Filtry
W „Naszych wieczorach” można znaleźć wiele elementów związanych z kulturą, społeczeństwem i historią Wielkiej Brytanii, ale to nie jest diagnoza postawiona bieżącym problemom mojego kraju - powiedział PAP Alan Hollinghurst. Nowa książka laureata Bookera trafiła właśnie do polskich księgarń.
„Nasze wieczory” to siódma powieść Alana Hollinghursta. Głównym bohaterem jest pochodzący z klasy robotniczej Dave Win, pół-Anglik, pół-Birmańczyk. Czytelnicy poznają go, gdy ma 13 lat i gości w domu Marka Holdena – fundatora stypendium, dzięki któremu może się uczyć w prestiżowej prywatnej szkole. W internacie Dave styka się z zazdrością i przemocą syna swojego dobroczyńcy, Gilesa, skoncentrowanego na sobie rasisty, który w przyszłości zostanie politykiem zaangażowanym w brexit. Dave natomiast, który w czasach szkolnych doświadczył homofobii i dyskryminacji, będzie aktorem i rozwinie awangardową scenę teatralną Londynu. „Nasze wieczory” to także opowieść o relacji matki i syna i o tym, jak iść przez życie własną drogą, często wbrew konwenansom.
Polska Agencja Prasowa: W książce „Nasze wieczory” kreśli pan portret Anglii ostatnich kilku dekad. Lubi pan odwoływać się do nieodległej przeszłości w swoich książkach?
Alan Hollinghurst: Tak, choć nie robię tego w oczywisty sposób. Opowiadam o współczesności, do wydarzeń z przeszłości jedynie nawiązuję.
W mojej pierwszej powieści - „Klub Koryncki” (ang. „The Swimming-Pool Library”), która ukazała się już 40 lat temu - opisałem ówczesne życie gejów w Anglii. Narrator jest młodym mężczyzną, który mieszka w Londynie i prowadzi beztroskie życie. Czytelników prowadzi natomiast przez wspomnienia starszego mężczyzny, którego poznał. Został w nich opisany m.in. okres sprzed I wojny światowej, to niezwykle ciekawy czas.
"Nigdy nie chciałem być pisarzem bezpośrednio opisującym uwarunkowania polityczne ani kulturowe. Chcę raczej opowiedzieć, jak te warunki wpływają na życie moich bohaterów."
Nawiązywałem do przeszłości także w dwóch poprzednich książkach, czyli „The Stranger’s Child” i „The Sparsholt Affair”. Uważam, że to ciekawy sposób prowadzenia opowieści, jednocześnie mogę pokazać czytelnikowi wydarzenia z historii. Dzięki temu można prześledzić, jak zmieniała się ludzka mentalność.
„Nasze wieczory” są jednak nieco inne. W formie wspomnień opisuję doświadczenia jednej osoby - Dave’a Wina, który notabene jest moim rówieśnikiem. Z przeszłości wybieram jedynie epizod związany z jego wczesną edukacją. Faktycznie dużo miejsca poświęcam czasom, gdy był uczniem, ale w drugiej części narracja przyspiesza. Skaczę po różnych okresach, bo chcę pokazać, jak zmienił się świat.
PAP: Pana książkę można uznać za lustro, w którym odbija się dzisiejsza Wielka Brytania z jej podziałami i konfliktami?
A.H.: Można w niej znaleźć wiele elementów związanych z kulturą, społeczeństwem i historią Wielkiej Brytanii. Nie jest to jednak diagnoza postawiona bieżącym problemom. Książką oddaję współczesną atmosferę, która jest dla mnie elementem narracyjnego pejzażu.
Nigdy nie chciałem być pisarzem bezpośrednio opisującym uwarunkowania polityczne ani kulturowe. Chcę raczej opowiedzieć, jak te warunki wpływają na życie moich bohaterów. W „Naszych wieczorach” wszystko skumulowało się wokół dramatycznej decyzji, kiedy Zjednoczone Królestwo zagłosowało za tym, aby opuścić Unię Europejską. Nie chciałem napisać książki o brexicie, ale wiedziałem, że będzie on ważnym elementem fabuły.
Chciałem także zwrócić uwagę na rasizm – Dave jest przecież pół-Birmańczykiem. Dzisiaj wygląda to już lepiej, ale kiedy pisałem książkę, szokujące było dla mnie, jak wiele w naszej przeszłości było nienawiści na tle rasowym. Ta przeszłość oddaje współczesne nastroje w większy sposób, niż się tego na początku spodziewałem.
PAP: Kiedy postanowił pan napisać „Nasze wieczory”?
A.H.: Pracę nad kolejną książką zaczynam dopiero wtedy, gdy skończę poprzednią. Jednak podejmowanie decyzji o tym, co będę pisał, to proces. Długo myślę o treści, o jej rozwoju. Nie bez znaczenia za każdym razem są także detale, szczególnie te związane z budownictwem. Moi czytelnicy już wiedzą, że kluczowe dla mojej wyobraźni są szczegóły architektoniczne, którym poświęcam sporo miejsca. Świat opowieści powstaje jednak powoli, w samotności. Pracy nie zaczynam od szczegółowej narracji, choć mam jej zarys w głowie. Dla mnie najważniejsza jest atmosfera całości.
Niedługo po brexicie zmarła moja mama. Jestem jedynakiem, potrzebowałem sporo czasu, aby poradzić sobie ze stratą. Musiałem posprzątać jej dom, skonfrontować się z własną przeszłością. Byłem już po sześćdziesiątce, a jednak gdy sprzedawałem jej dom, mówiłem „żegnaj” do siebie jako dziecka. Bo dopóki żyła moja matka, przecież nim byłem. Musiałem zmierzyć się z sensem zmiany, jaka zaszła w moim życiu. Tę konfrontację można także odnaleźć w Davie. Odwoływałem się do swoich doświadczeń, kiedy opisywałem jego relacje z matką i jego życie po jej śmierci. Tak jak ja, on także przeszedł rytuał pustego domu, jego sprzedaży i pożegnania się z dotychczasowym życiem.
PAP: Zatem ile z pana odnajdziemy w Davie?
A.H.: Ta książka nie ma elementów autobiografii, ale prawdą jest, że w porównaniu z moimi innymi bohaterami Dave ma ze mną najwięcej wspólnego - łączy nas emocjonalność. Choć jednocześnie z wielu względów jesteśmy też zupełnie różni.
PAP: Pochodzący z klasy robotniczej Dave i bogaty Giles Holden są swoimi przeciwnościami. Giles to skoncentrowany na sobie rasista, który w przyszłości jako polityk przyłoży rękę do brexitu. Czy bohaterowie „Naszych wieczorów” są inspirowani prawdziwymi postaciami?
A.H.: Gilesa chciałem umieścić na drugim biegunie życia Dave'a, jest ciągle obecny w jego życiu. Trudno jednak znaleźć rzeczywistą inspirację dla fikcji. I chyba nie ma to sensu, bo prawda i fikcja istnieją w dwóch różnych porządkach, które trudno połączyć. Choć oczywiście w politycznej części mojej książki jest nieco satyry. Tworząc postać Gilesa, nie miałem jednak na myśli konkretnego polityka. Na pewno nie jest to były premier Boris Johnson - ten dowcipniś słynący z infantylnych żartów. Giles nigdy się nie śmieje, nawet nigdy się nie uśmiecha.
PAP: Jest pan nazywany współczesnym Henrym Jamesem.
A.H.: James wywarł na mnie ogromny wpływ. Uważam go wręcz za pisarza wzorcowego, uwielbiam jego prace. Nie chcę go jednak imitować, chcę się inspirować jego inteligencją. A była ona niezwykła, i to na dwa sposoby. Był świetnym obserwatorem ludzkich zachowań, no i wprowadził brytyjską powieść na nowe tory. Jego styl był jednak tylko jego. Słynął z tego, że był niezwykłą osobowością nie do podrobienia.
"Tworząc postać Gilesa, nie miałem jednak na myśli konkretnego polityka."
Duży wpływ wywarli na mnie także inni XX-wieczni brytyjscy pisarze. Jednak moimi ulubionymi autorami są poeci. To na nich się wychowałem, przez nich zostałem ukształtowany. Zresztą w młodości sam pisałem wiersze. To właśnie poeci nauczyli mnie wsłuchiwania się w brzmienie tego, co piszemy. Nie chodzi o to, by tworzyć trudną w odbiorze poetycką prozę, raczej o znaczenie poetyczności w narracji.
PAP: Dzisiejszy świat nie sprzyja skupieniu, tymczasem czytelnikom daje pan dość potężną książkę, która wymaga skupienia na wielu płaszczyznach…
A.H.: To prawda, świat woła o coraz krótsze formy. Mam jednak nadzieję, że powieść się temu trendowi oprze. Dla mnie czytanie powieści jest doświadczeniem mistycznym, pozwala mi się zatracić w innej rzeczywistości. To doświadczenie przekracza ramy literatury. Książka jest medium mojego życia. Na szczęście nadal są osoby, które sięgają do grubych książek i sprawia im to przyjemność.
PAP: „Nasze wieczory” są także niezwykle staranne. Można powiedzieć, że pisze pan elegancką prozę.
A.H.: Staram się. Lubię czerpać z bogactwa języka i wiem, że moi czytelnicy też lubią się zanurzyć w tym świecie. Chciałbym, aby czytanie moich książek było przyjemnością.
PAP: Kiedy wie pan, że to, co pan napisał, jest kompletne, że nie trzeba już nic zmieniać?
A.H.: Pisarstwo jest ciągłym odkrywaniem samego siebie i tego, co ważne w naszym życiu. To jednocześnie ciężka praca. Podczas pisania cały czas sprawdzam to, co napisałem. Wsłuchuję się w brzmienie zdań. Zastanawiam się, czy lepiej użyć słowa z dwiema, czy z trzema sylabami. Sprawdzam też, czy stworzony przeze mnie świat jest kompletny.
Do tego dochodzi napięcie związane z planem, z którym zaczynam pracę. Bo to, co finalnie powstaje, jest zupełnie czymś innym niż to, co na początku zamierzałem.
PAP: Ma pan rytuały związane z pisaniem?
A.H.: Pracuję powoli. Każda moja książka powstaje przez sześć-siedem lat. Lubię długie okresy myślenia, które mnie pochłaniają, stymulują i wpływają na sam proces pisania. Kiedy piszę, potrzebuję się odłączyć od świata zewnętrznego i tworzyć w samotności, co w erze smartfonów jest trudniejsze niż wtedy, kiedy zaczynałem pisać, w latach 80. Choć próbuję odtworzyć te warunki - np. podczas pracy nie sprawdzam wiadomości i nie śledzę, co się wtedy dzieje na świecie.
Lubię mieć wolne popołudnia, więc zazwyczaj pracuję do godziny 18. Ale to nie jest tak, że piszę cały dzień. Dziennie powstaje około czterystu słów. Więc tak jak mówiłem, u mnie to długi proces. Zdarzają się też dni, że do 17 niczego nie napiszę, co bywa frustrujące. W czasie pracy lubię patrzeć przez okno gabinetu wychodzące na duży park. Lubię też po nim spacerować, bo dzięki temu mogę oczyścić myśli. To moje rytuały.
Nie piszę jednak wyłącznie książek - recenzje czy artykuły dają mi poczucie wolności twórczej.
PAP: A czy myślał pan o zmianie gatunku, np. nie chciałby pan napisać kryminału?
A.H.: Nie czytam takiej literatury. W życiu zdarzyło mi się może przeczytać jeden thriller. Ponadto kryminały mają bardzo dobrych autorów, więc naiwnością z mojej strony byłoby wchodzenie w ten świat.
Co więcej, znam osoby, które taką literaturę tworzą - one na pewno pracują dużo szybciej niż ja. Myślę, że nie dałbym rady co roku wydawać kolejnej książki. Tempo mojego pisana oddaje mój charakter. Nie widzę potrzeby, aby z nim walczyć, zwłaszcza dla pisania książki.
Rozmawiała Anna Kruszyńska
Alan Hollinghurst – brytyjski pisarz, laureat Nagrody Bookera za powieść „Linia piękna” (2004, wyd. polskie 2005). Ukończył literaturę angielską w Magdalen College w Oksfordzie. Wykłada na Uniwersytecie Londyńskim. Był wieloletnim redaktorem w „Times Literary Supplement”. Zadebiutował w 1988 r. powieścią „Klub Koryncki” (wyd. polskie 1993), za którą otrzymał Somerset Maugham Award. Jest autorem siedmiu powieści, to on wprowadził do mainstreamu temat miłości gejowskiej, niemniej jego utwory swoim uniwersalizmem zdecydowanie wykraczają poza ramy powieści środowiskowej. Po polsku ukazały się także „Spadająca gwiazda” (1994, wyd. polskie 1997) oraz „Obce dziecko” (2011, wyd. polskie 2012). Obie powieści były nominowane do Nagrody Bookera.
Książkę „Nasze wieczory” Alana Hollinghursta w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk wydały Filtry. (PAP)
akr/ wj/ miś/