Stanisław Leszczyński. Fot. domena publiczna
23 lutego 1766 r. w Lunéville zmarł Stanisław Leszczyński, teść króla Francji Ludwika XV i jeden z najbardziej pechowych królów Polski. Dwukrotnie obejmował tron i pod obcym naciskiem go tracił, a pech towarzyszył mu nawet po śmierci.
„Pechem” Stanisława Leszczyńskiego było to, że po raz pierwszy został królem Polski dzięki szwedzkiej inwazji. Działo się to w czasie wojny północnej, w której z jednej strony stał Karol XII, a z drugiej – koalicja państw z Rosją w roli głównej. Polska formalnie w tym konflikcie nie uczestniczyła, ale uwikłała się przez Augusta II Mocnego, który jako elektor saski stanął po stronie Rosji. Skutek był taki, że w 1704 r. wojska szwedzkie opanowały dużą część Rzeczpospolitej, a na jej tronie osadziły właśnie Stanisława Leszczyńskiego.
Ten z początku do tej nowej godności się nie kwapił i deklarował, że odda koronę Jakubowi Sobieskiemu – synowi zwycięzcy spod Wiednia. Gdy losy wojny się odwróciły August II z pomocą Rosji wrócił, a Leszczyński musiał uciekać. Tułał się m.in. po Turcji i Niemczech, a w końcu dotarł do Francji. Jego sytuacja poprawiła się dopiero w 1725 r., gdy za sprawą małżeństwa swojej córki – Marii – został teściem króla Francji Ludwika XV.
W 1733 r., po śmierci Augusta II Mocnego, wrócił do kraju i został ponownie wybrany na króla Polski. Jednak Rosja, która w tamtym czasie podporządkowała sobie faktycznie Rzeczpospolitą, nie zamierzała tego uznać. Pod jej naciskiem na praskim Kamionku odbyła się druga elekcja, w trakcie której królem został wybrany syn Augusta II. Skończyło się tym, że Leszczyński znów musiał salwować się ucieczką (w chłopskim przebraniu). W wyniku układu, w którym pierwsze skrzypce grały Francja i Austria, Leszczyński został księciem Lotaryngii. W tamtym czasie Lotaryngia znajdowała się już w orbicie wpływów Francji, ale formalnie była samodzielna. Umowa zakładała, że po śmierci Leszczyńskiego zostanie do Francji wcielona i tak się stało.
Leszczyński dał się tam poznać jako dobry gospodarz i mecenas kultury. Uważany był za króla – filozofa. Cenił dobre jedzenie, muzykę i komfort życia. Historyk Andrzej Zahorski scharakteryzował Leszczyńskiego jako „sybarytę w dobrej kuchni rozkochanym”, a specjalista od medycyny historycznej Pierre Labrude opisał go u schyłku życia jako człowieka „otyłego, bezsilnego, prawie niewidomego i niemal głuchego”. Ten sam historyk dodał, że Leszczyński cierpiał na niewydolność nerek, żylaki i napady hemoroidów. Być może miał także zaburzenia lipidowe i cukrzycę. Z jednej strony było to związane z zaawansowanym wiekiem monarchy, z drugiej - z niezdrowym życiem, jakie prowadził.
5 lutego 1766 r. Stanisław Leszczyński przebywał w swojej posiadłości w Lotaryngii. Wstał z samego rana. Przy pomocy służącego dokonał ablucji, po czym, okryty jedwabnym szlafrokiem, prezentem od córki zasiadł w fotelu z ulubioną fajką. Szczególnie cenił tytoń, który polubił podczas pobytu w Turcji. Zgodnie z ówczesną modą palił go w specjalnej, orientalnej, długiej fajce – egzemplarz takiej fajki zachował się w muzeum w Nancy.
Czy na króla spadła iskra z kominka, czy z niedopalonej fajki, hipotezy są rozbieżne. Faktem jest, że żar padł najprawdopodobniej nie na sam jedwab, który nie jest najszybciej płonącym materiałem, lecz na ocieplenie szlafroka, rodzaj ówczesnej waty. Stamtąd ogień rozprzestrzenił się już po ciele Leszczyńskiego. Kiedy służba usłyszała jego krzyki, duża część ciała władcy była poparzona.
Według osobistego lekarza Leszczyńskiego, Castena Rönnowa, oraz chirurga królewskiego Nicolasa Perreta, oparzenia obejmowały lewą dłoń, lewą połowę twarzy, lewe udo oraz ścianę jamy brzusznej. Lewa dłoń była „uszkodzona w całości i głęboko”. Oparzenia twarzy określono jako rozległe, lecz dość powierzchowne. Oparzenie uda również miało charakter powierzchowny i zostało opisane jako bezbolesne. Natomiast uszkodzenie ściany brzucha, w kształcie „rakiety”, było rozległe i przede wszystkim bardzo głębokie. „Obejmowało całą warstwę tkanki tłuszczowej podskórnej, której grubość oceniono na osiem centymetrów”. Kiedy po pewnym czasie Leszczyński odzyskał przytomność, próbował nawet mimo bólu żartować. W związku z tym medycy, choć widzieli rozległość ran, nie od razu powiadomili królową Marię i króla Francji Ludwika XV.
Przez kolejne dni monarcha był leczony zgodnie z ówczesnymi standardami medycznymi, a przebieg kuracji szczegółowo opisywano w listach kierowanych do Wersalu. Wiadomo, że stosowano między innymi „opatrunki nasączone środkami gojącymi i osuszającymi, maścią saturnową oraz wodą roślinną Goularda”. Leki te nie okazują się jednak w ich oczach wystarczająco skuteczne i 13 lutego zastępują je „mieszaniną balsamu Arceusza i balsamu styraksowego”.
W świetle dzisiejszej nauki szczególnie zaskakujące może się wydawać podawanie specyfików na bazie ołowiu. W XVIII wieku nie dysponowano jednak wiedzą o jego szkodliwości, a medycyna, silnie powiązana z alchemią i wyobrażeniami o „charakterach” metali, przypisywała ołowiowi naturę melancholiczną, odpowiadającą planecie Saturn. Uważano, że działa powoli, lecz głęboko i skutecznie na strukturę ciała. Oba te medykamenty, zarówno maść jak i wodę propagował przede wszystkim siedemnastowieczny chirurg Thomas Goulard, który o swoim wynalazku pisał: „Ekstrakt z ołowiu jest dla chirurga tym, czym ziarno dla rolnika”. Dodał przy tym, że „nie ma w naturze drugiego tak skutecznego środka, który potrafiłby w tak krótkim czasie rozproszyć guzy, stłumioną krew przywrócić do biegu i ogień zapalny w członkach ugasić”.
Początkowo Rönnow i Perret pisali do Ludwika XV uspakajająco, że jego teść jest „bez niepokoju, bez gorączki i w dobrym stanie”. Nadzieje na powrót do zdrowia okazały się jednak złudne i stan Leszczyńskiego z każdym dniem się pogarszał. W połowie lutego Ludwikowi XV doniesiono, że „pojawiły się oznaki posocznicy”, a „król pogrążony jest w stanie odrętwienia, co uzasadnia stosowanie środków pobudzających, lilium i wody z Luki, które dodaje się do chininy i które nieco go ożywiają”.
Od tej pory nad Leszczyńskim czuwało już cale konsylium z Charlesem Bagardem, prezesem Królewskiego Kolegium Medycznego w Nancy, oraz François Dezoteux, chirurgiem, majorem pułku królewskiego stacjonującego w Lunéville, późniejszym generalny inspektor szpitali wojskowych. Ocenili oni, że „gnicie przenika do wnętrzności”.
Jeszcze 22 lutego Maria otrzymuje podtrzymujący na duchu list, w którym zapewniano ją, „że pod wpływem toników i napojów spirytusowych jej ojciec nieco odzyskał zmysły”, ale zaledwie następnego ranka zawiadomiono ją, że „wszelka nadzieja zostaje utracona”.
Leszczyński z powodu poparzeń w tamtym momencie nie mógł nawet uleżeć w łóżku, więc posadzono go w ulubionym fotelu. Zmarł 23 lutego o godzinie 16:04. Miał 88 lat, 4 miesiące i 3 dni.
W XIX-wiecznej biografii Leszczyńskiego, której autorką była Laure de Saint Ouen (córka doktora Dezoteux), czytamy, że „na odgłos tak smutnego wypadku zbiegł się lud przerażony i napełnił wszystkie dziedzińce zamkowe, wołając głośno, aby im oświadczono, czego się mają lękać lub spodziewać względem ukochanego Króla”.
W tym samym opracowaniu (przetłumaczonym na polski przez Kajetana Lubicza Niezabitowskiego), opisano też żałobę, w trakcie której „Lotaryngijczycy i nawet cudzoziemcy wypłacalią Mu hołd należny, przychodząc z poszanowaniem i w głębokim skupieniu ducha oddać ostatnie hołdy zmarłemu”.
Zgodnie z wolą Leszczyńskiego, jego wnętrzności oraz serce złożono w kościele Saint Jacques w Lunéville.
W apogeum rewolucji, która ćwierć wieku później zaowocowała m.in. dewastowaniem królewskich nekropolii nie oszczędzono też szczątków tak uwielbianego dopiero co Leszczyńskiego.
Jak napisał historyk Henri Lepage „w 1793 r. fanatyczny tłum, nie mogąc po raz drugi pozbawić króla życia, odciął mu głowę i obnosił ją po mieście, wołając, iż należy ona do tego, który uniknął gilotyny”.
W chaosie rewolucji szczątki były na przemian składane i znowu bezczeszczone, chociaż, jak zauważa historyk Krzysztof Gombin, w 1803 r. znalazł je „dawny dworzanin króla – Mikołaj Krantz”. Wkrótce potem odbył się kolejny pochówek, jednak wedle mediewisty Aleksandra Narcyza Przezdzieckiego „odkrycie ciała dobrego króla Stanisława, po raz drugi w stanie zupełnego zachowania, część ludności miasta Nancy uważała za dowód świętości i rozrywała sobie z niego relikwie”.
Za życia Stanisław Leszczyński był królem-tułaczem. Po pierwszej elekcji i utracie korony w 1704 roku wędrował po Europie, przebywając m.in. w Szwecji, Turcji i Lotaryngii, szukając wsparcia politycznego i schronienia. Po śmierci jego szczątki kontynuowały równie burzliwą wędrówkę.
W XIX wieku podjęto starania o odnalezienie i uporządkowanie szczątków. W 1828 roku ich część została przewieziona do Warszawy i zdeponowana w zbiorach Towarzystwa Przyjaciół Nauk dzięki staraniom Michała Sokolnickiego. I tu po raz kolejny nie obyło się bez upiornych zawirowań, bowiem ówczesna prasa oskarżała Sokolnickiego o to, że szczękę „kupił za dużą sumę pieniędzy od niejakiego Leopolda Lamarche, który brał udział w profanacji grobów królewskich w czasie rewolucji”. Jednak przeprowadzone badania nie potwierdziły tych hipotez.
Po upadku Powstania Listopadowego Rosjanie zabrali zwłoki do Petersburga, gdzie umieszczono je najpierw w Cesarskiej Bibliotece Publicznej, a następnie w 1857 roku przeniesiono do kościoła św. Katarzyny w Petersburgu, obok trumny ostatniego króla Polski, Stanisława Augusta Poniatowskiego.
W 1922 roku opuściły kościół św. Katarzyny w Petersburgu dzięki staraniom członków polskiej Komisji Rewindykacyjnej, w skład której wchodzili Edward Wierzbicki, ksiądz Bronisław Ussas oraz Mikołaj Piotrowski. Po przewiezieniu do Polski szczątki przez kilka lat były przechowywane w bezpiecznym miejscu, a ostatecznie w 1928 roku prezydent Polski Stanisław Wojciechowski postanowił umieścić je w krypcie Wawelu, co umożliwiło ich symboliczny powrót „do domu” i zakończyło długą, pełną zawirowań peregrynację pozostałości po królu. Szczątki krążyły przez Rosję, Francję i Polskę, świadcząc o burzliwej historii po śmierci władcy. (PAP)
Marta Panas-Goworska