Kanada, Montreal 31.07.1976. Igrzyska Olimpijskie. Mecz finałowy Polska - NRD. Polska drużyna zdobyła srebrny medal. Nz. polski zawodnik Zygmunt Maszczyk (C) Fot. PAP/CAF Zbigniew Matuszewski
Pięćdziesiąt lat temu piłkarska reprezentacja pod wodzą trenera Kazimierza Góskiego zdobyła w Montrealu olimpijskie srebro. Z takiego koloru medalu wtedy niemal nikt się nie cieszył, można go więc nazwać najsmutniejszym sukcesem w historii polskiego futbolu.
31 lipca 1976 Polska przegrała w finale olimpijskiego turnieju piłkarskiego z NRD 1:3, zdobywając tym samym srebrny medal. Wynik ten uznano wówczas niemal za porażkę. Ówczesnych reakcji nie sposób porównać np. z odbiorem tego samego osiągnięcia w 1992 roku w Barcelonie, kiedy to drużynę olimpijską Janusza Wójcika fetowano niemal jak zwycięzców.
Dlaczego tak nie potraktowano zespołu Górskiego w 1976 roku? Złożyło się na to szereg przyczyn. Przede wszystkim miał on już w dorobku dwa znacznie większe sukcesy - złoty medal igrzysk w Monachium w 1972 roku, a przede wszystkim trzecie miejsce wywalczone w mistrzostwach świata w RFN w 1974 roku.
Sam turniej w Montrealu - na który Polska zakwalifikowała się jako mistrz olimpijski bez eliminacji - poziomem odbiegał od dwóch poprzednich imprez, nawet olimpiady w Monachium. To były lata największego kryzysu piłki nożnej na igrzyskach, zastanawiano się nawet, czy nie wyłączyć tej dyscypliny z programu.
Wynikało to m.in. z niejasnych zasad uczestnictwa. Wciąż jeszcze obowiązywało kryterium amatorstwa, choć formalnie zawodowej piłki nie było już wtedy tylko w krajach komunistycznych i części państw afrykańskich oraz azjatyckich. Wszyscy zarazem zdawali sobie sprawę, że brak zawodowstwa w krajach bloku sowieckiego to fikcja. Niemniej w związku formalnym statusem amatorskim wszyscy piłkarze z tych krajów mogli występować w igrzyskach, więc państwa komunistycznie wystawiały praktycznie swoje pierwsze reprezentacje, najwyżej bez pojedynczych zawodników, którzy już wtedy grali w zawodowych klubach, jak w przypadku Polski Włodzimierza Lubańskiego czy Roberta Gadochy.
Z kolei kraje, gdzie był zawodowy futbol, pierwszych reprezentacji nie mogły wystawiać. Najczęściej w turnieju brały więc udział np. drużyny młodzieżowe. Wszystko to miało wpływ na status turnieju olimpijskiego. Znamienne, że początkowo Polska w Montrealu w grupie miała grać m.in. z Urugwajem, który jednak wycofał się z turnieju, z oferty zastępstwa nie skorzystała Argentyna, w końcu więc - krótko przed rozpoczęciem rozgrywek - na to miejsce wskoczyła egzotyczna reprezentacja Kuby.
Ponadto w dniu rozpoczęcia igrzysk z udziału w nich zrezygnowały na znak protestu wszystkie państwa afrykańskie, co spowodowało, że w turnieju piłkarskim zabrakło drużyn Nigerii, Ghany i Zambii. Z tą pierwszą Polska miała rywalizować w grupie, finalnie zatem drużyna Górskiego miała w grupie tylko dwóch przeciwników - Kubę i Iran.
Z drużynami tymi jednak ledwo sobie poradziła - z Kubą był sensacyjny remis 0:0, a z Iranem wymęczone zwycięstwo 3:2, co jednak dało awans do ćwierćfinału, gdzie już w bardziej przekonujący sposób Polska pokonała Koreę Północną 5:0, choć wpływ na to miało usunięcie z boiska jednego z zawodników rywali.
Zdecydowane zwycięstwo z osłabioną KRL-D było pierwszym w takim stylu od wielu miesięcy i stanowiło pewną poprawę wobec tego, co reprezentacja Polski prezentowała przez całą wiosnę 1976 roku, gdy przegrała wszystkie oficjalne mecze.
Jednym z powodów kryzysu było zapewne nasycenie niespotykanymi jak na polskie piłkarstwo sukcesami w 1972 i 1974, połączone z frustracją najlepszych graczy. Sukcesy, zwłaszcza ten z MŚ, spowodowały zainteresowanie Polakami ze strony najlepszych zachodnich klubów. Gdyby mogli się w nich znaleźć, otrzymaliby nie tylko szanse na sportowy rozwój, ale i możliwość niebotycznych jak na tamte czasy w Polsce zarobków.
Taka droga była jednak zamknięta z powodów polityczno-ideologicznych. Władze państw komunistycznych nie mogły dopuścić, by najlepsi zawodnicy z krajów, gdzie programowo nie ma zawodowego sportu, grali w profesjonalnych klubach.
Na grę na Zachodzie były szanse dopiero po 30. roku życia, czyli według ówczesnych standardów na sportowej emeryturze. Z oczywistych powodów oferta najlepszych klubów dla takich zawodników była już wtedy nieaktualna. Zgoda władz na wcześniejszy wyjazd - jak w przypadku Lubańskiego czy Gadochy - należała do absolutnych wyjątków.
Tamtej wiosny Polska rozgrywała m.in. mecz towarzyski z Francją w Lens. Przed nim członkowie drużyny Górskiego zostali zarzuceni ofertami z zachodnich klubów, choć zarazem dostali sygnał od działaczy, że o skorzystaniu z nich nawet nie mają co marzyć. Przełożyło się to na słabą grę i porażkę 0:2, a mecz ten można uznać za symbol całej ówczesnej formy motywacyjno-sportowej reprezentacji.
Mimo tych wszystkich okoliczności była szansa na złoto w Montrealu, a tylko taki kruszec zapewne nie wywołałby wtedy poczucia porażki. Po pierwsze, kolejni rywale prezentowali poziom do przeskoczenia nawet przez słabo dysponowaną ekipę Górskiego, po drugie z każdym meczem grała ona lepiej. Paradoksem było to, że właśnie przegrany finał z NRD był w jej wykonaniu najlepszy.
O porażce zdecydowała bardzo dobra gra zespołu wschodnich Niemiec, zdecydowanie najlepszej drużyny tamtego turnieju, ale też nieszczęśliwy zbieg okoliczności. W finale nie mógł zagrać kontuzjowany w półfinale z Brazylią Lesław Ćmikiewicz, jeden z czołowych polskich piłkarzy w turnieju. Tuż przed spotkaniem z niewiadomych powodów odmówił gry stoper Jerzy Gorgoń, a bramkarz Jan Tomaszewski wyszedł na mecz z gorączką. W efekcie w ciągu pierwszego kwadransa puścił dwa gole i poprosił o zmianę.
Górski w turnieju postawił, poza pojedynczymi przypadkami, po raz kolejny na swoją ekipę z 1974 roku. Jak wielu trenerów był przyzwyczajony do zawodników, z którymi osiągnął sukces, a zważywszy na wspomniane problemy z formą i motywacją mogło być to błędem.
Z drugiej strony jednak piłkarze „srebrnej jedenastki” nie mieli wtedy realnych dublerów, więc decyzje Górskiego były w większości przypadków racjonalne.
Z dzisiejszej perspektywy można uznać, że utytułowany szkoleniowiec na pewno popełnił jeden błąd personalny - nie zabrał na igrzyska Zbigniewa Bońka. Młody piłkarz beniaminka ekstraklasy - Widzewa Łódź - dopiero zaczynał grę w reprezentacji, ale już wtedy było widać, że ma ogromny talent. W przeciwieństwie do niektórych doświadczonych reprezentantów grał wiosną 1976 niemal we wszystkich meczach kadry i mógł się spodziewać olimpijskiego powołania.
O tym, że do Kanady nie pojechał zdecydował niefortunny mecz Widzewa z Lechem w Poznaniu, który był wyjątkowo brutalny, a Boniek był notorycznie faulowany i opluwany, ale sam też nie pozostawał dłużny. Gdy już po spotkaniu szedł do autokaru, jakiś chłopiec poprosił go o autograf, na co Boniek miał odpowiedzieć, że „autograf kosztuje”. Zdarzenie zostało opisane przez prasę i wywołało skandal. Sam Boniek tłumaczył w tygodniku „Piłka Nożna”, że został źle zrozumiany, bo mówił „dziś nie podpisuję” (po latach w książce „Zibi” przyznał się Romanowi Kołtoniowi, że żartobliwie wspomniał o zapłacie, ale w odpowiedzi na sugestie, że zapewne podpisałby za pieniądze).
Sprawa miała również wymiar sportowy. Niedługo bowiem po feralnym meczu Lech - Widzew Polska grała w Poznaniu mecz z Irlandią. Było to ostatnie spotkanie przed ogłoszeniem przez Górskiego kadry na igrzyska. Reprezentacja zagrała, jak ostatnio, słabo, przegrywając 0:2. Boniek był jednym z najgorszych na boisku, bo ilekroć dochodził do piłki, stadion reagował solidną porcją gwizdów. Na drugą połowę już nie wyszedł, zastąpiony przez Jana Benigera z Ruchu Chorzów. I to Beniger zamiast Bońka pojechał na igrzyska. Z ówczesnej perspektywy decyzja Górskiego mogła uchodzić za słuszną, choć tak doświadczony trener musiał sobie zdawać sprawę z potwierdzonej w następnych latach różnicy potencjałów między Bońkiem a Benigerem.
Najbardziej brzemiennym efektem turnieju w Montrealu była definitywna zmiana przepisów piłkarskiego turnieju olimpijskiego. W kolejnych i następnych igrzyskach nie wystąpiła już pierwsza reprezentacja żadnego kraju europejskiego czy południowoamerykańskiego. Po Montrealu wrócono bowiem do przepisu FIFA, który po raz pierwszy obowiązywał na igrzyskach w Tokio w 1964 roku, że uczestnicy mundialu oraz eliminacji nie mogą grać w igrzyskach, niezależnie od tego, czy mają status amatorów.
W 1964 na wprowadzenie tego przepisu wpłynął przypadek drużyny Jugosławii, która niemal w tym samym składzie w 1960 roku zdobyła wicemistrzostwo Europy i złoty medal olimpijski w Rzymie, a w 1962 roku zajęła czwarte miejsce w MŚ w Chile.
Przed kolejnymi igrzyskami w 1968 roku w Meksyku FIFA udzieliła indywidualnych zgód na grę części piłkarzy, którzy występowali w mistrzostwach świata lub eliminacjach (dotyczyło to np. drużyn Polski i ZSRR, które rywalizowały w eliminacjach olimpijskich, przegranych przez biało-czerwonych), zaś w 1972 roku w Monachium i cztery lata później w Montrealu przepis już praktycznie nie obowiązywał.
Jednak po Montrealu, głównie pod wpływem przypadku Polski, która w niemal identycznym składzie zdobyła trzecie miejsce na MŚ w 1974, a potem w słabym stylu srebro olimpijskie (choć w zbliżonym składzie do tego z MŚ 1974 grali też mistrzowie igrzysk z NRD), wrócono do niego i od tej pory przestrzegano konsekwentnie, choć stopniowo odchodzono zarazem od restrykcji wobec zawodowców.
W 1980 roku w Moskwie nie mogli więc grać nie tylko zawodowcy, ale i uczestnicy mundiali (i eliminacji) z Europy, a także Ameryki Południowej, bo tylko UEFA i CONMEBOL dotyczył zakaz FIFA. Spowodowało to, że Polska i inne kraje komunistyczne stworzyły oddzielne reprezentacje „olimpijskie”.
Polacy nie zakwalifikowali się ani do turnieju w Moskwie, wyeliminowani z niego przez późniejszych złotych medalistów - ekipę Czechosłowacji, ani do turnieju w 1984 roku w Los Angeles (na który i tak by nie pojechali z powodu bojkotu igrzysk przez kraje komunistyczne), ani do Seulu w 1988 roku.
W tym ostatnim przypadku Polska została wyeliminowana przez olimpijską ekipę RFN, ale w eliminacjach grała również z Danią. Jeden z meczów z Duńczykami został wysoko przegrany, ale potem wynik został zmieniony na walkower dla Polski, bo dziennikarz „Piłki Nożnej” Roman Hurkowski wykrył, iż jeden z Duńczyków grał już w eliminacjach mistrzostw świata, więc nie miał prawa wystąpić w drużynie olimpijskiej.
Turniej w Seulu był zresztą pierwszym, w którym bez ograniczeń mogli grać zawodowcy (w Los Angeles mogło być po trzech w drużynie). Kraje spoza Europy i Ameryki Południowej mogły więc znów wystawić pierwsze reprezentacje. Skorzystała na tym np. Tunezja, prowadzona wtedy przez Antoniego Piechniczka, czy Zambia, która w czasie turnieju w Seulu sensacyjnie pokonała olimpijską reprezentację Włoch 4:0.
W końcu, od igrzysk w Barcelonie w 1992 roku, wprowadzono obowiązującą wszystkie państwa zasadę, że w turnieju piłkarskim mężczyzn grają drużyny do lat 23 (od Atlanty 1996 może być po trzech zawodników bez limitu wieku). Już w 1976 roku takie rozwiązanie postulował w rozmowie z tygodnikiem „Piłka Nożna” Claudio Coutinho, w Montrealu trener olimpijskiej reprezentacji Brazylii, która zdobyła wtedy czwarte miejsce (w półfinale ulegając Polsce 0:2), a która była właśnie drużyną młodzieżową. Ten sam Coutinho dwa lata później prowadził zresztą na mundialu w Argentynie pierwszą reprezentację Brazylii, a część jego olimpijskiego składu znalazło się w tej ekipie.
Piotr Śmiłowicz (PAP)
pś/ pp/