Spotkanie z Zygmuntem i Janiną Bauman na Uniwersytecie w Vaxjo. Fot. Jerzy Kociatkiewicz/https://commons.wikimedia.org/
Janina Bauman w „Zimie o poranku” opisuje młodość w getcie ze wszystkim, co ten wiek ze sobą niesie. To opowieść o tym, jak zwykła dziewczyna stara się żyć godnie w sytuacji ekstremalnej. Uczy nas, że można kochać mimo otaczającej potworności świata — powiedział PAP prof. Jacek Leociak, literaturoznawca i badacz Zagłady.
Janina Bauman urodziła się w 1926 r. w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Jej ojciec Szymon Lewinson był lekarzem i oficerem Wojska Polskiego, został zamordowany w Katyniu. Wraz z matką i siostrą Bauman przetrwała getto warszawskie i okupację hitlerowską. Po wojnie, podczas studiów dziennikarskich poznała przyszłego męża i ojca ich trzech córek Zygmunta Baumana. Przez ponad 20 lat pracowała w branży filmowej jako tłumaczka i redaktorka scenariuszy. W marcu 1968 r. Baumanowie zostali zmuszeni do wyjazdu z Polski i przenieśli się do Izraela, a następnie do Anglii, gdzie osiedli się na stałe.
Od dzieciństwa prowadziła dzienniki, pisała wiersze i opowiadania, które częściowo ocalały z pożogi wojennej. Dopiero po kilkudziesięciu latach spisała po angielsku wspomnienia z getta, które sama przetłumaczyła na język polski, nadając im tytuł „Zima o poranku”. Wydała również książki „Nigdzie na ziemi” oraz „Powroty”. Zmarła w 2009 r. w Leeds.
PAP: Znał pan Janinę Bauman osobiście, był w jej domu w Leeds. Jaka była prywatnie? Czy w sposobie bycia, w przestrzeni jej powojennego domu dało się zauważyć ślady tamtej dziewczyny z „zimowego poranka”?
Prof. Jacek Leociak: Spontanicznie powiedziałbym, że nie. Była głęboko zanurzona we współczesności, zorientowana na realizację własnych pasji artystycznych – zajmowała się m.in. ceramiką. Z drugiej strony właściwie od czasów getta Janina pisała. Notowała swoje wrażenia jako zapiski diarystyczne w getcie, a tuż po wojnie jako opowiadania i wiersze. Chęć zrozumienia i zapisu ekstremalnych doświadczeń była w niej obecna nieustannie. W latach 80. zaczęła pracować nad wspomnieniami. Na co dzień nie było widać, że doświadczyła traumy. Jawiła mi się jako postać zdeterminowana, by zapisać i przekazać swoje doświadczenia – zarówno te wojenne, wieńczące jej młodzieńczość, jak i powojenne.
PAP: Bauman pochodziła z wyższych sfer i miała silne poczucie polskiej asymilacji. Jak to wpływało na jej postrzeganie rzeczywistości za murem? Status społeczny był dla jej rodziny pancerzem czy raczej obciążeniem?
J.L.: Rodzina Janiny – Lewinsonowie – była mocno zakorzeniona w inteligenckim etosie i środowisku wolnych zawodów. To była wielopokoleniowa lekarska rodzina, Janina również planowała studia medyczne. W getcie ten wysoki status materialny pomagał z prozaicznego powodu — tam nie było normalnej pracy, więc ten, kto miał kapitał, mógł funkcjonować na znośnym poziomie znacznie dłużej.
W tym kontekście chcę wydobyć z cienia postać ich gospodyni Marianny Bułat, nazywanej „ciocią Manią”. Była bezgranicznie oddana rodzinie, traktowano ją jak domownika. Została po stronie aryjskiej, pomagała Lewinsonom w spieniężaniu dóbr. Na tym przykładzie doskonale widać, jak ogromną rolę odgrywały sądy grodzkie na Lesznie. Ich budynek służył jako platforma spotkań i wymiany towarowej. Z getta dostęp do gmachu sądów był od ulicy Leszno, ze strony aryjskiej — od ulicy Ogrodowej. Mania spotykała się z Lewinsonami właśnie tam. Odbierała biżuterię czy pierścionki, sprzedawała je i przekazywała pieniądze do getta. Wiele rodzin korzystało z tego handlowego punktu stycznego, który był jednym z kluczowych miejsc na mapie getta.
PAP: Rodzina Janiny ucieka z getta, ukrywa się m.in. dzięki fałszywym papierom. Kluczową rolę w tym ocaleniu grają pieniądze i majątek, ale też ludzie chętni do pomocy. Znamy jednak skrajnie odmienne losy Dawida Sierakowiaka z łódzkiego getta, który umiera w nędzy, czy Mary Berg, autorki „Dziennika z getta warszawskiego”, która patrzy na getto z uprzywilejowanej pozycji, bo ma zagraniczny paszport. Co z perspektywy historyka mówi nam to o klasowości doświadczenia Zagłady?
J.L.: W najbardziej skrajnej sytuacji znalazł się Dawid Sierakowiak w getcie łódzkim. Różniło się ono diametralnie od warszawskiego – w Łodzi nie istniała żadna „strona aryjska”. Szanse na ucieczkę czy znalezienie kryjówki poza drutami były tam praktycznie bliskie zera.
W Warszawie stratyfikacja społeczna i zasoby materialne odgrywały ogromną rolę. Oprócz tego potrzebny był tak zwany „dobry wygląd” i znajomości. Lewinsonowie je mieli. Przy każdym wyjściu z getta najważniejszą rolę odgrywali inni ludzie - mogli zamelinować kogoś czy załatwić fałszywą metrykę. Te czynniki musiały się ze sobą spleść.
"Każdy akt oporu chroniący przed sprowadzeniem człowieka do poziomu zwierzęcia miał głęboki sens. Utrzymywanie w sobie przestrzeni na młodzieńcze uczucia, tak jak czyniła to Janina, ratowało ludzką podmiotowość."
Z kolei porównanie Mary Berg i Janiny ujawnia głębokie różnice formalnoprawne. Sytuacja tej pierwszej była szczególna, ponieważ jej matka miała obywatelstwo amerykańskie. Mary wspomina w dzienniku, że rodzice przymocowali na drzwiach wizytówkę, która o tym informowała, co miało być ich tarczą ochronną. Kiedy 22 lipca 1942 r. rozpętała się Wielka Akcja Likwidacyjna, uderzyła w te dwie dziewczyny w zupełnie inny sposób. Mary wraz z bliskimi została internowana w „Serbii” – kobiecym oddziale Pawiaka – jeszcze przed masowymi wywózkami. Koszmar akcji obserwowała więc z okien więzienia. Potem jako obywatelka USA trafiła do obozu w Vittel, następnie do Lizbony, a stamtąd w czerwcu 1944 r. przypłynęła do Nowego Jorku.
Tymczasem Janina, jej matka i siostra (ojciec został zamordowany w Katyniu) były zwykłymi mieszkankami getta. Podlegały bezwzględnej mechanice wysiedlenia i selekcjom. Chowały się w schronach, ciągle zmieniały adresy. Janina dzieliła los 300 tysięcy Żydów skazanych na eksterminację.
Można ogólnie przyjąć, że wszyscy mieszkańcy getta, którzy zdołali pozostawić po sobie świadectwa, należeli do grupy uprzywilejowanej. Zapominamy często o największej grupie mieszkańców – tradycyjnej, ortodoksyjnej, ubogiej społeczności, która słabo lub w ogóle nie mówiła po polsku. Oni nie mieli szans po stronie aryjskiej, nie mieli pieniędzy, cechował ich tzw. zły wygląd. O ich losie wiemy dzięki tytanicznej pracy współpracowników Emanuela Ringelbluma z grupy Oneg Szabat.
PAP: Co w głosie Janiny jest unikalne? Wraca do swoich przeżyć w latach 80., czyli 40 lat po wydarzeniach w getcie.
J.L.: Jako badacz dzielę świadectwa z getta na te pisane „tam i wtedy” i te powstające po latach. Ich status poznawczy jest diametralnie inny. Kiedy piszemy na bieżąco, nie znamy finału tej tragedii. Rzeczywistość nas osacza, nie wiemy, co przyniesie jutro. Teksty pisane na gorąco mają wartość, którą nazwałbym metafizyczną. Są jak okruchy wydobyte z katastrofy, jak naczynia wyciągnięte z wraku „Titanica”. Ich wartość tkwi w samym fakcie, że przetrwały.
We wspomnieniach pisanych po latach szukamy natomiast innych wartości: strategii pamiętania. Analizujemy, w jaki sposób trauma po dekadach nadal oddziałuje na autora, jak konstruuje on swoją opowieść. W powojennych zapisach autor często podświadomie miesza to, co realnie zapamiętał, z wiedzą, którą nabył później, czytając literaturę historyczną.
Specyfika pisarstwa wspomnieniowego Janiny polega na próbie rekonstrukcji ówczesnego stanu świadomości dojrzewającej dziewczyny, przy jednoczesnej dbałości o historyczny kontekst, sytuujący czytelnika w realiach getta. Niektóre rozdziały jej książki rozpoczynają się od encyklopedycznych not na temat tego właśnie kontekstu, struktury getta oraz sytuacji społeczności żydowskiej. To świadomy zabieg — osadza autobiografię w twardych realiach historycznych, by czytelnik nie był zdany wyłącznie na pamięć autorki, która w warstwie faktów może być zawodna. Ale pozostaje absolutnie niezawodna w odniesieniu do autentyzmu i prawdy osobistego doświadczenia.
PAP: W jej wspomnieniach uderza to, że mimo zagrożenia śmiercią pisze o pierwszych miłościach i nastoletnich rozterkach. Czy ta potrzeba normalności u młodych ludzi w getcie była formą oporu psychologicznego?
J.L.: Jak najbardziej. Ten wątek pojawia się nie tylko u Janiny; w diariuszach dorastających dziewcząt z okresu Zagłady introspekcja ukierunkowana na wyrażanie wewnętrznych przeżyć – miłości, zawodów, nadziei – pojawia się regularnie. Jeśli odwołamy się do ikonicznego dziennika Anne Frank, odnajdziemy tam odważne zapisy dotyczące dojrzewania, cielesności czy budzącej się seksualności w warunkach izolacji.
Prowadzenie życia w getcie – od walki o zdobycie pożywienia po podtrzymywanie relacji – było formą oporu. Intencją Niemców było przecież nie tylko fizyczne unicestwienie Żydów, ale też uprzednie odebranie im człowieczeństwa poprzez upodlenie, głód, choroby. Każdy akt oporu chroniący przed sprowadzeniem człowieka do poziomu zwierzęcia miał głęboki sens. Utrzymywanie w sobie przestrzeni na młodzieńcze uczucia, tak jak czyniła to Janina, ratowało ludzką podmiotowość.
PAP: Wspomnienia Janiny są skupione na relacjach z matką i siostrą. Czy uważa pan, że kobiety i dziewczęta doświadczały getta zupełnie inaczej niż mężczyźni?
J.L.: Doświadczały go inaczej w tym sensie, że determinowała je inna perspektywa egzystencjalna i inna przestrzeń codziennych obowiązków. Unikałbym tu jednak sztywnych, ideologicznych dychotomii, dzielących zapisy na stricte „męskie” i „kobiece”. Warto spokojnie tropić subtelne sygnały genderowe.
Dobrym przykładem jest temat głodu. Mamy genialne świadectwo Lejba Goldina „Kronika jednej doby”, gdzie autor skupia się przede wszystkim na somatyczności: na tym, jak jego własny organizm reaguje na brak jedzenia, jak rozpada się jego umysł. To perspektywa wybitnie introspektywna, skupiona na własnym ja.
Z kolei w książce Krystyny Żywulskiej „Pusta woda” walka z głodem jest rozegrana z perspektywy kobiety, na której ciążył obowiązek aprowizacji dla rodziny. Tytułowa „pusta woda” to metoda oszukiwania głodu stosowana przez matkę autorki. Kobieta gotuje w garnku samą wodę, bo w domu nie ma już nic, ale jednocześnie dba o to, by nie zburzyć kulturowej matrycy domu: nakrywa stół obrusem, rozstawia talerze, układa sztućce. Rodzina zasiada do posiłku, którego nie ma, zachowując rytuał. Jeśli szukać wyróżników genderowych, powiedziałbym, że u mężczyzn dominuje raczej introspekcyjna analiza somatycznego i intelektualnego rozpadu jednostki, u kobiet – heroiczne podtrzymywanie pozorów normalności oraz domowych rytuałów w warunkach absolutnej nienormalności.
PAP: Janina Bauman opuściła Polskę w 1968 r. w wyniku nagonki antysemickiej. Czy rozmawiając z nią, wyczuwał pan, że ten przymusowy wyjazd był dla niej drugim końcem świata? Jak po latach definiowała swoją tożsamość?
J.L.: Swoją drugą książkę, kontynuację „Zimy o poranku”, Janina zatytułowała po angielsku „Dream of Belonging”. Na język polski przełożono ją jako „Nigdzie na ziemi”, co uważam za błąd tłumaczeniowy. Angielskie sformułowanie „Marzenie o przynależności” oddaje istotę rzeczy w sposób nieporównywalnie głębszy. Po przeżyciu horroru Zagłady Janina desperacko chciała zakorzenić się w nowej, powojennej Polsce. Chciała wreszcie przynależeć, ponieważ jej wcześniejsza biografia była pasmem permanentnego nieprzynależenia. W II Rzeczypospolitej była zasymilowaną, ale Żydówką. W getcie została całkowicie wyrzucona poza nawias ludzkości.
"Pisanie bez wątpienia stało się dla niej narzędziem pełnej emancypacji. Pozwoliło jej wyjść z cienia męża. Po premierze książek to Janina stała się autonomiczną bohaterką."
Mało kto pamięta, że jej wczesnym epizodem powojennym był akces do syjonizmu – należała do kibucu i planowała wyjazd do Palestyny, wierząc, że tam odnajdzie dom. Od tej decyzji odwiódł ją Zygmunt Bauman, argumentując, że ich przeznaczeniem jest budowa nowego, sprawiedliwego ustroju w Polsce. Janina zaangażowała się w tę ideę, pracowała w Filmie Polskim na satysfakcjonujących ją stanowiskach. Kiedy w latach 1956–1957 podniosła się gomułkowska fala antysemityzmu, w ich idealistycznym świecie pojawiły się poważne pęknięcia. Wrócili do dramatycznego pytania: czy oni naprawdę do tego kraju należą? Byli w Polskę wrośnięci organicznie, a nagonka Marca ’68 roku uderzyła w nich z pełną mocą. Zygmunt Bauman znalazł się w grupie pięciu profesorów uniwersyteckich otwarcie piętnowanych w prasie i zmuszonych do wyjazdu. Podjęli decyzję o emigracji do Izraela, co wyróżniało ich na tle większości marcowych emigrantów.
Pobyt w Izraelu okazał się jednak trudnym, trzyletnim doświadczeniem. Zygmunt włożył gigantyczny wysiłek w aklimatyzację: nauczył się hebrajskiego i wykładał w tym języku, mimo trudności ze zdobyciem etatu. W Izraelu mieszkała już matka i siostra Janiny, jednak Baumanowie nie zdołali zapuścić tam korzeni. Los emigranta-Żyda okazał się nieustannym wędrowaniem od miasta do miasta, z towarzyszącym poczuciem, że otoczenie w każdym miejscu daje ci do zrozumienia, że nie jesteś „swój”. Dopiero brytyjskie Leeds stało się dla nich przystanią. Rosnąca międzynarodowa sława Zygmunta dała im poczucie życiowej stabilizacji, choć sądzę, że nigdy nie wyzbyli się do końca poczucia wyobcowania. Dopiero w momencie względnego spokoju w Janinie dojrzała decyzja, by wrócić pamięcią do przeszłości i zacząć pisać.
PAP: Czy Janina Bauman była w cieniu sławnego męża? Jak radziła sobie z tym, że początkowo w Anglii nie pracowała zawodowo – jak sama pisała – czuła się „kurą domową”? Pisanie pomogło jej wybić się na niezależność?
J.L.: Początki w Anglii były dla niej trudne, zwłaszcza bariera językowa w sytuacjach towarzyskich. Baumanowie prowadzili dom otwarty, bywało u nich mnóstwo wybitnych intelektualistów, a ona czuła potworną frustrację, nie mogąc w obcym języku w pełni wyrazić swoich myśli.
Jednak wewnętrzna dynamika tego małżeństwa wymyka się prostym kliszom. Przykładowo: Janina nie zajmowała się kuchnią. Podczas przyjęć to Zygmunt niepodzielnie tam rządził i realizował się gastronomicznie. Pamiętam, gdy podczas mojego stypendium w Londynie pojechałem ich odwiedzić do Leeds – profesor przygotował posiłek z kuropatw i z przejęciem ostrzegał mnie, bym uważał na śrut. Janina trzymała się od spraw kuchennych z daleka.
Uderzający był również kontrast przestrzeni ich pracy w domu w Leeds. Zygmunt pracował na piętrze, w mikroskopijnej klitce o powierzchni chyba myślę 4 m kw. Siedział tam z komputerem, od wczesnego ranka otoczony wieżami książek niczym mnich w celi. Janina natomiast pisała swoje wspomnienia na parterze, w pięknym, przestronnym pokoju z wielką, przeszkloną ścianą wychodzącą na ogród.
Pisanie bez wątpienia stało się dla niej narzędziem pełnej emancypacji. Pozwoliło jej wyjść z cienia męża. Po premierze książek to Janina stała się autonomiczną bohaterką: jeździła na międzynarodowe konferencje poświęcone Zagładzie, wygłaszała referaty i odbywała autorskie spotkania, również w Polsce. Była to diametralna i ważna zmiana w jej życiu, choć do końca pozostała kobietą bezgranicznie oddaną mężowi i jego pracy.
PAP: Nowe wydanie „Zimy o poranku” będzie czytać teraz młode pokolenie, dla którego tamte wydarzenia to zupełna prehistoria. Jak uczyć o Zagładzie ludzi wychowanych w zupełnie innym świecie?
J.L.: Janina opisuje swoją młodość w getcie ze wszystkim, co ten wiek ze sobą niesie: z fascynacją chłopcami, rodzącą się zmysłowością i emocjonalną niepewnością. W tej książce nie ma epatowania zagładową makabrą, choć groza stale majaczy w tle. To opowieść o tym, jak zwykła dziewczyna stara się żyć godnie w sytuacji ekstremalnej. Współczesny nastolatek może się z nią w pełni utożsamić – zrozumieć, że w obliczu potworności świata można kochać, czekać na spotkanie z rówieśnikiem i na chwilę zapomnieć o otaczającym piekle.
Podam przykład, który doskonale to ilustruje. Jest styczeń 1943 r., rodzina Lewinsonów przygotowuje się do ucieczki na stronę aryjską. Niemcy lada moment zaczną wywozić pozostałych Żydów na śmierć, a wyjście z getta to skok w nieznane. I co w obliczu tego robi nastoletnia Jasia? Idzie do gettowego dentysty i plombuje zęby. Za chwilę świat może ją zmieść z powierzchni ziemi, a ona z pełnym, chłodnym pragmatyzmem leczy zęby, bo wie, że trzeba to zrobić. Ta scena mówi nam nieskończenie więcej o sile konkretnego człowieka niż suche statystyki. Pokazuje nieustanny, organiczny wręcz wysiłek podtrzymywania normalności w warunkach absolutnego szaleństwa. I to jest najważniejsza lekcja, jaką ta książka niesie nowemu pokoleniu.
Rozmawiała Katarzyna Krzykowska
Prof. Jacek Leociak jest kierownikiem Zakładu Badań nad Literaturą Zagłady w Instytucie Badań Literackich PAN, członkiem założycielem Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, byłym członkiem redakcji czasopisma „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”, autorem książek. Zajmuje się różnymi formami zapisu doświadczeń granicznych (w tym doświadczenia Zagłady). Razem z Barbarą Engelking przygotował koncepcję galerii „Zagłada” w Muzeum POLIN. Był także pomysłodawcą i współscenarzystą zorganizowanej tam wystawy czasowej „Tu Muranów”.
Nowe wydanie wspomnień Janiny Bauman „Zima o poranku. Opowieść dziewczyny z warszawskiego getta”, uzupełnione o niepublikowany wcześniej w Polsce rozdział o powojennych losach i doświadczeniu emigracyjnym autorki, ukazało się nakładem wydawnictwa Poradnia K. (PAP)
ksi/ miś/