Książkę „Żabińscy. Cóż to była za rodzina” Teresy Czerniewicz-Umer opublikowało wydawnictwo Czytelnik
Historię małżeństwa Żabińskich, twórców warszawskiego zoo, którzy podczas okupacji uratowali ponad 100 Żydów, spopularyzował film „Azyl". Nowa książka „Żabińscy. Cóż to była za rodzina” Teresy Czerniewicz-Umer pokazuje m.in. to, co nie znalazło się w filmie - ich pełne goryczy powojenne losy.
Spopularyzowana przez książkę i film „Azyl” (2017) Niki Caro historia Jana i Antoniny Żabińskich przypomina piękną baśń z dobrym zakończeniem. Dzielni ludzie przeciwstawili się złu, stworzyli dom, który w trudnych czasach zapewniał ciepło i bezpieczeństwo nie tylko im, a przy tym nawet w najtrudniejszych chwilach zachowywali poczucie humoru. W tle opowieści przewijają się zwierzęta, niekiedy egzotyczne, traktowane jak domownicy. Ale to tylko część historii - dla Żabińskich naprawdę trudny okres to lata powojenne, gdy okazało się, że ani dorobek naukowy, ani patriotyzm, ani osobiste zasługi nie zapewnią im spokojnego życia i ukochanej pracy. Niedawno wydana książka „Żabińscy. Cóż to była za rodzina” Teresy Czerniewicz-Umer, siostrzenicy Jana Żabińskiego, dopowiada mniej znaną i mniej optymistyczną część historii.
Jan Żabiński - przyrodnik i popularyzator wiedzy o zwierzętach, prawdziwy pasjonat, już w latach 30. ubiegłego wieku uważał, że najważniejszym zadaniem ogrodów zoologicznych jest zachowanie zagrożonych wymarciem gatunków. Przed wojną warszawskie zoo uchodziło za jedno z lepiej zorganizowanych w Europie. Tu przyszedł na świat 12. słoń urodzony w niewoli - słoniczka nazwana Tuzinką - po raz pierwszy udało się rozmnożyć w niewoli likaony i konie Przewalskiego, tutaj też powstały plany odtworzenia polskiej populacji żubrów. W opiece nad zwierzętami Żabińskiemu pomagała żona Antonina. Wiele razy udało jej się odchować młode osierocone czy odrzucone przez matkę. Swych podopiecznych trzymała najczęściej w domu. Razem z synkiem Żabińskich, Rysiem, wychowywały się m.in. mała hiena, dwie oswojone rysiczki czy borsuk. Na prawach domownika była też szympansica Lusia.
We wrześniu 1939 roku warszawski ogród został zbombardowany, wiele zwierząt zginęło na miejscu, a te, które stanowiły zagrożenie dla ludzi, jak niedźwiedzie czy lwy, trzeba było zastrzelić. Po wkroczeniu Niemców najcenniejsze z ocalałych okazów, m.in. oswojone rysiczki, zostały wywiezione do Niemiec, a reszta została zabita podczas polowania, które niemieccy wojskowi urządzili podczas sylwestra 1940 roku.
W warszawskim zoo utworzona została hodowla świń. Aby móc zbierać odpadki z restauracji do tuczenia zwierząt, Żabiński, któremu udało się zachować willę w zoo i uzyskać posadę na fermie, otrzymał przepustkę do getta. Wykorzystywał ją, by pomagać znajomym Żydom - osobiście wyprowadził z getta i umieścił w różnych pomieszczeniach zoo kilkanaście osób. Wśród tych, którzy przeżyli dzięki niemu, byli rzeźbiarka Magdalena Gross i jej mąż, prawnik Maurycy Fraenkel, pisarka Rachela Auerbach, mistrz bokserski Samuel Kenigswein z żoną i dwójką dzieci, Leonia i Irena Tenenbaum, żona i córka zmarłego w getcie entomologa Szymona Tenenbauma. W sumie w różnych okresach okupacji w warszawskim zoo ukrywało się około 100 uciekinierów z getta.
Niektórzy z nich mieszkali bezpośrednio w willi Żabińskich, nazywanej „Domem pod zwariowaną gwiazdą”. Wokół nich swobodnie krążyły oswojone zwierzęta, takie jak prosiaczek, królik czy chomik. Gdy zbliżało się niebezpieczeństwo, sygnałem do natychmiastowego schowania się w kryjówkach lub ucieczki kanałem do pobliskiej bażanciarni była grana na fortepianie melodia Offenbacha.
Jan Żabiński był oficerem Armii Krajowej. Podczas Powstania Warszawskiego dowodził plutonem, został ranny i trafił do oflagu, a to, co pozostało z przedwojennego zoo, zostało niemal zrównane z ziemią, ale miało zostać odbudowane. I tu kończy się historia opowiedziana w filmie „Azyl”, w którym ludzie i zwierzęta żyją w przyjaźni, Niemcy przegrywają wojnę i dobro zwycięża nad złem. Powojenna rzeczywistość - co pokazuje książka Teresy Czerniewicz-Umer - była bardziej skomplikowana i mroczna.
Po 1945 r. Żabińscy zaangażowali się w odbudowę zoo, Jan ponownie objął stanowisko dyrektora. „Żabiński tak projektował skały za wybiegami lwów, tygrysów, niedźwiedzi, by było tam jak najwięcej jak najtrudniej dostępnych miejsc do pracy konspiracyjnej. Liczył się z możliwością wybuchu trzeciej wojny światowej i organizował techniczne zaplecze dla konspiracyjnych działań” - wspominał Piotr Topiński, który uczestniczył w odbudowie ogrodu. W latach 80. w słoniarni znaleziono jedną z takich kryjówek.
Wtedy też wokół Żabińskiego zaczęły się gromadzić czarne chmury. Jako były AK-owiec znalazł się na celowniku bezpieki, lektura akt po latach pokazuje, że donosicielami byli nawet ludzie, których uważał za przyjaciół. Odnalezione donosy są zresztą na swój sposób zabawne - wyłania się z nich obraz człowieka życzliwego ludziom i zwierzętom, tak ufnego, że pomaga donosicielom, i tak skupionego na swojej pracy, że o jakiejkolwiek działalności wywrotowej nie ma nawet mowy.
Groźniejsza okazała się Rada Zakładowa Zoo z Bronisławem Kowalskim jako przewodniczącym oraz tamtejsza Podstawowa Organizacja Partyjna PZPR kierowana przez Henryka Golińskiego. Przedstawiciele obu tych ciał zaczęli się wtrącać w sprawy naukowe i związane z opieką nad zwierzętami, choć nie mieli do tego żadnych kompetencji. Goliński miał pod opieką pawilon z akwariami, w których trzymał także swoje własne ryby przeznaczone na sprzedaż. Żabińskiego, który próbował ukrócić te działania, oskarżono m.in. o „uchylanie się od współpracy z Kołem Partyjnym i Kołem Związku Zawodowego, kierowanie się przy pracy absolutyzmem i wprowadzanie na teren Ogrodu Zoologicznego metod ucisku w stosunku do osób, które są mu niedostatecznie uległe”. Żabiński zarzucał oponentom pijaństwo, bumelanctwo oraz kradzieże. Przeprowadzona kontrola uznała, że dyrektor ma rację, ale partyjni urzędnicy z zoo nie ponieśli żadnych konsekwencji i nadal pozostawali w sporze z Żabińskim.
Wydawałoby się, że sprawa jest jasna - po jednej stronie sporu stał ceniony na świecie naukowiec, człowiek, który ocalił polskie żubry, po drugiej była dwójka niewykształconych awanturników, których jedynym walorem było sympatyzowanie z nowymi władzami. A jednak to Żabiński musiał odejść - z końcem 1952 roku zrezygnował ze stanowiska. Oponenci wykorzystali moment, gdy nie mógł działać - z powodu zarażenia się chorobą od jednej z papug przez kilka tygodni cała rodzina odbywała kwarantannę. W „Szopce noworocznej” Brzechwa napisał o Żabińskim: „Kiedy dyrektor był ze mnie w Zoo/ Przyjazne mordy widziałem w koło/ Wilk mnie nie szarpał, nie gryzł mnie tygrys, /dopiero człowiek z Zoo mnie wygryzł”.
W latach 1952–1954 Żabiński wykładał w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej w Warszawie, pisał książki o życiu zwierząt, wygłaszał pogadanki w Polskim Radiu. Od 1947 był członkiem Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Ale utrata ukochanej pracy i miejsca zachwiała życiem całej rodziny. Nieszczęście położyło się cieniem na małżeństwie Jana i Antoniny. Ona miała mu za złe, że nie potrafił ułożyć się z nowymi władzami. Miała też pretensje o jego stale zmieniające się kochanki, a on - o sposób wychowywania dzieci, zwłaszcza zbuntowanej córki. Książka Czerniewicz-Umer burzy idealny obraz ich związku z filmu „Azyl”. Oboje byli silnymi osobowościami, oboje byli wybuchowi - kochali się, ale i walczyli ze sobą, zwłaszcza gdy stracili swoje dzieło i dumę: zoo. Oboje zaczęli też chorować. Ostatnie dekady ich życia wypełniały smutek i poczucie przegranej. Antonina zmarła w 1971 roku, Jan - dwa lata po niej.
W książce Teresy Czerniewicz-Umer poznajemy także dzieje przodków Jana Żabińskiego: dziadka Jana Stefana – urzędnika skarbowego i wolnomularza, ojca Józefa – rejenta i wybitnego szachisty – oraz historię jego silnych, wykształconych i odważnych sióstr: Marii Czerniewiczowej, współtworzącej z mężem życie gospodarcze Kłodawy; Hanny Petrynowskiej, lekarki Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, zamordowanej w 1944 roku na terenie zakładu wraz z najciężej rannymi, których nie zdołano ewakuować po wycofaniu się powstańców, oraz Józefy Zaorskiej, chemiczki i żony zarządcy wielkiego majątku ziemskiego na Kujawach.
Książkę „Żabińscy. Cóż to była za rodzina” Teresy Czerniewicz-Umer opublikowało wydawnictwo Czytelnik.
Agata Szwedowicz