Gary Moore (w 2010 r.). Fot. PAP/EPA/ANP/Marten van Dijl
Łącząc rockową moc z bluesową wrażliwością, Moore stworzył styl rozpoznawalny, oryginalny i głęboko osobisty – powiedział PAP dziennikarz muzyczny Jan Chojnacki. 6 lutego 2011 r. zmarł Gary Moore, brytyjski kompozytor i wokalista, a przede wszystkim wirtuoz gitary.
- Gary Moore był jednym z najbardziej wyrazistych gitarzystów swojej generacji, artystą o nieposkromionej ekspresji i rzadkiej emocjonalnej szczerości – powiedział PAP dziennikarz muzyczny Jan Chojnacki. - Karierę zaczynał w świecie hard rocka i rocka progresywnego, współtworząc m.in. grupy Thin Lizzy oraz Colosseum II, gdzie wykuwał technikę opartą na szybkości i agresji. Z biegiem lat zmierzał ku ekspresji bluesa, który pozwalał mu mówić prostszym językiem, ale z większym ładunkiem uczuć – tłumaczył Chojnacki.
- Przełomem dla Moore’a było pełne zanurzenie się w blues-rocku na przełomie lat 80. i 90., gdy świadomie porzucił gitarową ekwilibrystykę na rzecz frazy i przestrzeni. Jego styl gry stał się znakiem rozpoznawczym: długa fraza, szerokie vibrato i długie, śpiewne dźwięki, które brzmiały jak przedłużenie głosu. Lekko zachrypnięty i pełen napięcia wokal idealnie współgrał z gitarą. W wydaniu Moore’a to była prawdziwa rozmowa twórcy z instrumentem – podkreślił dziennikarz. - W jego brzmieniu wyraźnie słychać było duchową nić prowadzącą do Petera Greena, zwłaszcza w melancholii fraz i oszczędności środków. Łącząc rockową moc z bluesową wrażliwością, stworzył styl rozpoznawalny, oryginalny i głęboko osobisty – oceniał. - Choć od śmierci Gary Moore’a minęło 15 lat, jego muzyka wciąż brzmi świeżo, przypominając, że technika ma sens tylko wtedy, gdy służy emocjom – podkreślił Chojnacki.
Gary Moore urodził się 4 kwietnia 1952 r. w Belfaście. Grą na gitarze zainteresował się w połowie latach 60., po odkryciu takich mistrzów jak Eric Clapton, Jimi Hendrix i Peter Green z Fleetwood Mac. Po przeprowadzce do Dublina, pod koniec lat 60. dołączył do lokalnej grupy rockowej Skid Row, gdzie spotkał Phila Lynotta, późniejszego założyciela i lidera Thin Lizzy. W 1972 r. Moore odszedł z Skid Row i założył własny zespół – Gary Moore Band. Grupie nie udało się jednak przebić i Moore dołączył do Thin Lizzy. Grę w tym zespole przez lata przeplatał z karierą solową, w międzyczasie grał też w zespole Colosseum II.
Gary Moore w historii muzyki zapisał się na trzy sposoby, ze względu na to, że zupełnie inaczej funkcjonował w kolejnych okresach swojej kariery. - Zaczynał w zespole z Skid Row, później rozwinął się współpracując z Thin Lizzy, Colosseum II i działając jako artysta solowy, hard rockowy czy nawet heavy metalowy. Po tym przyszła faza, która przyniosła mu największą popularność i pomnikowe miejsce w historii muzyki, czyli Gary Moore bluesman – powiedział PAP Zbigniew Zegler, dziennikarz muzyczny Polskiego Radia. - Moore słynął jako muzyk, który bez względu na to, w którym z tych trzech obszarów funkcjonował, miał umiejętność grania bardzo intensywnie gitarowych riffów. Miał najdłuższy sustain, czyli potrafił bardzo długo trzymać dźwięk, w czym pomagały mu też charakterystyczne gitary, których używał. Potrafił brzmieć bardzo długo, dużo dłużej niż inni gitarzyści. Na koncertach to robiło piorunujące wrażenie – podkreślał Zegler.
W 1990 r. zmęczony już mocnym rockiem, Moore powrócił do bluesa. Wtedy powstała „Still Got the Blues”, najbardziej znana i najlepiej sprzedająca się płyta tego artysty. Własne kompozycje gitarzysty przeplatały się na niej z interpretacjami bluesowych standardów. W 1991 r. ukazało się polskie wydanie tej płyty.
W kolejnych latach powstały następne bluesowe płyty Moore’a. W 1995 r. nagrał album w hołdzie dla Petera Greena „Blues for Greeny”. Mimo bluesowego okresu w jego karierze, od czasu do czasu, grał też mocnego rocka i eksperymentował z nowymi stylami. Gary Moore nagrał ponad 30 autorskich płyt. Brał też udział, jako gitarzysta, w nagraniach płyt kilku innych zespołów. Materiał ten posłużył też do wydania kilkudziesięciu singli i płyt z kompilacjami utworów.
Gary Moore zmarł 6 lutego 2011 r. podczas wakacji w Hiszpani.
„Geniusz Moore'a tkwił nie tylko w sposobie gry, ale także w tym, co decydował się przekazać każdą nutą” – napisano na portalu bluesrockreview.com. „To, co sprawia, że jego geniusz rezonuje w 2025 r., to jego szczerość. W erze, w której muzyka jest w dużej mierze dopracowana i algorytmiczna, surowa ekspresja Moore'a wydaje się ważniejsza niż kiedykolwiek. Nie grał dla lajków ani trendów. Grał, bo miał coś do powiedzenia. A każda zagrana nuta przekazywała coś wartego uwagi. Ten rodzaj emocjonalnej prawdy pozostaje rzadkością, co sprawia, że jego kunszt jest dziś jeszcze bardziej istotny” - podkreślono. (PAP)
szt/ aszw/