Źródło: IPN/Por. Henryk Cybulski. Obrońca Przebraża [historia w 10 minut]/youtube
W Przebrażu powstał samowystarczalny organizm, który przeciwstawił się UPA. To była swoista polska republika partyzancka – powiedział PAP prof. Damian Markowski. 83 lat temu w trakcie rzezi wołyńskiej dzięki zorganizowanej w wiosce niedaleko Łucka samoobronie ocalało co najmniej 12 tys. Polaków.
PAP: W czerwcu 1943 r. jeden z ważniejszych dowódców UPA Dmytro Klaczkiwski wydał rozkaz rozpoczęcia masowej eksterminacji polskiej ludności na Wołyniu. W ciągu kilku miesięcy setki miejscowości przestały istnieć, a dziesiątki tysięcy ludzi zostały zamordowane. Tymczasem Przebraże nie tylko ocalało, ale stało się największym ośrodkiem polskiej samoobrony. Dlaczego właśnie tam historia potoczyła się inaczej?
Dr hab. Damian Markowski: Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim pamiętać, że ludobójstwo wołyńskie nie zaczęło się w czerwcu czy lipcu 1943 roku. Już od lutego oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii systematycznie atakowały polskie osady. Była to realizacja decyzji kierownictwa Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, które uznało, że warunkiem stworzenia niepodległego państwa ukraińskiego jest usunięcie z tych ziem polskiej ludności.
Nie była to seria spontanicznych wystąpień czy lokalnych konfliktów. Był to element przemyślanej strategii politycznej i wojskowej. OUN dążyła do stworzenia państwa jednonarodowego, podporządkowanego jednej ideologii i jednemu ośrodkowi władzy. W takim faszystowskim projekcie nie było miejsca dla Polaków ani dla Żydów. Reakcje tamtejszej ludności były bardzo różne. Wielu ludzi do końca wierzyło, że wieloletnie sąsiedzkie relacje będą wystarczającą ochroną. Mówiono: „u nas nic się nie stanie”, „znamy się od pokoleń”. Tragiczne doświadczenia kolejnych miesięcy pokazały, że były to złudzenia.
"OUN dążyła do stworzenia państwa jednonarodowego, podporządkowanego jednej ideologii i jednemu ośrodkowi władzy. W takim faszystowskim projekcie nie było miejsca dla Polaków ani dla Żydów."
W Przebrażu bardzo wcześnie zrozumiano, z jakim zagrożeniem mają do czynienia. To właśnie odróżniało tę miejscowość od wielu innych. Nie liczono na szczęście ani na to, że fala przemocy ominie akurat tę okolicę. Postawiono na organizację i przygotowanie obrony.
PAP: Co zadecydowało o tym, że akurat tam udało się stworzyć najskuteczniejszą polską samoobronę na Wołyniu?
D.M.: Po pierwsze, wcześnie dostrzeżono zagrożenie. Po drugie, znaleźli się ludzie mający doświadczenie wojskowe i zdolności organizacyjne. Po trzecie, mieszkańcy wiedzieli, że powodzenie obrony zależy od wspólnego wysiłku całej społeczności.
Z czasem Przebraże zaczęło przyjmować kolejne fale uchodźców z okolicznych miejscowości niszczonych przez UPA. Według różnych szacunków przez ten ośrodek przewinęło się 10-25 tys. osób.
To oznaczało konieczność stworzenia sprawnie funkcjonującego organizmu. Nie wystarczały już umocnienia i uzbrojeni obrońcy. Trzeba było wyżywić tysiące osób, zapewnić im schronienie, zorganizować opiekę nad rannymi, zadbać o zaopatrzenie oraz utrzymać zdolność bojową.
PAP: Z pańskiego opisu wyłania się obraz miejsca, które funkcjonowało niemal jak niewielkie państwo.
D.M.: W pewnym sensie rzeczywiście tak było. To była taka polska republika partyzancka, istniejąca w samym środku okupacji niemieckiej, na zapleczu frontu wschodniego i jednocześnie w centrum ludobójstwa dokonywanego na Polakach przez Ukraińców.
Powstały warsztaty rusznikarskie naprawiające broń, działały piekarnie, kuchnie polowe, rzeźnie i zaplecze gospodarcze. Organizowano magazyny żywności i amunicji. Każdy miał wyznaczone zadania: jedni pełnili służbę na liniach obrony, inni zajmowali się produkcją żywności, naprawą uzbrojenia czy opieką nad uchodźcami.
To właśnie ta doskonała organizacja i precyzyjna logistyka zdecydowały o sukcesie Przebraża. Nie przypadek, nie wyjątkowe szczęście, lecz zdolność stworzenia sprawnie działającej wspólnoty, która potrafiła jednocześnie walczyć i zapewnić codzienne funkcjonowanie tysiącom ludzi.
PAP: Choć organizację samoobrony rozpoczął Zygmunt Nestorowicz, to symbolem Przebraża stał się jego następca Henryk Cybulski, zwany przez kolegów „Harrym”. Kim był?
D.M.: To jeden z najwybitniejszych, a jednocześnie najbardziej niedocenionych bohaterów polskiej historii XX w.
Był leśnikiem, a także przedwojennym podoficerem Wojska Polskiego. Walczył we wrześniu 1939 r., został deportowany wraz z rodziną na Syberię, skąd zdołał uciec i wrócić na Wołyń. Sam ten powrót był przedsięwzięciem niezwykle ryzykownym i, prawdę mówiąc, niemal niewykonalnym.
Po powrocie angażował się w pomoc innym. Ratował również Żydów, ukrywając ich mimo grożącej za to kary śmierci – ocalił w ten sposób co najmniej dwie osoby.
Przed wojną należał do czołówki polskich długodystansowców. To nie jest jedynie ciekawostka biograficzna: sport wyczynowy ukształtował człowieka o wyjątkowej wytrzymałości, samodyscyplinie i odporności na wysiłek. W warunkach nieustannego zagrożenia, gdy przez wiele miesięcy trzeba było organizować obronę, podejmować decyzje pod presją i odpowiadać za życie tysięcy ludzi, takie cechy miały ogromne znaczenie. W połączeniu z doświadczeniem podoficera Wojska Polskiego oraz przeżyciami kampanii 1939 r. i zesłania na Syberię stworzyły dowódcę, który potrafił zachować zimną krew nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach.
PAP: Skąd samoobrona Przebraża zdobywała broń? Przecież Niemcy raczej nie byli zainteresowani tworzeniem silnego polskiego ośrodka zbrojnego.
D.M.: Kierownictwo przebraskiej samoobrony doskonale rozumiało, że bez choćby pozorów legalności nie będzie mogło funkcjonować. Dlatego zwrócono się do władz niemieckich o zgodę na utworzenie wiejskiej straży (Dorfschutzu) mającej chronić mieszkańców przed napadami uzbrojonych band. Celowo nie precyzowano, kto miał być tym przeciwnikiem.
Niemcy zgodzili się na funkcjonowanie takiej formacji i przekazali niewielką liczbę karabinów. Nie miało to jednak decydującego znaczenia dla działania obrońców Przebraża. Większość uzbrojenia zdobywano w inny sposób - wydobywano z magazynów pozostawionych po walkach niemiecko-sowieckich z 1941 r., kupowano ją od niemieckich, rumuńskich i węgierskich żołnierzy, a część naprawiano we własnych warsztatach.
Formalnie była to więc straż wiejska zaakceptowana przez okupanta, ale w rzeczywistości powstał jeden z najlepiej zorganizowanych i uzbrojonych ośrodków polskiej samoobrony na całym Wołyniu.
PAP: Przebraże kojarzy się przede wszystkim z obroną przed kolejnymi atakami UPA. Tymczasem z pana badań wynika, że jego mieszkańcy nie ograniczali się do biernej obrony.
D.M.: Oddziały UPA kilkakrotnie próbowały zdobyć i zniszczyć Przebraże oraz sąsiadujące z nim polskie osady. Doszło do trzech dużych szturmów, wszystkie zostały jednak odparte, choć walki były niezwykle ciężkie i kosztowne dla obu stron. Największy atak przeprowadzono pod koniec sierpnia 1943 r. Według różnych szacunków uczestniczyło w nim około 6 tys. członków UPA oraz zmobilizowanych przez nich mieszkańców okolicznych ukraińskich wsi.
Odparcie tego szturmu było momentem przełomowym. Kierownictwo samoobrony doszło do wniosku, że pozostawanie wyłącznie za linią umocnień oznacza oddanie inicjatywy przeciwnikowi. Rozpoczęto więc własne działania zaczepne. Ich celem nie było zdobywanie terytorium ani prowadzenie regularnej wojny z UPA, lecz rozbijanie zgrupowań przygotowujących kolejne napady na polskie miejscowości, niszczenie zaplecza gospodarczego i logistycznego OUN i UPA oraz uniemożliwianie organizowania następnych akcji przeciwko polskiej ludności cywilnej.
Jednym z najbardziej znanych przykładów był rajd na szkołę podoficerską UPA w Omelance. Przeprowadzono również skuteczne działania przeciwko zgrupowaniu UPA w Trościańcu oraz wyprawy do okolicznych wsi stanowiących zaplecze nacjonalistów. Podczas tych akcji odbierano także żywność i bydło wcześniej zrabowane zamordowanym Polakom. Miało to ogromne znaczenie dla utrzymania tysięcy uchodźców przebywających w Przebrażu.
"Henryk Cybulski, zwany przez kolegów „Harrym”, to jeden z najwybitniejszych, a jednocześnie najbardziej niedocenionych bohaterów polskiej historii XX w."
Działania te miały również wymiar psychologiczny i propagandowy. Pokazywały, że Polacy nie są wyłącznie bezbronnymi ofiarami, lecz potrafią skutecznie przeciwstawić się UPA. Samo trwanie Przebraża było zresztą poważnym problemem dla kierownictwa OUN: dopóki ten ośrodek funkcjonował, nie można było mówić o całkowitym „oczyszczeniu” Wołynia z polskiej ludności. Przebraże stało się dowodem, że tam, gdzie udało się odpowiednio wcześnie zorganizować obronę, można było ocalić tysiące istnień ludzkich, że Polacy nie są już wyłącznie ofiarami i potrafią skutecznie uderzyć w przeciwnika.
PAP: Pomimo krwawej niedzieli…
D.M.: To zdarzyło się 11 lipca 1943 r., kiedy oddziały UPA przeprowadziły skoordynowany atak na ponad sto polskich miejscowości - dzień ten uznawany jest za kulminację ludobójstwa dokonanego na ludności polskiej na Wołyniu.
PAP: Wyprawy samoobrony obejmowały także ukraińskie wsie.
D.M.: Tak, ale trzeba bardzo wyraźnie powiedzieć, jaki był ich charakter. Nie były to akcje wymierzone w przypadkową ludność cywilną. Uderzano przede wszystkim w miejscowości, których mieszkańcy aktywnie wspierali OUN i UPA podczas antypolskich pogromów albo stanowiły one zaplecze logistyczne oddziałów nacjonalistycznych.
Niszczono zaplecze gospodarcze UPA, odbierano żywność oraz bydło wcześniej zrabowane zamordowanym Polakom. Dla mieszkańców Przebraża miało to znaczenie egzystencjalne. Ośrodek był praktycznie odcięty i musiał utrzymać tysiące uchodźców.
Nie wolno zapominać, że Przebraże było właściwie polską wyspą otoczoną ukraińskim morzem. Nawet prace polowe odbywały się pod osłoną uzbrojonych patroli. Dochodziło do regularnych walk o możliwość zebrania zboża, a od powodzenia takich działań zależało przetrwanie ludzi znajdujących się w tej twierdzy.
PAP: W obronie Przebraża uczestniczył również oddział partyzantki sowieckiej dowodzony przez Mikołaja Prokopiuka.
D.M.: Tak, to prawda: podczas największego ataku pod koniec sierpnia 1943 roku po stronie polskiej walczył również oddział Mikołaja Prokopiuka. Trzeba jednak pamiętać, że Sowieci kierowali się wyłącznie własnym interesem.
Z jednej strony pomagali Polakom odeprzeć atak UPA, z drugiej sami korzystali z możliwości, jakie dawała współpraca z Przebrażem. Zdobywali żywność, naprawiali odzież i wyposażenie, uzupełniali zapasy. Nie była to współpraca oparta na wspólnocie celów politycznych, lecz pragmatyczny sojusz wynikający z realiów wojny.
PAP: Ostatecznie Przebraże przetrwało.
D.M.: W morzu tragedii, jakim było ludobójstwo wołyńskie, był to jeden z nielicznych przykładów zakończonych powodzeniem. Samoobrona utrzymała się aż do ponownego wkroczenia Armii Czerwonej na początku 1944 roku.
Dla większości mieszkańców oznaczało to ocalenie życia, ale stracili ojczyznę. Po wojnie zostali przymusowo wysiedleni. Trafili głównie na tzw. Ziemie Odzyskane: na Dolny Śląsk, Opolszczyznę, Pomorze, Warmię i Mazury, oraz do zachodniej i północnej Polski. Oficjalnie nazywano to repatriacją, choć w rzeczywistości była to ekspatriacja – przymusowe przesiedlenie w nowe granice Polski.
Jednak jeżeli przyjmiemy nawet najbardziej ostrożne szacunki, dzięki Przebrażu ocalało 11-12 tys. ludzi. Przez blisko rok żyli w ciągłym zagrożeniu. Każdy dzień oznaczał niepewność, czy uda się doczekać kolejnego tygodnia, kolejnego miesiąca. To dlatego uważam, że historia Przebraża jest gotowym scenariuszem filmowym. Jest w niej dramat, heroizm, wielka historia i tysiące uratowanych istnień ludzkich.
PAP: Henryk Cybulski formalnie był żołnierzem Armii Krajowej, ale jego relacje z dowództwem AK nie zawsze były łatwe.
D.M.: Dowództwo AK myślało już o przyszłej akcji „Burza” i o walce z Niemcami w chwili zbliżania się frontu. „Harry” Cybulski miał przed oczami coś zupełnie innego. Dla niego najważniejsze było utrzymanie Przebraża i ocalenie ludzi, którzy znaleźli tam schronienie.
Ze strony Komendy Głównej AK pojawiały się oczekiwania, aby przekazać część ludzi i uzbrojenia do oddziałów Armii Krajowej. Cybulski uważał jednak, że nie może sobie na to pozwolić. Wiedział, że osłabienie samoobrony mogłoby oznaczać katastrofę dla tysięcy uchodźców.
PAP: W swoich pracach zwraca pan uwagę, że była to jedna z najlepiej uzbrojonych polskich formacji na Wołyniu.
D.M.: Zdecydowanie tak. Samoobrona Przebraża dysponowała licznymi karabinami maszynowymi, a nawet dwoma działami skonstruowanymi z elementów wydobytych z porzuconych sowieckich czołgów. Miała znacznie większy potencjał bojowy niż niejeden oddział organizowany wówczas przez AK na Wołyniu.
To prowadzi do trudnego pytania: czy część zgromadzonej przez AK broni nie powinna była zostać wcześniej wykorzystana do obrony polskiej ludności? Z perspektywy czasu można odnieść wrażenie, że zbyt długo myślano o przyszłej operacji wojskowej „Burza”, podczas gdy na Wołyniu trwało już ludobójstwo.
PAP: Dla Henryka Cybulskiego wojna nie skończyła się wraz z wyparciem Niemców…
D.M.: Ani z wkroczeniem Armii Czerwonej na Wołyń. Szybko stało się jasne, że dowódcy polskiej samoobrony i żołnierze Armii Krajowej znaleźli się w kręgu zainteresowania NKWD. „Harry” doskonale wiedział, jaki los spotyka wielu jego kolegów – aresztowania, wywózki do łagrów, a niekiedy śmierć. Miał pełną świadomość, co może go spotkać.
W tych okolicznościach, pod silną presją zgodził się wstąpić do komunistycznego oddziału partyzanckiego Józefa Sobiesiaka „Maksa” działającego u boku wojsk sowieckich. Niedługo później zasilił szeregi Ludowego Wojska Polskiego, z którym przeszedł szlak bojowy aż do zakończenia wojny. Nie była to decyzja podyktowana przekonaniami politycznymi ani akceptacją dla nowego ustroju. Był to dramatyczny wybór człowieka, który po latach walki próbował ocalić życie.
To doświadczenie dzielił z wieloma żołnierzami Armii Krajowej i dowódcami kresowych samoobron, którzy po 1944 r. znaleźli się pod władzą komunistów. Myślę, że właśnie dlatego przez wiele lat pozostawał człowiekiem niezwykle ostrożnym, a swoje wojenne wspomnienia - „Czerwone noce” – opublikował dopiero w 1966 r. Nawet wtedy nie napisał wszystkiego, co wiedział i czego był świadkiem. Z jednej strony ograniczała go cenzura PRL, z drugiej – mam wrażenie, że sam nie chciał epatować okrucieństwem i wracać do najbardziej dramatycznych doświadczeń.
PAP: Zastanawia mnie, dlaczego człowiek, który uratował tysiące ludzi, do dziś pozostaje znacznie mniej znany niż wielu innych bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego. Tak samo nie rozumiem, dlaczego bohaterska obrona Przebraża praktycznie nie istnieje w świadomości Polaków.
D.M.: Myślę, że złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze, przez dziesięciolecia sama historia ludobójstwa wołyńskiego była tematem niewygodnym. W czasach Polski Ludowej nie można było swobodnie mówić ani o zbrodniach OUN i UPA, ani o polskiej samoobronie na Kresach. Wszystko to pozostawało na marginesie oficjalnej polityki historycznej.
Po drugie, Cybulski właściwie do końca nie był „swój” dla żadnego środowiska. Nie był bohaterem komunistów. Trudno było z niego uczynić symbol nowej władzy, bo wywodził się z Armii Krajowej i całe jego wojenne doświadczenie związane było z obroną polskiej ludności przed ludobójstwem. Z drugiej strony nie stał się również jednym z głównych bohaterów środowisk akowskich. Nie ukrywał przecież krytycznej oceny części decyzji dowództwa Armii Krajowej na Wołyniu, zwłaszcza dotyczących priorytetów w czasie, gdy trwała eksterminacja polskiej ludności.
Do tego dochodzi jeszcze jeden element - Przebraże nie wpisuje się w prostą opowieść o polskich losach podczas II wojny światowej. Mamy tendencję do pamiętania przede wszystkim spektakularnych klęsk albo wielkich powstań. Tymczasem Przebraże jest historią zwycięstwa.
Myślę też, że sama historia Kresów przez wiele lat pozostawała na uboczu polskiej świadomości. Po wojnie ich mieszkańcy zostali rozproszeni po całym kraju. Przez długi czas żyli przede wszystkim własną pamięcią rodzinną.
Dlatego tak ważne są symbole. Umieszczenie nazwy „Przebraże” na jednym z filarów Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie (stało się to w listopadzie 2017 r. - PAP) pokazuje, że państwo polskie zaczyna przywracać należne miejsce obrońcom tej miejscowości. Ale mam także wrażenie, że to dopiero początek. Historia Przebraża i Henryka Cybulskiego zdecydowanie zasługuje na większą obecność w podręcznikach, muzeach i kulturze. Gdyby ta historia wydarzyła się w wielu innych krajach, prawdopodobnie powstałyby już filmy fabularne, seriale i dziesiątki książek. To gotowy scenariusz o odwadze, organizacji i solidarności ludzi, którzy w obliczu ludobójstwa postanowili się nie poddać.
PAP: Pozwolę sobie na osobiste pytanie. Mój ojciec, Tadeusz, jako trzyletni chłopiec przeżył rzeź wołyńską, gdyż ukrywał się z matką i rodzeństwem w ziemiance na bagnach koło Przebraża. Z kolei jego kuzynka, Zofia, została po wojnie żoną Henryka Cybulskiego. Dla naszej rodziny Przebraże nie jest więc tylko lekcją z podręczników historii, ale częścią rodzinnej pamięci. Czy po latach badań ma pan poczucie, że takich historii wciąż nie umiemy opowiedzieć Polsce?
D.M.: Właśnie w takich rodzinnych historiach najlepiej widać prawdziwy wymiar Przebraża. Za każdą liczbą, którą podajemy, kryją się konkretni ludzie, ich dzieci, wnuki i prawnuki. Gdy mówimy o Przebrażu, nie mówimy wyłącznie o skutecznej samoobronie czy udanej operacji wojskowej. Mówimy o tysiącach istnień ludzkich, które nie zostały przerwane.
To właśnie dlatego uważam, że historia Przebraża ma znaczenie znacznie wykraczające poza dzieje Wołynia. Pokazuje, że nawet w sytuacji pozornie beznadziejnej można było stworzyć wspólnotę zdolną przeciwstawić się ludobójstwu. Dzięki odwadze, organizacji i solidarności udało się ocalić ludzi, którzy później założyli rodziny, wychowali dzieci i współtworzyli powojenną Polskę. Pani ojciec jest jednym z tysięcy świadectw tego, że wysiłek obrońców Przebraża nie poszedł na marne.
Henryk Cybulski i jego podkomendni nie walczyli o sławę ani o miejsce w podręcznikach historii. Walczyli o to, by ci ludzie przeżyli kolejny dzień. W mojej ocenie dlatego ich historia tak mocno porusza, bo nie kończy się w 1944 roku. Trwa do dziś w pamięci rodzin, które zawdzięczają im życie. I być może to jest najważniejsze przesłanie Przebraża - nie jest ono symbolem wojny ani śmierci, ale symbolem ocalenia. A takich historii w polskiej pamięci historycznej ciągle jest zbyt mało.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)
Dr hab. Damian Markowski jest profesorem Instytutu Pileckiego w Warszawie, specjalizuje się w historii Kresów Wschodnich oraz stosunkach polsko-ukraińskich. Autor nagradzanych monografii, m.in. „W cieniu Wołynia. »Antypolska akcja« OUN i UPA w Galicji Wschodniej 1943–1945” oraz „Anatomia strachu. Sowietyzacja obwodu lwowskiego 1944–1953”.
mir/ miś/