Telewizyjna adaptacja sztuki Eugeniusza Szwarca w reżyserii (na zdjęciu) Macieja Wojtyszki pt. "Smok", 1980 r.
80 lat kończy w czwartek Maciej Wojtyszko, reżyser teatralny, filmowy i telewizyjny, pisarz, autor sztuk, komiksów, „ojciec Bromby”. Pracuje właśnie nad nowym spektaklem dla Teatru Telewizji „Amerykański przyjaciel Izaaka”. Realizacja zdjęć w czerwcu, a premiera - prawdopodobnie jesienią.
„Miałaby to być bajka? Mogłaby być - to już bardziej ścisłe. Bajka Szwarca, który ezopowym językiem baśni opowiadał - zawsze - o przemocy, terrorze, fałszu, lizusostwie, strachu, i zawsze: o władzy. I tutaj jest o władzy” – napisała Teresa Krzemień w „Kulturze” 7 grudnia 1980 roku, recenzując spektakl Teatru Telewizji „Smok” wyreżyserowany przez Macieja Wojtyszkę. „Spektakl Wojtyszki z bajkowości wyprano kompletnie. Pozostała gorzka, ale pocieszająca przecież przypowieść moralna o tym, jak łatwo władza łamie kręgosłupy społeczeństwu (»poćwiartowana dusza jest bardziej posłuszna…«). Znakomicie to zrobiony spektakl, ostry i aktualny, farsowy i okrutny. Ten spreparowany »Smok« poraża wręcz swoją wymową. Fotografowani są tu aktorzy (świetni!) specjalną techniką rybiego oka, stąd efekty ptasich głów, zwierzęcych pysków, deformacji spotworniałych dostojników” – oceniła.
„Wczoraj okazało się, że smok nie lata w bajce, ale po Warszawie, że rynek Nowego Miasta jest rynkiem miasta smoka, że wszyscy bajkowi ludzie, to nasi współobywatele i że bajkowa podłość, bajkowy strach i bajkowa zdziczała władza również występują w otoczeniu chwili teraźniejszej. Takie rozwiązanie alegorii jest chwytem za gardło widza. Prowokuje i przeraża” – wtórował jej recenzent „Echa Krakowa”, który porównał spektakl Wojtyszki do „Człowiek z marmuru” Wajdy.
„Spektakl Wojtyszki z bajkowości wyprano kompletnie. Pozostała gorzka, ale pocieszająca przecież przypowieść moralna o tym, jak łatwo władza łamie kręgosłupy społeczeństwu (»poćwiartowana dusza jest bardziej posłuszna…«).”
Telewizyjna premiera „Smoka” odbyła się kwartał po podpisaniu Porozumień Sierpniowych i miesiąc po wzbudzającej wielkie emocje rejestracji NSZZ „Solidarność” – nic dziwnego, że spektakl wywołał podobny efekt społeczny. 35-letni wówczas Maciej Wojtyszko miał w swoim dorobku kilka książek dla dzieci i młodzieży oraz sześć zrealizowanych spektakli w Teatrze Telewizji. Miał też własne porachunki z komunistami.
- Jestem synem człowieka, którego w 1949 roku zatorturowano. Mój ojciec był jednym z dowódców Obwodu „Obroża” WiN, konkretnie rejonu Wiązowna-Otwock – mówi PAP Maciej Wojtyszko. – Dwukrotnie aresztowany przez UB, bestialsko torturowany w śledztwie, zmarł w wieku 46 lat. W najbliższą niedzielę będzie 77 rocznica jego śmierci – dodaje.
Ojciec artysty był też powszechnie szanowanym nauczycielem.
- Miałem nietypowe dzieciństwo, bo wychowywałem się bez taty, ale jak poszedłem na wagary, to mnie z lasu jakaś starsza pani wypędziła, krzycząc, że syn pana Wojtyszki ma być w szkole. Kiedy podczas pierwszej komunii świętej recytowałem wierszyk, to całe Międzylesie płakało. I w 1990 roku przyszli do nas mieszkańcy Międzylesia, Zerzenia, Borków - że chcą, żeby była ulica mojego ojca. I załatwili to - jest ulica Piotra Wacława Wojtyszki, nawet niedaleko naszego domu – opowiada reżyser. - A w 1996 roku podczas remontu znaleźliśmy na strychu pod podłogą archiwum Armii Krajowej, w którym było rozszyfrowanych dwa tysiące pseudonimów. To znaczy, że gdyby ojciec im wtedy w trakcie tortur powiedział „idźcie i weźcie to archiwum”, to dwa tysiące ludzi poszłoby siedzieć. Zastanawiam się czasem, czy ja na jego miejscu bym nie pękł. Bo ojcu wyrywali paznokcie - wspomina.
Jako trzynastolatek wyreżyserował w szkole „Zemstę” - Dyndalskiego zagrał Maciej Parowski (1946-2019) późniejszy „papież polskiej fantastyki”. W 1960 r. zdał do Państwowego Liceum Technik Teatralnych, które ukończył pięć lat później zyskując specjalność malarza teatralnego.
- To była bajkowa szkoła. Na Miodowej, na tyłach Akademii Teatralnej… Myśmy po prostu dużą część czasu spędzali w teatrze – mówi Maciej Wojtyszko. - To było dobre miejsce, z którego wyszło dużo świetnych ludzi, trochę aktorów, trochę reżyserów. Najsłynniejszym absolwentem tego liceum jest oczywiście Krzysztof Kieślowski, nieco starszy ode mnie, sporo mu zawdzięczam - był moim mentorem, pomagał gdy zdawałem na reżyserię - opowiada.
Nie dostał się za pierwszym razem. Poszedł więc na filozofię, gdzie zdążył jeszcze poznać Leszka Kołakowskiego. - To był ważny człowiek dla kultury polskiej, więc możliwość słuchania go była dla mnie wielkim prezentem od losu - podkreśla Wojtyszko. - A dodatkowym efektem tych studiów na filozofii jest chyba w pewnej mierze „Bromba” - dodaje.
Kultowe dziś dzieło było jednak przede wszystkim owocem zauroczenia.
- To były listy miłosne do mojej żony. Poznaliśmy się, w Krakowie, gdzie ja się zjawiłem z kabaretem Stodoły, a Henryka, która studiowała w Poznaniu polonistykę, prowadziła konferansjerkę. I walnął piorun… Pisałem potem do niej listy, w których pojawiali się Gluś, Fikander, Malwinka, a ona przepisując na maszynie zrobiła z nich siedem opowiadań, z którymi posłała mnie do „Naszej Księgarni”. Poszedłem i znów miałem szczęście, bo trafiłem na pana Mieczysława Siemieńskiego, uratowane dziecko Korczaka, który był trochę odważniejszy od innych redaktorów. „Panie, to jest porąbane, ja to wydam, ale dopisz pan coś dla dzieci” – usłyszałem. Dopisałem, wtedy chyba wymyśliłem Grzdacza… „Rysujesz pan?” – zapytał Siemieński następnym razem. „Tak…”. „To będziesz pan rysował, bo nie będziemy angażować grafika” - zdecydował. I tak powstała „Bromba i inni” – wspomina Wojtyszko.
- I pamiętam taki moment jak idę od Nowego Światu w kierunku uniwersytetu; a wtedy jeszcze nosiło się rzeczy w takich nylonowych siateczkach, że wszystko było widać. I niemal każda studentka wychodząca z uniwersytetu ma „Brombę” w swojej siateczce. To było bardzo przyjemne… - dodaje pisarz, który „idąc za ciosem” opublikował jeszcze kilka książeczek dla dzieci i młodzieży.
I właśnie z pomysłami programów dla dzieci trafił w 1976 roku do Zbigniewa Napierały, ówczesnego szefa Ośrodka Telewizji w Poznaniu. – A on powiedział: „niech pan zrobi jakiś Teatr Telewizji”… Wtedy to było dosyć ryzykowne, żeby „prowincjonalny” ośrodek produkował telewizyjny spektakl, ale Napierała okazał się odważnym gościem. A tekst sztuki Bułhakowa, „Ostatnie dni” znalazłem w szpitalu, w którym leżałem obok pana Aleksandra Bachracha. „To taka wspaniała sztuka, ja to przetłumaczyłem w 1949 roku. Zagrali tylko trochę”, powiedział mi pewnego dnia – wyjaśnia Wojtyszko.
Za „Ostatnie dni” w 1978 roku otrzymał nagrodę I stopnia Prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji. Wcześniej jednak zetknął się z cenzurą.
- Jan Paweł Gawlik, który to kolaudował jako szef Teatru Telewizji, wziął mnie na korytarz, żeby przypadkiem to co mówi się nie nagrało i rzekł „niech pan wyrzuci to jedno zdanie, to wtedy puścimy”. No to wyrzuciłem to jedno zdanie, które brzmiało: „nienawidzę ich mongolskie mordy, jedyne co europejskie mają to spodnie”. Pamiętam, bo je wyrzuciłem – wspomina reżyser.
Również „Szelmostwa Lisa Witalisa” Jana Brzechwy wyreżyserowane w 1980 roku, zostały uznane za antypaństwowe i „chodziły bardzo rzadko, jeśli nie wcale”. No bo Witalis obiecywał, ale nie dotrzymywał, gdy został prezydentem.
W sumie zrealizował ponad 50 spektakli Teatru Telewizji i – sporo więcej – na scenach całej Polski. Nakręcił kilka filmów fabularnych i seriali – w pamięci widzów zapisał się przede wszystkim jako twórca „Mistrza i Małgorzaty” (1988).
- Bardzo lubię wspominać czas, kiedy robiliśmy „Mistrza i Małgorzatę”, kiedy się wszyscy kochali, byli szczęśliwi i mieli radość z tej pracy… – mówi Wojtyszko. „Cztery półtoragodzinne odcinki, to były bajkowe dwa miesiące. Ludzie, którzy ze mną pracowali mieli uczucie, że rosną. Oczywiście Gustaw Holoubek nie musiał rosnąć, ale wiele osób, które wtedy zaczynały, teraz są bardzo ważnymi i mądrymi ludźmi w filmie. To była bajka także ze względu na pierwszorzędną obsadę - nikt nie odmawiał. Epizod jednominutowy zrobił na ławeczce Januszek Gajos, żeby zaczepić Anię Dymną – przypomina.
Poważniejsze starcie z cenzurą miał przy „Róży” Żeromskiego, którą realizował w Teatrze Dramatycznym w 1984 roku.
- To jest sześćset stronnicowy dramat o polskiej inteligencji po klęsce rewolucji 1905 roku. Do roku 1984 to wspaniale pasowało - wystarczyło wyciąć nożyczkami z tych 600 stron 540 – mówi reżyser.
Niestety, po tej wycince zostały całkiem niewłaściwe zdania - na przykład takie: „Wiecznie tu będzie kaźń, wiecznie tu będzie żandarm pluł w ślepie walecznych polskich wariatów i zawsze tu pod szubienicą będzie defilował sołdat moskiewski”.
- W urzędzie miasta pewien miły pan powiedział: „Popracujemy!”, i zaczął zielonym długopisem zaznaczać kwestie jego zdaniem niewłaściwe. Najbardziej rozbawił mnie dopisek „do dyskusji” przy zdaniu: „Niech żyje Polska niepodległa!”. Nie stawiałem się, obiecałem, że coś skrócę, zaznaczyłem tylko, że moskiewski sołdat pod szubienicą, naturalnie jako przedstawiciel caratu, jest raczej nie do usunięcia – wspomina Wojtyszko. - Potem jacyś mroczni, słabo zidentyfikowani panowie przyszli na próbę i było już wiadomo, że sztuka nie pójdzie - dodaje.
Ta zamknięta próba generalna to prawdopodobnie najważniejsze wydarzenie teatralne w moim życiu – podkreśla Wojtyszko. - Pamiętam gratulującego, bardzo wzruszonego Jerzego Koeniga, pamiętam emocje, jakie towarzyszyły nam wszystkim. Sala była nabita. Gdyby dali nam zagrać ze trzy razy, znów mogła być rewolucja – ocenia.
Jedynym śladem po spektaklu – nie licząc pokreślonego kolorowymi długopisami egzemplarza reżyserskiego - jest wzmianka o tej próbie w „Dzienniku pisanym nocą” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który dowiedział się o niej od Agnieszki Osieckiej, obecnej wówczas na widowni Teatru Dramatycznego.
- A cała sprawa wróciła do mnie w chwili wybuchu wojny Rosja-Ukraina przez jedno mądre zdanie Żeromskiego, które wówczas również wzbudziło obiekcje: „Dzięki wam już nie wyżyje Rosja w Polsce!” – dodaje Wojtyszko.
W 1985 roku przeniósł na mały ekran powieść „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza - spektakl znalazł się w Złotej Setce Teatru Telewizji.
W podkaście „AHA (Archiwum Historii Autorów)” ZAIKS-u dziennikarka Radiowej Czwórki Katarzyna Dydo-Rosłoń, zapytała artystę o poczucie humoru.
„To jest bardzo złożone, dlatego że w ogóle z poczuciem humoru jest tak, że ono wcale nie jest takie śmieszne” – odparł. „Bardzo często jest rodzajem samoobrony. Znałem panią Stefanię Grodzieńską, która całe życie opowiadała śmieszne rzeczy. A to o swoim mężu, a to o rozmowach w teatrze, a to o tym czy o owym. Pani Stefania Grodzieńska, żeby się wydostać z getta, leżała dwie godziny na cmentarzu pod ubraniami zabitych dzieci żydowskich” - przypomniał.
Dla zilustrowania tezy o samoobronie dodał anegdotę.
„Żydzi w niebie opowiadają sobie dowcipy z Holokaustu. Straszne dowcipy - takie tam: Hans podaj mydło z piątej półki! - i ryczą ze śmiechu. Przechodzi Pan Bóg i pyta: »wy się możecie z tego śmiać?!«. A oni mu mówią: »Ty tego nie zrozumiesz. Ciebie tam nie było!…«. Humor służy do różnych rzeczy. Także do tego, by się porozumieć, bo inaczej się porozumiewamy, jeżeli na przykład, rozśmieszy nas coś wspólnego, prawda? Więc humor jest wyższym stopniem porozumienia” – ocenił Wojtyszko. „Humor pozwala inaczej spojrzeć, pozwala się zdystansować, śmiać się w momencie, kiedy nie jest człowiekowi do śmiechu. I jednocześnie jest to jakiś sposób oswojenia świata. To znaczy jeśli ktoś mnie śmieszy, to mu jestem w stanie więcej wybaczyć” – wyjaśnił artysta Katarzynie Dydo-Rosłoń.
Jego ambicją jest, by w sztuce realizowanej przezeń na scenie była „mądrość, która się uśmiecha”. Połączona z pięknem. - Gdy u Słowackiego Mazepa mówi „duchowi memu dała w pysk i poszła”, to czy można to powiedzieć inaczej? – pyta Wojtyszko.
Przyznaje, że śmieszą go najróżniejsze rzeczy. - Zrobiliśmy w Teatrze Ateneum „Burzliwe życie Lejzorka”. Bardzo lubiłem to przedstawienie i czasem chodziłem podglądać reakcje widowni. Zauważyłem kiedyś siedzącego w pierwszym rzędzie starszego siwego pana pod garniturem. Po przedstawieniu ktoś mnie szuka. To ten pan… „Pan Wojtyszko?… Chciałem panu powiedzieć, że pan jest czarodziejem”. No!… Serce we mnie rośnie. „Tak pan zaparkował, że sześć samochodów nie może wyjechać!”… Uważam, że poczucie humoru to jest jakaś ogromna moc, która nie jest niestety każdemu dana” – podkreśla artysta.
A kim jest według niego reżyser?…
- Jest taka piękna proza poetycka Apollinaire'a: „Podejdźcie do krawędzi - Boimy się. Podejdźcie do krawędzi - Spadniemy. Podejdźcie do krawędzi… Podeszli, popchnął ich i pofrunęli”. Dobry reżyser nie powinien pokazywać, mówić aktorom jak mają grać. Powinien pozwolić im pofrunąć - wyjaśnia.
W 2015 roku zaangażował się w Teatrotekę, powstałą dzięki pomysłowi Włodzimierza Niderhausa (1944-2020), dyrektora Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie, by realizować spektakle Teatru Telewizji młodych twórców w halach wytwórni w momentach przestojów, pomiędzy kręceniem filmów.
„Takie przerwy wynoszą zwykle 4-5 dni – i to idealna okazja, żeby coś w nich zrobić. Słowem, był to pomysł z jednej strony trochę ekonomiczny, a z drugiej – wpływ na to miała sytuacja w TVP, gdzie zmniejszono znacznie produkcję przedstawień teatralnych” – powiedział PAP Wojtyszko w 2017 roku. „Dyrektor Niderhaus zapytał mnie, ponieważ jestem członkiem rady programowej WFDiF, czy są jacyś młodzi ludzie, którzy zdołaliby za pomocą kamer cyfrowych w tak krótkim okresie przygotować spektakl telewizyjny” – dodał. „Otwarcie takiej furtki, czyli umożliwienie im wejścia do normalnej produkcji oraz zrobienia spektaklu telewizyjnego, było spełnieniem moich - nauczyciela – marzeń” – podkreślił.
W ramach Teatr teki powstało ponad 50 spektakli. „Obowiązkiem Teatru TVP powinno być zrealizowanie raz na dziesięć lat nowych »Dziadów«, »Wesela« i »Historyji o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim«. Słowo kultura oznacza uprawę. Trzeba odświeżać myślenie i odświeżać język i dialog o sztuce narodowej” – powiedział wówczas artysta i do dziś się tego trzyma.
Od wielu lat sam pisze sztuki - są to m.in. „Chryje z Polską: rzecz o Stanisławie Wyspiańskim” (2007), „Bułhakow” (2009), „Narodziny Fryderyka Demuth” (2016), „Dowód na istnienie drugiego” i „Deprawator” (2024) – o spotkaniach Gombrowicza z Mrożkiem, a także z Herbertem i Miłoszem - oraz „Księga sprośności” (2025).
- Gdy się dowiaduję, że na przykład Wyspiański spotkał się kiedyś z Piłsudskim, albo Mickiewicz z Fredrą, to nie mogę nie zapytać: o czym mogli rozmawiać? Piłsudski z Wyspiańskim to na pewno o Polsce, natomiast Mickiewicz mógł mieć spory żal do Fredry o „XIII Księgę Pana Tadeusza”. Od takiego pytania do napisania o tym jest już potem tylko jeden krok – mówi PAP Maciej Wojtyszko.
– Teraz właśnie piszę rzecz pod tytułem „Amerykański przyjaciel Izaaka”. Jest to historia spotkania Babla z Merianem Cooperem, lotnikiem i producentem „King Konga”. Prawdziwego spotkania - bo do niego doszło, co miało potem dość brzemienne skutki, których dziś nie zdradzę. Zdjęcia będą w czerwcu, premiera w Teatrze Telewizji pewnie jesienią – dodaje.
Paweł Tomczyk (PAP)
gj/ top/ aszw/