Dyrektor Teatru Ateneum w Warszawie Artur Tyszkiewicz. Fot. PAP/Rafał Guz
Nauczyłem się pewnej filozofii głoszącej, że najważniejszym elementem teatru jest widz. Oznacza to dialog z widzem i nieustanny kontakt z publicznością - mówi PAP dyrektor Teatru Ateneum w Warszawie Artur Tyszkiewicz, który 13 kwietnia obchodzić będzie jubileusz 30-lecia pracy reżyserskiej.
Polska Agencja Prasowa: 30 lat temu, 13 kwietnia 1996 r., zadebiutował pan jako reżyser i przygotował „Makbeta” Szekspira w warszawskim Teatrze Lalka. Rok później uzyskał pan dyplom Wydziału Reżyserii warszawskiej szkoły teatralnej. Jak pan wspomina swoje studia i ten pierwszy spektakl?
Artur Tyszkiewicz: Czas studiów był dla mnie czasem dosyć niezwykłym, ponieważ trafiłem tam zaraz po maturze, byłem w pierwszym roczniku, który nie musiał przed przyjęciem mieć ukończonego innego kierunku. W związku na roku miałem kolegów, którzy byli już po studiach, a ja byłem po maturze. Sytuacja nie była łatwa, ponieważ ta różnica wieku, doświadczenia była dosyć duża. Wspominam te lata dobrze, to były moje wymarzone studia a ogrom pracy, którą mieliśmy, zwłaszcza przez pierwsze lata, był niezwykle inspirujący. Oceniam, że to był ciekawy czas.
PAP: A jak pan wspomina „Makbeta”?
A. T.: „Makbet” powstał jako wynik egzaminu, który przygotowywaliśmy pod kierunkiem Jarosława Kiliana w szkole teatralnej. Pracowałem nad nim w ramach zajęć zatytułowanych „Cud w teatrze”. Tak się zdarzyło, że robiłem scenę, w której Makbet przychodzi do Wiedźm, a Wiedźmy przepowiadają mu przyszłość. Zaprosiłem do współpracy aktorki i scenografa z Teatru Lalka, a na sam egzamin zaprosiłem dyrekcję tego teatru. I nieoczekiwanie mój egzamin na tyle się spodobał, że dyrektor Teatru Lalka Jan Woronko i Joanna Rogacka postanowili zaryzykować i powierzyć kompletnemu debiutantowi zrobienie całego „Makbeta” w teatrze lalkowym. W ten sposób to przedstawienie stało się zarazem moim dyplomem i debiutem.
PAP: W latach 1993-1997 był pan asystentem nie byle kogo, bo znakomitych reżyserów Erwina Axera i Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Czego się pan od nich nauczył?
A. T.: O, to jest trudne pytanie. Mogę powiedzieć, że wszystkiego, a przynajmniej większości rzeczy, których teraz używam w mojej pracy zawodowej. Po pierwsze nauczyłem się pewnej filozofii głoszącej, że najważniejszym elementem teatru jest widz. Oznacza to dialog z widzem i nieustanny kontakt z publicznością. Nauczyłem się też, że w teatrze ważna jest literatura, która porusza interesujące widza tematy. Kolejną rzeczą, którą się nauczyłem, to prawda, że nie ma teatru bez aktora. Że aktor jest tym medium, które przekazuje myśl autora, jakieś przemyślenia reżysera. W takim dużym skrócie mógłbym powiedzieć, że to były ich lekcje.
Nauczyłem się również szacunku do wszystkich ludzi pracujących w teatrze, bo tak ten Teatr Współczesny był zorganizowany. A to nie było częste, bo w innych teatrach nie wszyscy, na wszystkich stanowiskach byli traktowani jako ludzie teatru. Jak osoby, które współtworzą spektakl. Myślę, że to była taka podstawowa lekcja. Najważniejsza w moim życiu.
PAP: Przez trzydzieści lat wyreżyserował Pan trzydzieści dwa spektakle w teatrach, trzy przedstawienia w Teatrze Telewizji, cztery słuchowiska Polskiego Radia. Czy są tytuły, realizacje, do których Pan powraca w pamięci?
A. T.: Każda realizacja, może to górnolotnie zabrzmi, ale każdy z tych spektakli gdzieś w mojej pamięci tkwi. Mam takie, które w moim odczuciu, w znacznym stopniu mnie uformowały, wpływały na to, jakim jestem reżyserem. Po realizacji których jakby trochę inną drogą podążałem jako reżyser, a może troszkę inaczej zaczynałem myśleć o teatrze. One w tym sensie były dla mnie ważne.
Natomiast tak naprawdę każda realizacja i każde spotkanie było dla mnie niezwykle istotne. Wspaniale wspominam, bo to był ważny moment, kiedy jeździłem po Polsce i reżyserowałem w różnych miejscach, spotykałem się z różnymi zespołami teatralnymi. Potem nadszedł taki czas, że zacząłem reżyserować w Warszawie, czyli w moim rodzinnym mieście. Kolejny etap wiąże się z faktem, że zostałem dyrektorem artystycznym teatru w Lublinie. Wracając do pytania, to nie mam szczególnie ulubionych czy takich jednych przedstawień, do których się niezwykle przywiązałem. Zdarzały się realizacje, które były w moim odczuciu, pewnymi punktami zwrotnymi w mojej pracy reżyserskiej.
PAP: Od wrześniu 2011 r. do grudnia 2016 pełnił pan obowiązki dyrektora artystycznego Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Na czym panu zależało podczas tej pierwszej dyrekcji? Jaki teatr chciał pan prowadzić?
A. T.: Najbardziej mi zależało na tym, żeby te moje przemyślenia na temat teatru, które wyniosłem jeszcze z Teatru Współczesnego w Warszawie i z kontaktów z moimi mistrzami, móc wdrożyć w życie - na swój własny sposób, przefiltrowane przeze mnie samego. Założenia były dokładnie takie, jak już mówiłem. Po pierwsze, żeby robić teatr dla widza, w tym przypadku dla widza lubelskiego i z województwa lubelskiego. Żeby robić teatr, który opiera się na pewnej tradycji robienia teatru związanego z literaturą, z aktorem. Teatru, którego podstawową zasadą jest chęć komunikowania się z widzem.
W Lublinie napotkałem jeszcze dość niezwykłą sytuację, która wiązała się z tym, że mój poprzednik, dyrektor Krzysztof Babicki, odchodząc, zabrał ze sobą dużą część zespołu aktorskiego. W związku z tym stworzył mi otwartą sytuację, co nieczęsto się zdarza. Miałem dużo wolnych etatów i mogłem przyjmować do teatru wielu młodych aktorów i tym samym tworzyć taki, można powiedzieć, mój zespół od początku. To się potem sprawdziło przy okazji wielu realizacji.
Ten mój czas w Lublinie to był okres mierzenia się z wielką literaturą. A warunki pozwalały na to, żeby tworzyć spektakle wieloobsadowe, co też dla mnie było bardzo istotne, nie tylko jako dyrektora, ale też i reżysera. Wówczas powstawały inscenizacje dwudziestoparoosobowe, nawet trzydziestoosobowe, co obecnie nie jest takie często w teatrze, a w Lublinie można było to robić. Zdobywanie doświadczenia w konstruowaniu tak dużych inscenizacji jest bezcenne.
PAP: Od 1 września 2021 r. jestem pan dyrektorem Teatru Ateneum im. Stefa Jaracza w Warszawie. Jaka jest dewiza Artura Tyszkiewicza i jego pomysł na ten teatr?
A. T.: Ja nic nie zmieniam przez te lata, idea jest taka sama - autor, aktor, widz. Te trzy elementy, te trzy składowe są podstawą, a właściwie widz jest podstawą. Potem się pojawia autor, a później aktorzy, którzy sygnalizują idee autora pod kierunkiem reżysera. Staramy się w Ateneum przez te pięć lat, bo to mija piąty rok mojej dyrekcji, rozwijać i pogłębiać ten dialog z publicznością. Również poszerzać krąg naszych widzów, pozostawać z nimi w nieustannym kontakcie, wyczuwać, co ich interesuje, a zarazem ukazywać, co nas interesuje, o czym byśmy chcieli porozmawiać.
Taki mam pomysł na teatr. Do tego dochodzi budowanie silnego zespołu aktorskiego, bo to jest też niezwykle istotne, ponieważ żaden dyrektor ani reżyser nie istnieje bez zespołu. Reżyser jest w krańcowo innej sytuacji niż malarz, który może malować sam w swojej pracowni. Reżyser nie istnieje bez innych ludzi. Dlatego budowanie tego silnego zespołu aktorskiego, ale i pozaaktorskiego, czyli silnego zespołu wszystkich pracowników Teatru Ateneum, jest moim naczelnym i podstawowym zadaniem.
PAP: Zauważyłem, że reżyseruje pan rozmaity repertuar, ale zawsze jest to bardzo dobra literatura. Jednak ma pan chyba także ulubionych autorów, bo do niektórych utworów i autorów pan wracał. Byli to na przykład Witold Gombrowicz, Hanoch Levin, Sławomir Mrożek czy William Szekspir.
A. T.: Owszem. Można powiedzieć, że ten krąg jest w miarę stały. Myślę, że to są tacy autorzy, których światopogląd jest tożsamy z moim. A na dodatek forma sceniczna, którą proponują w tekstach, jest dla mnie niesłychanie intrygująca. Dlatego po nich sięgam. Jednak z wiekiem zauważam, że ten krąg autorów się poszerza. Tak bym to określił. Bo trudno w kółko robić Gombrowicza czy Hanocha Levina. Dlatego w przyszłym sezonie na przykład po raz pierwszy sięgnę po sztukę Antona Czechowa. Dzięki pracy w Ateneum spotkałem się „Pułapką na myszy” Agathy Christie, której nigdy wcześniej nie robiłem na scenie. Spotkałem się z „Wariacjami enigmatycznymi” Érica-Emmanuela Schmitta. W tym sezonie wyreżyseruję sztukę „Eks” Mariusa von Mayenburga, którego nigdy nie wystawiałem.
Pozwalam sobie szukać również wśród innych autorów tego, co może być dla mnie i dla publiczności interesujące. Myślę, że tak się dzieje, bo po prostu dojrzewam jako człowiek i szukam też innych tematów, innego sposobu rozmowy. Taki naturalny proces dojrzewania.
PAP: Przygotowują się państwo do obchodów 100-lecia Teatru Ateneum założonego w 1928 r. z inicjatywy Stefana Jaracza. Czy może pan dyrektor ujawnić informacje o kluczowych wydarzeniach związanych z tymi obchodami?
A. T.: Obiecuję, że my będziemy jeszcze o tym często i sporo mówić, dlatego nie chciałbym wszystkiego ogłosić w tym wywiadzie. Jest to temat na zupełnie osobną rozmowę. W sezonie poprzedzającym nasz jubileusz będziemy mieli premierę wspaniałego tekstu Mary Chang w reżyserii Grzegorza Małeckiego.
PAP: Wiem, że zamierza pan przygotować inscenizację „Mewy” Czechowa w 50-lecie słynnego spektaklu Janusza Warmińskiego w Teatrze Ateneum, w której, przypomnę, wystąpili między innymi Aleksandra Śląska jako Arkadina, Jerzy Kamas jako Trigorin, Krystyna Janda jako Zarieczna i Andrzej Seweryn jako Trieplew. Jaką „Mewę” chce pan przygotować?
A. T.: Na wstępie muszę przyznać, że rzeczywiście ta rocznica zobowiązuje. To będzie pierwsza „Mewa” po 50 latach na deskach Teatru Ateneum. Przyznam, że przede wszystkim chcę przygotować spektakl opowiadający o ludziach, którzy na przestrzeni lat znaleźli się w miejscu, w którym nie chcieli. Nie tak sobie wyobrażali siebie, będąc młodymi. Nie tak siebie projektowali swoje losy. Bo przecież każdy z nich myślał, że będzie kimś wielkim, że będzie wspaniałym człowiekiem. My już coś takiego w sobie mamy, że będąc młodymi wyobrażamy sobie siebie w zupełnie inny sposób niż potem nam w życiu wychodzi.
Będzie to też Mewa” o ludziach, którzy nie chcą chodzić po ziemi, tylko chcą latać jak ptaki, jak tytułowa mewa. Tylko życie, niestety, podcina im skrzydła. I takim wehikułem do tego, żeby mimo wszystko latać, wehikułem do tego, żeby jakoś sobie radzić z rzeczywistością, z szarą codziennością jest właśnie sztuka. Wydaje mi się, że, o tym pisał Czechow, a my będziemy się starali o tym tę „Mewę” zrobić.
Rozmawiał Grzegorz Janikowski (PAP)
gj/ aszw/