William Goldman. Fot. Gotfryd, Bernard, photographer, Public domain, via Wikimedia Commons
95 lat temu, 12 sierpnia 1931 r. urodził się William Goldman – amerykański pisarz i scenarzysta, nagrodzony Oscarem za scenariusze do filmów „Butch Cassidy i Sundance Kid” oraz „Wszyscy ludzie prezydenta”. Pisanie scenariuszy nie jest formą sztuki, to jak stolarstwo, to kwestia struktury – wyjaśniał.
„Aby nakręcić świetny film, trzeba trzech rzeczy: scenariusza, scenariusza i scenariusza” – mawiał Alfred Hitchcock. Cytat ten wydaje się doskonale obrazować, jak ważną dla światowej kinematografii postacią był William Goldman – określany mianem najbardziej wpływowego scenarzysty Hollywoodu w drugiej połowie XX wieku.
Jego słynne i wielokrotnie analizowane powiedzenie „nikt nic nie wie”, przeszło do legendy. „Nikt w całej branży filmowej nie wie na pewno, co się sprawdzi. Za każdym razem jest to zgadywanie — a jeśli ma się szczęście, to zgadywanie oparte na wiedzy” – wyjaśniał w „Przygodach scenarzysty”, kultowej już książce swojego autorstwa.
„Pisał historie, które nie pozwalają pozostać obojętnym” – zaznaczył David Horowitz z „The Times of Israel”. „Niewiele nazwisk w czołówce filmowej stanowiło tak pewną gwarancję dowcipu, inteligencji i rozrywki” – ocenił w „The New York Times” Jason Bailey. „Goldman pisał jednak nie tylko scenariusze. Oprócz swoich wciągających opowiadań i powieści (w tym materiałów źródłowych do »Narzeczonej księcia« i »Maratończyka«) napisał kilka godnych uwagi tomów komentarzy na temat przemysłu rozrywkowego, oferując spojrzenie z perspektywy osoby z branży, które rozpraszało mgłę i rozbijało iluzje ”– podsumował krytyk.
William Goldman urodził się 12 sierpnia 1931 r. w Chicago, jako drugi syn Marion i Maurice’a Goldmanów. Dorastał we wchodzącym w skład aglomeracji chicagowskiej miasteczku Highland Park. Jego ojciec był odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą, który jednak z uwagi na alkoholizm stracił swoją firmę i popełnił samobójstwo. William miał wówczas 15 lat i to on znalazł ciało.
Jeszcze jako dziecko lubił oglądać filmy. Był częstym gościem kina Alcyon Theater w Highland Park. Jak później wspominał, to właśnie tam prawdopodobnie zrodziło się wiele jego najlepszych pomysłów. „Kiedy dorastałem, marzyło się o napisaniu wielkiej amerykańskiej powieści albo wielkiej sztuki na Broadwayu.
Nikt nie traktował filmów poważnie.
Pisarze tacy jak William Faulkner i Raymond Chandler wyjeżdżali do Hollywood, by zarobić wystarczająco dużo pieniędzy na pisaniu swoich powieści. Ale teraz to filmy są centrum naszej kultury. Każdy chce dostać się do branży filmowej” – wspominał w „Chicago Tribune”.
Podczas nauki w Oberlin College uczęszczał na kurs kreatywnego pisania. Był też redaktorem szkolnego magazynu literackiego. Jak sam wspomina uzyskiwane przez niego oceny były wówczas „okropne”. „Byłem skazany na porażkę. Jako młody człowiek nie wykazywałem żadnych oznak talentu” – wyznał podczas wywiadu dla „The Guardian”.
Po ukończeniu studiów z filologii angielskiej podjął studia podyplomowe na Uniwersytecie Columbia. W 1956 r. uzyskał tytuł magistra i zabrał się do pracy nad swoją pierwszą powieścią, czyli powstałą w zaledwie trzy tygodnie „Świątynią Złota”.
Do filmu trafił za sprawą Cliffa Robertsona, który przeczytał wczesną wersję roboczą powieści Goldmana „Nie ma sposobu, żeby traktować damę” i dostrzegł w młodym pisarzu potencjał, polecając mu przerobienie parodii szpiegowskiej „Maskarada” (1965), w której grał główną rolę. W 1966 r. w kinach pojawił się „Harper” z Paulem Newmanem w głównej roli. Film odniósł duży sukces. Scenariusz, oparty na powieści Rossa Macdonalda „Ruchomy cel” był dziełem Goldmana.
Rok później napisał swój pierwszy oryginalny scenariusz. Mowa o filmie „Butch Cassidy i Sundance Kid” z Paulem Newmanem i Robertem Redfordem w rolach głównych. „Gdy tylko Paul przeczytał scenariusz, od razu przypadł mu on do serca. Zapalił się do roli Sundance’a Kida” – czytamy w biografii Paula Newmana autorstwa Shawna Levy’ego. Ostatecznie Kidem został Robert Redford, Newman natomiast wcielił się w rolę Butcha Cassidy’ego.
Scena z filmu „Butch Cassidy i Sundance Kid”
Goldman pracował nad scenariuszem przez osiem lat. Sprzedając później tekst za 400 tys. dolarów, uzyskał najwyższą wówczas cenę, jaką zapłacono za oryginalny scenariusz w tamtym czasie. Było warto. Film przyniósł mu Oscara. Pierwszego z dwóch. „Można niemal powiedzieć, że to Goldman wymyślił koncepcję pisarza jako bohatera – co było nowością w Hollywood, gdzie zawód scenarzysty tradycyjnie uchodził za najniższy z najniższych. A uwieczniając duety Butch–Sundance i Woodward–Bernstein, praktycznie stworzył gatunek filmów o »kumplach« - ocenił Peter Bradshaw z „Guardiana”.
„»Butch Cassidy i Sundance Kid« – rewizjonistyczny western, który przyczynił się do popularyzacji gatunku filmów o przyjaźni – zaprezentował Goldmana jako scenarzystę potrafiącego połączyć salwy śmiechu z poczuciem przygody, natomiast »Wszyscy ludzie prezydenta« ugruntowały jego pozycję jako zręcznego twórcy filmów trzymających w napięciu. Oba scenariusze są uważane za jedne z najlepszych w historii i stanowią przykład szerokiego zakresu twórczości oraz wszechstronności Goldmana” – oceniono na łamach „Variety”.
W 1973 r. napisał powieść „Narzeczona dla księcia”.
„Nie lubię tego, co piszę.
Napisałem film zatytułowany »Butch Cassidy i Sundance Kid« oraz powieść zatytułowaną »Narzeczona księcia«, i to są jedyne dwie rzeczy, jakie kiedykolwiek napisałem – nie żebym był z nich dumny, ale mogę na nie patrzeć bez poczucia upokorzenia” – przyznał.
Rok później powstał „Maratończyk” - opowieść o Babe Levym, studencie historii i biegaczu, który nieświadomie wplątuje się w niebezpieczną grę związaną z ukrywającym się zbrodniarzem nazistowskim oraz powiązaniami swojego zmarłego ojca. Powieść w 1976 r. przeniósł na duży ekran John Schlesinger. Tego samego roku Goldman otrzymał swojego drugiego Oscara. Tym razem Akademia nagrodziła go za scenariusz do opowiadającego o aferze Watergate filmu Alana J. Pakuli „Wszyscy ludzie prezydenta” z Robertem Redfordem i Dustinem Hoffmanem w rolach głównych.
W 1977 r. na podstawie powieści Corneliusa Ryana napisał scenariusz do filmu „O jeden most za daleko” w reż. Richarda Attenborougha. Obraz z gwiazdorską obsadą – Sean Connery, Gene Hackman, Robert Redford, James Caan, Laurence Olivier i Anthony Hopkins – opowiada o przeprowadzonej podczas drugiej wojny światowej operacji o kryptonimie „Market Garden”.

William Goldman (po lewej) i aktor James Caan podczas zdjeć do filmu „O jeden most za daleko”. Fot. Hans Peters for Anefo, CC BY-SA 3.0 NL <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/nl/deed.en>, via Wikimedia Commons
„Pisanie scenariuszy nie jest formą sztuki” – zaznaczył w wywiadzie dla magazynu „Publishers Weekly” w 1983 r. „To umiejętność; to jak stolarstwo; to kwestia struktury. Nie chcę tego umniejszać – to nie jest łatwe. Ale jeśli to wszystko, czym się zajmujesz, jeśli piszesz wyłącznie scenariusze, to ostatecznie poniża to duszę. Możesz mieć szczęście i stać się bogatym, ale na pewno nie będziesz szczęśliwy” – podsumował Goldman.
Ciekawe wydają się w tym kontekście słowa badacza historii i kultury filmowej prof. Marka Hendrykowskiego, zdaniem którego „napisać scenariusz jest dość łatwo, napisać dobry scenariusz bardzo trudno”. „Znakomity scenariusz (…) okazuje się dziełem sztuki powstałym za sprawą wyprowadzonego na wyżyny autorskich umiejętności kunsztu i warsztatu scenariopisarskiego” – podkreślił w monografii „Scenariusz filmowy. Teoria i praktyka” Hendrykowski.
„Pisanie sprowadza się w gruncie rzeczy do jednego: do zamknięcia się w pokoju i zabrania się do tego.
Zapełniania papieru w taki sposób, w jaki jeszcze nikt nigdy tego nie zrobił. I chociaż w takiej chwili fizycznie jesteś sam, ale demon nie przestaje cię nawiedzać i nigdy cię nie opuszcza, ten demon świadomości swoich własnych straszliwych ograniczeń, beznadziejnej nieumiejętności, niemożliwości zrobienia tego kiedykolwiek dobrze. Niezależnie od tego, jak brylantowo błyszczą pomysły tańczące w twojej głowie, na papierze stają się przyziemne i ciężkie” – napisał w „Przygodach scenarzysty”.
W wywiadzie udzielonym w 2015 r. magazynowi „Signature”, zapytany o swoją umiejętność przechodzenia z jednego gatunku do drugiego, Goldman odparł, że „trzeba trzymać kciuki i nigdy się nie poddawać”. „Modlitwa też jest dobra” – podsumował. Jego zdaniem film nie jest efektem wizji jednej osoby, lecz wspólnej pracy scenarzystów, gwiazd, techników i reżyserów. – W moim przekonaniu po filmach trudno jest oceniać scenariusze. Oczywiście można oceniać opowiadaną historię, jej przebieg, sens i wymowę, ale trzeba pamiętać, że to, co widzimy na ekranie nie zawsze jest tym, co zostało napisane – powiedział PAP w 2023 r. scenarzysta Maciej Karpiński. Goldman podkreślał, że wkład scenarzysty często jest niedoceniany.
Podziwiał Ernesta Lehmana, Billy’ego Wildera i Woody’ego Allena, choć jego zdaniem nikt nie dorównywał Ingmarowi Bergmanowi. Jedną z jego ulubionych książek był „Kubuś Puchatek” autorstwa A.A. Milne’a. „Kto nie chciałby mieć w swojej bibliotece którejkolwiek z książek o Kubusiu Puchatku? Są tylko trochę starsze ode mnie. Czytałem je jako dziecko i czytałem je moim córkom. Kubuś to postać tak urocza, jak żadna inna, jaką kiedykolwiek stworzono” – cytuje pisarza „New York Post”.
„Goldman to klasyczny przykład kreatywnego geniusza, który szanuje zasady, ale całe życie spędził tak, jakby te zasady go nie dotyczyły. Zachęca młodych scenarzystów do wyjazdu do Hollywood, ale większość swojego dorosłego życia spędził w Nowym Jorku. Wie, że branżą rządzą gwiazdy, ale nie waha się ani na chwilę, by je krytykować” – podkreślił w 2009 r. w „The Guardian” Joe Queenan. Warto przy tym podkreślić, że choć dostarczył Hollywoodowi świetnych tekstów, które pozwoliły zarobić wytwórniom duże pieniądze, sam pozostawał w opozycji do tegoż Hollywoodu. Starał się nie ulegać trendom, ani modzie. Podkreślał, że trzeba wierzyć w to co się robi, choć paradoksalnie sam nie do końca wierzył w swój talent.
William Goldman zmarł 15 listopada 2018 r. „W branży, w której scenarzyści zazwyczaj działają w stosunkowej anonimowości, pan Goldman stał się samodzielną gwiazdą; w czasach swojej świetności jego nazwisko było tak samo ważnym atutem dla produkcji i sukcesu filmu, jak nazwiska reżysera i gwiazd. Osiem z jego filmów zarobiło w Stanach Zjednoczonych ponad 100 milionów dolarów” – przypomniał dzień po śmierci scenarzysty w „New York Timesie” Glenn Rifkin. „Pisząc scenariusze, w które wierzył, a nie podążając za chwilowymi trendami, pozostawił po sobie dziedzictwo, które przetrwa kolejne dziesięciolecia” – ocenił w „Variety” krytyk Peter Debruge. (PAP)
Mateusz Wyderka