miała być głęboka przebudowa stosunków społecznych, a przede wszystkim zmiana położenia chłopów. Już w 1772 roku zakazano pracy pańszczyźnianej w niedziele i święta. Na początku lat osiemdziesiątych XVIII wieku zniesiono poddaństwo osobiste, chłopi otrzymali prawo odwoływania się w sporach do wyższych instancji (nawet do najwyższych władz w Wiedniu), a w kwietniu 1786 roku ogłoszono tzw. Robotpatent, który miał dokładnie określić obowiązki poddanych i zapobiegać samowoli właścicieli dóbr. Jeśli te zmiany budziły wśród większości mieszkańców Galicji nadzieję i zapowiadały możliwą zmianę dotychczasowych stosunków społecznych, to śmierć Józefa II, wojny rewolucyjnej Francji i epoka napoleońska, a następnie długie dekady władzy Franciszka I czy Ferdynanda I doprowadziły do zahamowania procesu reform. Wraz z nim zamierała również wiara poddanych w lepszą przyszłość.
Na życie mieszkańców Galicji jeszcze mocniej wpłynęła kumulacja klęsk żywiołowych z lat 1844–1845. W ciągu zaledwie kilku miesięcy przez kraj przeszły co najmniej cztery wielkie powodzie, które szczególnie dotkliwie uderzyły w zachodnią część Galicji, zwłaszcza okolice Tarnowa i Bochni. Po długotrwałych ulewnych deszczach z brzegów wystąpiły Wisła, Wisłok, Wisłoka, Dunajec, Uszwica, Raba, Biała i San. Domy i pola pozostawały pod wodą przez ponad dwa tygodnie, co miało katastrofalne skutki, tym bardziej że podobna sytuacja powtórzyła się po kilku miesiącach. Według ówczesnych statystyk w samym obwodzie tarnowskim powódź dotknęła aż 290 wsi zamieszkanych przez 137 289 osób, czyli niemal dwie trzecie całej populacji.
Skutkiem katastrofy były nie tylko ogromne straty materialne, lecz także długotrwały niedobór żywności i surowców oraz gwałtowny wzrost cen. Tragicznej sytuacji nie poprawiła powolna i ograniczona reakcja władz. Kiedy we wrześniu 1845 roku zebrał się Sejm Krajowy, książę Leon Sapieha zaproponował różne formy pomocy. Postulował m.in. organizowanie robót publicznych, które pozwoliłyby dotkniętym klęską chłopom zarobić choć niewielkie pieniądze (np. przy budowie dróg), utworzenie w najbardziej dotkniętych regionach specjalnych sklepów oraz zwiększenie funduszu pomocowego do 2 mln zł.
Odpowiedzią sejmu było jedynie zatwierdzenie funduszu, i to w pierwotnej wysokości 1,5 mln zł. Pozostałe propozycje przeszły bez echa. W ten sposób galicyjska szlachta z pewnością chłopów sobie nie mogła zjednać.
W bloku artykułów poświęconych rabacji galicyjskiej wart zwrócić uwagę także na inne. W jednym z nich prof. Radosław Żurawski vel Grajewski opisał nieudane próby powstańcze w 1846 roku w zaborach rosyjskim i pruskim, zaś w kolejnym o geopolitycznych uwarunkowaniach wydarzeń 1846 roku napisał Miroslav Šedivý, profesor Univerzita Pardubice.
Czeski historyk wyjaśnił sprzeczności pomiędzy aspiracjami Czechów i Polaków żyjących w granicach imperium austriackiego. Ci pierwsi nadzieję na uzyskanie swojej podmiotowości upatrywali w Rosji, która dla Polaków była symbolem opresji i niewoli.
W połowie XIX wieku zaczęło się też zmieniać nastawienie znacznej części Niemców do sprawy polskiej. Jeszcze w 1831 roku polistopadowi uchodźcy witani byli w Niemczech jako bohaterowie sprawiedliwej walki, ale zaledwie kilkanaście lat później we wzajemnych relacjach zaczęły dominować nieufność i niechęć.
Narastający szowinizm narodowy nasilił się wraz z doniesieniami o tym, że polscy rewolucjoniści mają zamiar wymordować żołnierzy pruskiego garnizonu w Poznaniu. Negatywnie oceniano również działania Polaków w Paryżu, gdzie próbowali przekonać lokalne władze do poparcia rewolucji. Ich starania wspierało wielu Francuzów o tradycyjnie silnych sympatiach propolskich. Wspólnie krytykowali oni oba mocarstwa niemieckie za ich antyrewolucyjną, a zatem antypolską, politykę. Niemcy jednak często odbierali to osobiście, a w konsekwencji na początku i pod koniec 1846 roku nawet niektórzy liberałowie bronili działań Austrii i Prus. Jednocześnie pamiętano o dawnych sojuszach między Francuzami a Polakami i obawiano się, że nowy sojusz francusko-polski zmiażdży Niemcy z dwóch stron i może doprowadzić do strat terytorialnych na wschodzie i zachodzie.
Wydarzenia roku 1846 wpłynęły na negatywne nastawienie Niemców do Polaków – a raczej ich aspiracji narodowych. Nie zmieniło się to nawet wraz z rewolucją marcową dwa lata później, która zapoczątkowała tzw. Wiosnę Ludów w Europie Środkowej.
Choć wśród Niemców pojawiły się wówczas nastroje propolskie, to przeważyła nieufność i wynikający z niej dystans wobec polskich aspiracji narodowo-politycznych. Okazało się, że interesy obu narodów i związane z nimi roszczenia terytorialne były całkowicie sprzeczne.
Karin Anna Wawrzynek napisała o ojcu niemieckiej pediatrii – Adalbercie (Wojciechu) Czernym. Urodzony w Szczakowej, miejscowości będącej dziś częścią Jaworzna, lekarz jest z dumą przywoływany zarówno w Niemczech jak i Polsce. Jego imieniem nazwano najwyższą niemiecką nagrodę naukową w dziedzinie pediatrii.
O zamachach na niemieckich dygnitarzy w okupowanej Warszawie w majowym magazynie Mówią Wieki napisał Artur Bojarski. Te najbardziej spektakularne zostały dokonane będących częścią niemieckiej dzielnicy Alejach Ujazdowskich.
Preludium do akcji odwetowych polskiego podziemia w Alejach stanowił wybuch bomby zegarowej 24 czerwca 1942 roku w gmachu niemieckiej policji kryminalnej (Kripo) mieszczącej się w kamienicy Bohdanowicza. Schowana w piwnicy bomba sporządzona ze 100 kg trotylu zniszczyła kotłownię, ściany przy klatce schodowej i znaczną część ścian zewnętrznych od podwórza. Zawaliło się kilka biegów schodów oraz częściowo sufity kilku pięter nad kotłownią. Cegły po eksplozji doleciały aż na Koszykową. Ofiar w ludziach nie było. Następnego dnia Niemcy aresztowali polskich robotników, przesłuchano też niemieckich policjantów i żandarmów. Po krótkim śledztwie wszystkich zwolniono. Aby uniknąć odpowiedzialności, wykreowano wersję o przypadkowym wybuchu butli z tlenem.
W 1943 roku polscy konspiratorzy zorganizowali udane zamachy na hitlerowskich oprawców – Franza Bürkla i Augusta Kretschmanna. Obie akcje przeprowadzono w bezpiecznej odległości od „dzielnicy niemieckiej”. Sprawnie i szybko, niewielkimi siłami i bez strat własnych Niemcom zadawano dotkliwe straty.
Idąc za ciosem, Kierownictwo Walki Podziemnej wydało wyrok na SS-Sturmanna Ernsta Weffelsa – znanego z sadyzmu kierownika z oddziału kobiecego na Pawiaku.
W akcji brało udział sześć osób, z których najważniejszy był wykonawca wyroku Kazimierz Kardaś „Orkan”. Niemiec został postrzelony na Pl. Na Rozdrożu. ranny uciekł w kierunku Parku Ujazdowskiego. „Orkan” jednak nie dał za wygraną, dogonił go i zabił. Wydawało się, że polska konspiracja do perfekcji opanowała przeprowadzanie akcji odwetowych w wielkim mieście.
Jedną z najbardziej znanych akcji podziemia w okupowanej przez Niemców Europie był zamach na Franza Kutscherę z 1 lutego 1944 r.
Jak zaznacza Artur Bojarski akcja ta rozmachem i konsekwencjami nie ustępowała zamachowi na Reinharda Heydricha w Pradze. Wymagała jednak lepszej organizacji, odwagi i brawury, ponieważ w przeciwieństwie do akcji w Pradze, gdzie Heydrich jechał bez ochrony przez peryferie czeskiej stolicy, Franz Kutschera mieszkał i pracował tuż obok „dzielnicy policyjnej”, a w Al. Ujazdowskich i okolicy roiło się od Niemców.
Kutschera zginął, ale Niemcy w odwecie już nazajutrz rozstrzelali sto osób w miejscu, w którym doszło do zamachu, zaś kolejnych dwustu zamordowali tego samego dnia w ruinach getta.
Drogo okupiona śmierć Franza Kutschery stanowiła preludium do jeszcze bardziej ryzykownej akcji, tym razem już w środku „dzielnicy policyjnej”. Zamach na kolejnego zbrodniarza planowano przeprowadzić w Al. Szucha w domu nr 16, stojącym naprzeciwko kwatery i katowni gestapo. Celem był szef II Wydziału Politycznego Sonderpolizei i SD SS--Sturmbannfuhrer Walter Stamm. Niemcy byli nie tylko w „swojej” dzielnicy, za posterunkiem u wylotu Szucha na Pl. Na Rozdrożu. W domu przy Al. Ujazdowskich 9 stacjonowała Policja Kryminalna, a w budynkach dawnego GISZ – oddział SS.
6 maja 1944 roku żołnierze AK nie dotarli do mieszkania Stamma – walka rozpoczęła się podczas próby ich wylegitymowania przed domem przy Al. Szucha 16. W czasie odskoku grupy uderzeniowej strzelanina przeniosła się na Pl. Na Rozdrożu oraz w Al. Ujazdowskie, zanim zamachowcy odjechali Agrykolą samochodami.
Już 15 sekund po odjeździe ostatniego samochodu zamachowców z budynków przedwojennego GISZ wysypały się tyraliery esesmanów. Dokładnie przeczesywali Ogród Botaniczny i okolice Agrykoli. Kto z cywilów w porę nie uciekł albo wydawał się podejrzany, był zgarniany do gestapo na Szucha. W czasie odwrotu i z ran zginęło dziewięciu młodych żołnierzy „Parasola”, co było szokiem dla polskiej konspiracji. Zaczęto się zastanawiać nad sensem wyniszczających podziemie akcji. Pytanie o to, czy opłacało się poświęcić tyle młodych istnień do dziś pozostało bez odpowiedzi.
(PAP)
jkrz