Andrzej Wajda na wystawie prac Andrzeja Wróblewskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
Zrozumiałem, że nigdy nie namaluję takiego obrazu. A jeżeli nie namaluję takiego, a ten mi się najbardziej podoba, to co ja robię w Akademii? – wspominał po latach Andrzej Wajda. To pod wpływem Andrzeja Wróblewskiego, którego uważał za punkt odniesienia, Wajda porzucił malarstwo i został reżyserem.
Podczas wykładu w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 19 marca 2015 r., który towarzyszył wystawie „Andrzej Wróblewski: Recto/Verso. 1948-1949, 1956-1957”, Andrzej Wajda nakreślił portret przyjaciela, którego uważał za artystę totalnego, a zarazem tragicznie niezrozumianego przez współczesnych.
Wajda i Wróblewski poznali się po wojnie w Krakowie, na wydziale malarstwa tamtejszej ASP. Wajda wspominał podczas wykładu z ironią, że mimo wojennego zniszczenia, profesorowie „malowali kilka, może kilkanaście martwych natur i odpowiednią ilość studiów plenerowych, jakby nie zauważając w ogóle wojny”. Opisał symboliczną scenę z pracowni Hanny Rudzkiej-Cybisowej, gdzie studenci malowali salaterki pełne wiśni. Wróblewski, zamiast powielać ten schemat, skupił się na czarnym, brudnym kuble z węglem stojący pod piecem.
Reżyser podkreślał, że „Andrzej Wróblewski chciał być głosem zmarłych. Mieliśmy wszyscy poczucie, że to jest nasz obowiązek. Lepsi od nas, śmielsi, odważniejsi, zginęli na wojnie. Mamy obowiązek być ich głosem po ich śmierci”.
To właśnie to poczucie odpowiedzialności wobec tych, którzy nie przeżyli, stało się fundamentem twórczości obu artystów. Wajda przyznał, że jego słynne filmy „Pokolenie”, „Kanał” czy „Popiół i diament” wyrastały z tego samego pnia co obrazy Wróblewskiego. Były pożegnaniem ze zmarłymi, próbą wypełnienia pustki po pokoleniu Kolumbów.
Wajda zwrócił także uwagę na literacki talent Wróblewskiego. Przywołał tekst przyjaciela, zaczynający się od słów: „Mam twarde postanowienie. Niewzruszoną podjąłem decyzję. Wszystko mogę darować, zapomnieć, ale to... strzeżcie się, przebrała się miarka. (...) Teraz już jestem człowiekiem stamtąd”.
Zdaniem reżysera z tych słów biła wyjątkowa zdolność do wyrażania słowem tego, co inni artyści starali się jedynie oddać w obrazie. Wróblewski - ocenił Wajda - miał świadomość braku „czasu przyszłego”, o czym pisał, powołując się na poezję Tadeusza Różewicza. Ta gwałtowność i desperacja w ukazywaniu świata sprawiały, że Wróblewski „stawiał do pionu” zarówno tradycjonalistów, jak i abstrakcjonistów.
Życie malarza naznaczone było biedą i brakiem uznania. Wajda z goryczą wspominał, że przez dziesięć lat twórczości Wróblewski sprzedał zaledwie jeden obraz („Ryby”), i to koledze, który zajmował się handlem walutą. „Odrzucony przez Akademię, odrzucony przez Grupę 48, niezrozumiany w swoim dążeniu do stworzenia sztuki, życia rzeczywistości po wojnie (...) Niesprzedający żadnych swoich obrazów, niewystawiający”.
Wróblewski malował obrazy po obu stronach płótna (technika recto/verso) – nie z wyboru artystycznego, lecz z braku środków na materiały. Nawet po śmierci artysty, gdy Muzeum Narodowe w Krakowie kupiło jedno z jego „Rozstrzelań”, środowisko artystyczne protestowało, twierdząc, że Wróblewski „brzydko maluje”.
Dla Wajdy Wróblewski pozostał punktem odniesienia. Reżyser uważał go za najwybitniejszego polskiego malarza XX wieku i wierzył, że gdyby jego „Rozstrzelania” trafiły na Biennale w Wenecji w latach 40., stałby się on światowym prekursorem nowej figuracji.
„Andrzej nie mógł znaleźć swojego miejsca na wystawie w Wenecji. Ja szukałem swojego miejsca, w 1947 r. przeniosłem się do szkoły filmowej w Łodzi. I potem, jak spojrzałem na pierwsze trzy moje filmy, to nagle zorientowałem się, że uciekam z Akademii po to, żeby zrealizować coś, czego w tej Akademii nie umiałem zrealizować. Nie umiałem tak namalować” - mówił Wajda.
Wspomniał, jak Wróblewski go wezwał, żeby mu pokazać, jak maluje: „Przyszedłem i zobaczyłem »Rozstrzelanie«. Niemiec stoi plecami, strzela, błękitne ubranie leci w powietrzu. Zrozumiałem, że nigdy nie namaluję takiego obrazu. A jeżeli nie namaluję takiego, a ten mi się najbardziej podoba, no to co ja robię w Akademii? Muszę szukać dla siebie jakiegoś innego miejsca”.
Różnica między nimi - dodał Wajda - polegała na tym, że jego film „Kanał” został dostrzeżony w Cannes, co otworzyło mu drogę do światowej kariery, podczas gdy malarstwo Wróblewskiego pozostawało w ukryciu przez pół wieku. Podsumowując swój wykład, Wajda stwierdził z mocą: „Gdyby nie tacy artyści jak Andrzej Wróblewski, nie mielibyśmy takiego wyraźnego, gwałtownego, tak niezastąpionego obrazu naszej przeszłości, naszych zmarłych, jak on to namalował”.
Andrzej Wróblewski urodził się 15 czerwca 1927 r. w Wilnie. Był jedną z największych indywidualności artystycznych polskiego malarstwa powojennego, jednocześnie jednak – jak go określano – artystą zabłąkanym w skomplikowanej historii swojego kraju. Z jednej strony jako malarz i krytyk sztuki był zaangażowany w socrealizm, z drugiej fascynowały go eksperymenty z pogranicza abstrakcji. Przede wszystkim jednak to twórca niezwykle sugestywnych wizji wojny i spowodowanej nią degradacji człowieka. Cała jego twórczość przypadła na czasy powojnia. Szczególne miejsce zajmuje w niej stworzony pod koniec lat 40. cykl „Rozstrzelania” odnoszący się do przeżyć okupacyjnych. Składają się na niego przedstawienia brutalnie zdeformowanych, uchwyconych w dramatycznych pozach postaci ludzkich, namalowanych w zimnej, błękitno-zielonej tonacji. Malarz zginął 23 marca 1957 podczas samotnej wycieczki w Tatrach.
W przywoływanie pamięci o Wróblewskim wpisują się wystawy jego dzieł, m.in. „Retrospektywa” w Zachęcie w 1995 r., „Andrzej Wróblewski: Recto/Verso. 1948-1949, 1956-1957” z 2015 r. w warszawskim Muzeum sztuki Nowoczesnej czy „Andrzej Wróblewski (1927–1957). In the First Person” w 2024 r. w Wenecji.
6 marca Andrzej Wajda obchodziłby setne urodziny.
pj/ miś/


