Ryszard Kapuściński w Angoli w 1975 roku. Fot. PAP/Witold Rozmysłowicz
Reportaże, których autorom udało się opisać nie tylko fakty, ale też mechanizmy rzeczywistości, starzeją się dobrze. Bo mechanizmy się nie dezaktualizują, choć stare zjawiska zawsze przybierają nową formę i niemal zawsze niosą coś nowego - powiedział w rozmowie z PAP Artur Domosławski.
Niedawno ukazało się wznowienie jednej z najważniejszych książek w kanonie polskiego reportażu – „Gorączki latynoamerykańskiej” Artura Domosławskiego - reporterskiej opowieści o Ameryce Łacińskiej – jej rewolucjach, napięciach politycznych i społecznych oraz o ludziach uwikłanych w wielkie procesy historyczne. Wydawnictwo Poznańskie zapowiada w kolejnych miesiącach wznowienie biografii „Kapuściński non-fiction” oraz premierę nowej książki autora.
PAP: Czy reportaże się starzeją?
Artur Domosławski: Czasem się dezaktualizują. Jeśli reportaż dotyka tylko powierzchni wydarzeń, są spore szanse, że jego data ważności upłynie dosyć szybko. Natomiast, jeśli autorowi poza opisem naskórkowej warstwy rzeczywistości uda się sięgnąć głębiej, do mechanizmów, które funkcjonują przy okazji opisywanych wydarzeń, to czasem udaje się sprawić, że tekst czytany wiele lat później wciąż zachowuje świeżość, bo pokazuje jakąś bardziej ogólną prawdę.
PAP: Który z polskich reporterów starzeje się dobrze, a który źle?
A.D.: Nie odpowiem.
PAP: A pana mistrz i bohater pana książki, czyli Kapuściński?
A.D.: Kapuściński starzeje się dobrze w tym sensie, że jego od zawsze interesowały mechanizmy, to, co znajduje się pod powierzchnią zdarzeń. Możemy zadawać sobie pytanie, czy niektóre jego teksty, przez wiele lat uważane za reporterskie, rzeczywiście są reportażami. Często przekraczały granicę dzielącą fikcję od niefikcji, ale to jest inna sprawa.
Wiele jego tekstów starzeje się dobrze, bo nawet jeśli górę nad weryfikowalnością brała jego licentia poetica, to mechanizmy zdarzeń i procesów opisane są przenikliwie. Możemy czytać „Szachinszacha” jako rzecz o mechanizmach rewolucji. Gdybym chciał pogłębić wiedzę o irańskiej rewolucji, pewnie sięgnąłbym po inne książki, ale z „Szachinszacha” dowiaduję się, jak w momencie rewolucyjnym zachowują się ludzie, co sprawia, że przestają się bać, i co się dzieje potem: tzn. skąd bierze się pewnego rodzaju zmęczenie i znużenie rewolucją; co się dzieje, kiedy fala wzmożenia, emocji, nadziei i entuzjazmu opada.
"Kapuściński starzeje się dobrze w tym sensie, że jego od zawsze interesowały mechanizmy, to, co znajduje się pod powierzchnią zdarzeń."
PAP: A „Cesarz”?
A.D.: Podobnie jest z „Cesarzem”, który jest jedną z najwybitniejszych polskich powieści XX wieku. Myślę, że to jest właściwa kategoria opisująca tę książkę. Proszę zauważyć, że składają się na nią barokowe monologi dworzan Hajle Selasje. Nawet jeśli opisywana rzeczywistość zawsze podlega redakcji i selekcji reportera, trudno sobie wyobrazić, by etiopscy dworzanie mówili aluzjami do Gombrowicza czy Potockiego. I w jakim języku – po angielsku, włosku, amharsku? Przetworzenie rzeczywistości jest tu tak głębokie, że trudno mówić o reportażu. Ale dodajmy od razu: to wspaniała literatura i przenikliwa opowieść pokazująca mechanizmy rządów absolutnych. Więc raz jeszcze: Kapuściński starzeje się bardzo dobrze.
PAP: A pana książka o Kapuścińskim, która swego czasu wywołała tyle emocji i oburzenia?
A.D.: Zastanawiam się, w jaki sposób mówić dziś o Kapuścińskim i o tej biografii, która wywołała tyle emocji. Mam nadzieję, że ocaliła Kapuścińskiego politycznego, rewolucyjnego. Moja książka ukazała się w momencie, w którym Kapuściński był kompletnie zagłaskany, zrobiono z niego miłego starszego pana, który jeździł po świecie i przywoził nam piękne bajki, ciekawe opowieści z egzotycznych miejsc. A on miał bardzo radykalne poglądy na porządek światowy, kapitalizm, kolonializm w przeszłości i współczesne formy neokolonializmu. Dodajmy do tego tzw. wojnę z terroryzmem, agresję USA na Irak… Myślę, że Kapuściński dostarcza nam obserwacji, dawniejszych odniesień czy narzędzi do analizy rzeczywistości, która zmierza dziś coraz bardziej w stronę dżungli, prawa silniejszego, a także nowych odsłon imperializmu i neokolonializmu. Mam nadzieję, że bunty, które opisywał, mogą być inspiracją dla dzisiejszych kontestatorów.
PAP: Czy po tych wszystkich latach, które minęły od pisania o Kapuścińskim, dowiedział się pan czegoś nowego?
A.D.: O nim samym chyba nie. Dowiedziałem się za to sporo o ludziach, których kiedyś znałem.
PAP: Czy czuje pan, że po tych wszystkich latach od wydania książki zmienił się dyskurs na jej temat? Emocje opadły, a historia w pewnym sensie przyznaje panu rację - że Kapuściński uwikłany w historię, popełniający błędy jest nam bliższy, bo prawdziwy?
A.D.: Mam wrażenie, że przynajmniej w gronie reporterów stosunek i do Kapuścińskiego, i do weryfikacji danych w reportażu ewaluował w dobrą stronę. Wydaje mi się też, że biografowie czują się ośmieleni, a hagiografie są w odwrocie. I może tyle wystarczy – wolę, by o wpływie tej książki mówili jednak inni.
PAP: Właśnie ukazuje się autobiografia bohatera kolejnej pana książki, Zygmunta Baumana.
A.D.: Miałem do tego tekstu dostęp, gdy pisałem jego biografię „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana”. Cieszę się, że wychodzi jako osobna książka. Pisząc biografię, siłą rzeczy przedstawia się własną wizję postaci, natomiast tutaj mamy integralny tekst jego samego – Bauman przemawia własnym głosem. Myślę, że to opowieść bardzo potrzebna w naszych czasach – mamy do czynienia z kimś, komu historia i polityka namieszały w życiorysie, a wielkie wydarzenia ustawiły poniekąd trajektorię jego życia. Był wielokrotnie w swoim życiu wykluczany, wypędzany – a to w czasie Wielkiej Wojny, a to w trakcie antysemickiej nagonki PZPR. Dziś żyjemy w czasach, w których zjawiska takie jak stygmatyzacja Innego, wykluczanie, szykany i agresja fizyczna przybierają na sile. Świat brunatnieje. Gdy zdarza mi się myśleć o losie uchodźców i zawieszeniu prawa azylowego przez polski rząd, zawsze wraca Bauman uchodźca, Bauman wygnaniec – jego los i jego refleksja.
PAP: Mam wrażenie, że opętani kultem młodości tracimy z oczu coś, co niesie dojrzałość, a mianowicie unikalną perspektywę wynikającą z obserwowania świata przez dłuższy czas. Młodzi ludzie przyjmują świat, jakim jest. Potem okazuje się, że zmienia się on błyskawicznie, a przeznaczeniem człowieka jest nie nadążać za tymi zmianami. Co wiek daje reporterowi?
A.D.: Już trafiłem na ławkę seniorów? Oj, przedwcześnie. Dopiero się rozglądam, co by tu zrobić z życiem.
PAP: To zapytam tak: czy z perspektywy dużego już reporterskiego doświadczenia myśli pan, że historia się powtarza?
A.D.: Nie bardzo w to wierzę, a na pewno nie lubię gadania, że wszystko już było, bo to zwalnia z myślenia. Usypia i rozleniwia. Było – i co z tego? Dla kolejnych pokoleń owo „wszystko” zdarza się za każdym razem po raz pierwszy. Nawet jeśli historia się powtarza lub obserwujemy nawroty różnych chorób społecznych, to nigdy nie dzieje się to dokładnie tak samo. Warto przyglądać się zarówno nowym formom „nawrotów”, jak i nowym próbom zaradzenia bolączkom. Stare zjawiska zawsze przybierają nową formę i niemal zawsze niosą coś nowego.
PAP: Na przykład?
A.D.: Myślę, że niezłym przykładem jest dzisiaj skrajna prawica, która bywa nazwana prawicą faszystowską czy faszyzującą. Jest to w wielu aspektach nowa odsłona zjawiska. Na przykład: Ameryka Łacińska, którą zajmuję się od lat, przeżywa eksplozję aktywności Kościołów neoprotestanckich – i to one stanowią bazę społeczną i ideologiczną tej nowej faszyzacji. Nowością są także „bojówki cyfrowe”, które wiedzą, jak sprawić, żeby podnieść klikalność, i jak rozsiewać te wszystkie okropne treści, pseudonaukowe brednie i nieskrywaną nienawiść. Ta nowa skrajna prawica niesie przekaz ultraindywidualistyczny, egoistyczny – a stary faszyzm był kolektywistyczny. Ten nowy neguje sensowność działań solidarnych, zbiorowych – niech każdy radzi sobie sam. Świat według tej recepty oznaczałby w zasadzie koniec idei społeczeństwa.
"(...) w tym najświeższym obliczu jest sporo starego."
Myślę, że widać to bardzo dobrze w Argentynie, gdzie rządzi kompletny wariat Javier Milei – prezydent, który rozmawia z duchem swojego zmarłego psa i mówi o tym publicznie. Określa się jako anarchokapitalista i twierdzi, że państwo to największa organizacja przestępcza na świecie. Jego rządy to zamach na jakiekolwiek próby solidarnego i kolektywnego działania na rzecz poprawy losu tych, którzy mają najgorzej. Niby to wszystko już kiedyś było, ale dziś objawia się w nowych formach, a rewolucja cyfrowa zasila faszyzujący zwrot. Oligarchowie cyfrowego świata głoszą bez kamuflażu wrogość wobec demokracji.
PAP: W ostatnim roku oglądamy zupełnie nowe oblicze imperializmu amerykańskiego.
A.D.: Może najświeższe, bo jak już sobie powiedzieliśmy, w tym najświeższym obliczu jest sporo starego. Obserwujemy powrót do „doktryny Monroe’a” – prezydenta, który rządził w Stanach w latach 20. XIX wieku. Głosi ona, że wszystko, co się dzieje na zachodniej półkuli, podlega ingerencji Stanów Zjednoczonych, które arbitralnie przyznają sobie prawo do interwencji i kontrolowania zdarzeń, zjawisk, procesów rozgrywających się na „amerykańskim podwórku”. Ta doktryna była bardzo żywa w okresie zimnej wojny (1945-1989), zdarzyło się wtedy kilka interwencji zbrojnych USA, m.in. na Dominikanie w latach 60., na malutkiej wysepce Grenada w latach 80. czy w Panamie. Częściej jednak USA interweniowały pośrednio, to znaczy szkoląc wojskowych do walki z partyzantami, pompując pieniądze i angażując się w rozmaite zamachy stanu jak w Brazylii w 1964 roku czy w Chile w 1973. USA angażowały się w brudne wojny w Ameryce Środkowej, na przykład z baz w Hondurasie atakowano rewolucję sandinistów. Robili to także sami Honduranie, ale szkoleni przez CIA.
PAP: Czyli niedawna interwencja USA w Wenezueli nie oznacza zmiany polityki?
A.D.: To jest nowa odsłona działań, które USA prowadziły z różną intensywnością w różnych okresach. W latach 90. i na początku XXI w. presja społeczna, upadek wielu dyktatorów, a przede wszystkim rozpad ZSRR sprawiły, że Amerykanie nieco wycofali się z otwartych i agresywnych ingerencji w Ameryce Łacińskiej. Dziś wiatr wieje w inną stronę. Trump wykorzystał moment, w którym uznał, że może podarować kolegom z sektora naftowego pola naftowe w Wenezueli.
PAP: Co na to Wenezuelczycy, bo jakoś nie słychać o zbiorowym oporze?
A.D.: On jest, ale słabiutki i jak do tej pory efemeryczny. Interwencja w Wenezueli dała amerykańskiemu sektorowi naftowemu dostęp do tamtejszych złóż. Już wprowadzono ustawę ułatwiającą i inwestycje, i eksploatację złóż w Wenezueli przez podmioty zagraniczne. Wiele osób oczekiwało, że Trump pomoże opozycji zdobyć władzę - że usunie obecną ekipę rządzącą, a władzę obejmie noblistka i liderka opozycji Maria Corina Machado. Nic takiego się nie stało. Trump jest zainteresowany pieniędzmi, a nie demokracją, więc wyborów w Wenezueli na razie nie było i nie słychać, by w najbliższym czasie miały się odbyć. Trump wolał zastraszyć chavistów, wymusić na nich uległość, niż ryzykować, że do władzy dojdzie ktoś, nad kim nie będzie miał kontroli. Ale poczekajmy do początku lipca – wtedy upływają terminy konstytucyjne, po których powinno się ogłosić nowe wybory.
PAP: Kto w takim razie trzyma władzę?
A.D.: Wenezuelskiego dyktatora Nicolása Maduro porwały amerykańskie siły specjalne i oskarżono go o „narkoterroryzm”. To jest bardzo niejasne pojęcie stworzone po to, by budziło jak najgorsze skojarzenia – bo i narko, i terroryzm. Chodziło o zalegitymizowanie zbrojnej agresji, urobienie opinii publicznej i w USA, i na świecie. W akcie oskarżenia przed sądem w Nowym Jorku wycofano lipny, propagandowy zarzut, że Maduro był szefem Kartelu Słońc, który faktycznie nie istnieje. Ludzie władzy w Wenezueli być może są uwikłani w przemyt zakazanych substancji, ale to jednak co innego niż kartel i narkoterroryzm.
W Caracas nadal rządzi ekipa Maduro, choć kilka osób z pierwszej linii, które najbardziej kłuły w oczy, odstawiono do dalszych rzędów. Rządzi była wiceprezydentka Delcy Rodriquez i jej brat Jorge, który jest przewodniczącym parlamentu. Robią różne rzeczy pod dyktando Waszyngtonu, czyli w dalszym ciągu będziemy mieli rządy autorytarne, a zarazem kapitalizm w stylu Donalda Trumpa i jego bogatych kolegów. Stany Zjednoczone będą eksploatować złoża „na własnym podwórku”. Wenezuela jest faktycznie protektoratem USA. Pieniądze ze sprzedaży ropy trafiają najpierw na konto Departamentu Skarbu USA i dopiero Waszyngton decyduje, ile i kiedy przekazać Wenezueli.
PAP: Co dalej?
A.D.: Następna w kolejce jest Kuba. I model rządów może tam być podobny. Obecnie toczą się niejawne negocjacje między Waszyngtonem a Hawaną. Rząd w Hawanie nie zgadza się na jakąkolwiek dobrowolną wymianę rządzącej ekipy. Ale to, na czym Trumpowi zależy chyba najbardziej, to otwarcie Kuby na amerykański przemysł turystyczny – deweloperów i hotelarzy, którzy będą budować nowe kurorty, hotele i czerpać z tego zyski.
PAP: W pewnym sensie to powrót - do czasów Kuby przedrewolucyjnej.
A.D.: Rządził wtedy dyktator Fulgencio Batista pod amerykańską kuratelą. Amerykanie eksploatowali Kubę, jak chcieli – z każdym połączeniem telefonicznym pieniądze trafiały do amerykańskiej kompanii telefonicznej, z każdym pstryknięciem światła do kompanii elektrycznej, też amerykańskiej...
PAP: O czym będzie nowa książka, którą w przyszłym roku ma opublikować Wydawnictwo Poznańskie?
A.D.: Będzie to rzecz wyrastająca z moich doświadczeń zarówno reportera, jak i biografa. Nowością będzie to, że przejdę w niej na stronę fikcji.
Artur Domosławski - jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich reporterów. W latach 1991-2011 dziennikarz „Gazety Wyborczej”, od 2011 r. związany z tygodnikiem „Polityka”. Autor cenionych książek, m.in. „Chrystus bez karabinu”, „Gorączka latynoamerykańska”, „Ameryka zbuntowana” oraz głośnej biografii „Kapuściński non-fiction”, przełożonej na francuski, włoski, angielski i hiszpański. Uhonorowany tytułem Dziennikarza Roku 2010.
Rozmawiała Agata Szwedowicz (PAP)
aszw/ dki/