Mieczysław Fogg. Fot. PAP/CAF/Jan Tymiński
Mieczysław Fogg to postać złożona z dużo większej liczby elementów niż tylko piosenki. To jeden z symboli Warszawy, artysty estradowego i niezłomności – powiedział PAP muzyk, kompozytor i radiowiec Jan Emil Młynarski. 30 maja mija 125. rocznica urodzin Fogga.
Polska Agencja Prasowa: W jednym z wywiadów powiedział pan, że przez muzykę opowiada o świecie, którego już nie ma. Skąd u pana fascynacja tym światem?
Jan Emil Młynarski: Myślę, że fascynujące są reminiscencje, ślady przeszłości i to, jak ona miesza się z teraźniejszością. Żyjemy w tym samym miejscu geograficznym - myślę tu o Warszawie - ale jednocześnie proszę zwrócić uwagę, jak zupełnie innym. Miejscu, które kompletnie się przeobraziło, nie wskutek naturalnych procesów, tylko gwałtownie i brutalnie. Obecna tu kiedyś – nazwijmy to: mieszczańska - formacja musiała się zbudować na nowo. Fascynuje mnie poszukiwanie śladów nieistniejącego już świata.
PAP: Kim w tej historii jest dla pana Mieczysław Fogg?
J.E.M.: Przede wszystkim symbolem. Mieczysław Fogg to jeden z symboli Warszawy, artysty estradowego i niezłomności. Zarówno zawodowej, jak i tej życiowej. To są te trzy rzeczy, które najbardziej się z nim wiążą i w mojej ocenie budują tę opowieść.
PAP: Jest pan współautorem wydanego w 2018 r. albumu „Fogg. Pieśniarz Warszawy”. Wiemy, że Fogg nagrał dwa tysiące piosenek, a w repertuarze miał ich ponad trzy tysiące. Na płycie jest ich czternaście, czym kierował się pan w doborze utworów?
J.E.M.: Chcieliśmy pokazać Fogga właśnie jako postać symboliczną i pod jego pretekstem zaprezentować dawną polską muzykę rozrywkową – piękną i różnorodną. Wzbranialiśmy się przed robieniem czegoś na kształt przekrojowej biografii w piosence. Znając ten rozległy repertuar, wielki dorobek i bogaty życiorys artysty, zależało nam, by wybór możliwie najpełniej odzwierciedlał te odcienie.
PAP: Odniosłem wrażenie, nawiązując do słynnej „Piosenki o mojej Warszawie” Fogga, że ta płyta była trochę piosenką o pana Warszawie...
J.E.M.: Zdecydowanie. Aczkolwiek kiedy ją przygotowywałem, szczególnie w kontekście placówki, która zleciła nam ten projekt, czyli Muzeum Powstania Warszawskiego, był to utwór, którego nie można było pominąć. „Piosenka o mojej Warszawie” to nie tylko jeden z najważniejszych utworów w jego repertuarze i najważniejszych dla samego Fogga. Myślę, że można ją określić mianem nieoficjalnego hymnu Warszawy.
PAP: W pewnym momencie bardziej nośne stały się „Sen o Warszawie” Czesława Niemena czy „Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka” Stanisława Grzesiuka. Wydaje się, że wspominany album nieco to zmienił - przybliżył twórczość Fogga szczególnie młodszym.
J.E.M.: Cieszę się, że pan to mówi. Bardzo nam na tym zależało.

Warszawa, grudzień 1974 r. Mieczysław Fogg w garderobie przed występem w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Fot. PAP/Zbigniew Wdowiński
PAP: Gdyby mógł pan przenieść się w czasie i zaśpiewać w słynnej Café Fogg, który utwór by pan wybrał?
J.E.M.: Dobre pytanie... Przede wszystkim cieszyłoby mnie to, że mam dla kogo występować. Café Fogg była miejscem wyjątkowym, wyspą pośród morza ruin. Miejscem, które tworzyli przede wszystkim ludzie. Trudno mi wskazać jedną piosenkę... Mając na uwadze tamtą publiczność i kontekst, próbowałbym zapewne przywoływać świat, który już nie istnieje. Myślę, że śpiewałbym po prostu o Warszawie i dla niej. Konkretnego tytułu jednak nie podam.
PAP: Myślałem, że śpiewałby pan to samo co Fogg, czyli wspominaną „Piosenkę o mojej Warszawie”.
J.E.M.: To była piosenka, którą Foggowi ofiarował jej autor – Albert Harris. Szybko stała się jego flagowym numerem. Nie chciałbym i nie śmiałbym tu nawet wchodzić w dyskusję.
PAP: Zapytam więc może trochę inaczej: która z wykonywanych przez Fogga piosenek jest panu najbliższa?
J.E.M.: Jest ich sporo. Fogg nagrał ich bardzo dużo, choć jego kariera solowa na dobrą sprawę rozpoczęła się dość późno, bo w połowie lat 30. Dużą popularność przyniósł mu wówczas utwór „To ostatnia niedziela”. Na pewno bardzo bliski jest mi jego przedwojenny dorobek, w szczególności z okresu, kiedy śpiewał w założonym przez Władysława Daniłowskiego Chórze Dana. To był zespół stworzony na wzór zagranicznych revellersów, takie chóry męskie były wówczas niezwykle popularne na świecie.
W Polsce prym wiódł właśnie Chór Dana, związany z innym legendarnym miejscem na mapie dawnej Warszawy – mieszczącym się w nieistniejącej już Galerii Luxenburga teatrzykiem Qui Pro Quo.
Te nagrania są wybitne. Oczywiście Fogg nie jest w nich solistą, ale ten okres w jego karierze był bardzo ważny.
Myślę, że gdyby nie Władysław Daniłowski, kariera Fogga mogłaby się potoczyć inaczej i być może dzisiaj byśmy o nim nie rozmawiali, a przynajmniej nie w takim kontekście.
PAP: Jak wiele z tego foggowskiego ducha dostrzega pan we współczesnej Warszawie?
J.E.M.: Przyznam, że niespecjalnie dostrzegam coś takiego. Może właśnie przez ten wspominany wyżej brak kontynuacji. Moim zdaniem z dzisiejszej perspektywy należy postrzegać Fogga w kategoriach symbolu. Jeżeli myślimy o zbiorze pojęć związanych z przedwojniem, okupacją i potem odbudową Warszawy, to Mieczysław Fogg jest tu postacią, w której, patrząc z dzisiejszej perspektywy, skupiają się aspekty nazywane potocznie wątkami retro. On zresztą takim symbolem był już za życia. W czasach kiedy królował bigbit, później punk rock itd. Młode pokolenia go kontestowały, uznawały za pana w marynarce śpiewającego głównie dla emerytek. Z czasem jednak ci sami ludzie wracali do Fogga jako symbolu, co w mojej ocenie jest fenomenem.

Warszawa, grudzień 1974 r. Mieczysława Fogga w samochodzie przed PKiN. Fot. PAP/Zbigniew Wdowiński
PAP: Opowiadał pan kiedyś, że Fogg to „ktoś więcej niż śpiewak”. I rzeczywiście, patrząc także na jego życiorys, trudno uniknąć takiego wrażenia. Brał udział w wojnie z bolszewikami, w czasie Powstania Warszawskiego był w AK i śpiewając na barykadach, dodawał otuchy. Został też Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Czy możemy zatem traktować go jako bohatera, autorytet?
J.E.M.: W mojej ocenie na pewno tak. Pytanie tylko, czy on sam by sobie tego życzył. Jestem przekonany, że Fogg po prostu robił to, co uważał, że należy robić, i to wszystko. Miał też dużo szczęścia. Jego życiorys jest świetnym materiałem na film. Gdyby ktoś zaproponował mi napisanie scenariusza filmu albo serialu o Foggu, przynajmniej roboczo zatytułowałbym go właśnie „Szczęściarz”. Miał w swoim życiu niesłychanie dużo szczęścia. Wielokrotnie przecież mógł z tej planszy zniknąć – jedna i druga wojna, powstanie, stalinizm – a jednak przez wiele lat trwał na estradzie, osiągnął wielki sukces. Ciężko też na sukces pracował - był typowym pracoholikiem.
PAP: To szczęście niósł także tym, dla których śpiewał...
J.E.M.: Otóż to. Fogg to naprawdę postać nietuzinkowa. Nie postrzegałbym go jednak w kategorii wzorca wokalnego czy estradowego, choć do pewnego stopnia wzorcem estradowym na pewno był. Był typowym reprezentantem „starej szkoły” scenicznej. Praca była dla niego świętością. Ale czy chciałby, żeby stawiano mu pomniki? On taki pomnik postawił swoim życiem i myślę, że to jest najważniejsze.
PAP: Mija 125. rocznica urodzin artysty. Rok 2026 został ustanowiony Rokiem Mieczysława Fogga. Czy jest coś, co chciałby pan, żeby w tym kontekście wybrzmiało w sposób szczególny?
J.E.M.: Warto przypominać Fogga. Ale nie tylko dla samego przypominania. Warto go przypominać jako postać złożoną z dużo większej liczby elementów, niż tylko same piosenki.
Rozmawiał Mateusz Wyderka
Jan Emil Młynarski (ur. w 1979 w Warszawie) to muzyk, wokalista, kompozytor, multiinstrumentalista i dziennikarz radiowy. Znany jest z popularyzacji polskiej muzyki rozrywkowej do 1949 r. Jest absolwentem Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu i Drummers Collective w Nowym Jorku. Współpracuje z licznymi artystami i orkiestrami, m.in. z Adamem Sztabą, Kayah, Edytą Górniak, Orkiestrą Tomka Szymusia, Korą. Jest liderem Warszawskiego Combo Tanecznego, wykonującego tradycyjny repertuar stołecznych orkiestr ulicznych. Wraz z Marcinem Maseckim tworzy Jazz Band Młynarski-Masecki, który nawiązuje do przedwojennych orkiestr tanecznych.
Jest synem Wojciecha Młynarskiego i Adrianny Godlewskiej, a bratem Agaty i Pauliny Młynarskiej. Twórczości ojca poświęcił płytę „Młynarski Plays Młynarski”. (PAP)