Okupacja niemiecka

15.06.2019

75 lat temu przeprowadzono zamach na kata Pawiaka

Pawiak. Fot. PAP/W. Pacewicz Pawiak. Fot. PAP/W. Pacewicz

75 lat temu, 15 czerwca 1944 r., z rąk żołnierzy polskiego podziemia zginął Herbert Junk. Kat Pawiaka miał pecha znaleźć się przypadkowo na Żoliborzu, gdzie operował oddział Stanisława Sosabowskiego „Stasinka” – elita akowskich elit Warszawy.

Na Herberta Junka nie polowano w sposób planowy, choć jego śmierć z pewnością przywitano z entuzjazmem. Ten Obersturmführer SS na przestrzeni roku – od marca 1942 do marca 1943 r. – sprawował funkcję komendanta Pawiaka, co było wystarczającym powodem, by w okupacyjnych warunkach wykonać na nim wyrok. W czerwcu 1944 r. nie pełnił już co prawda tych obowiązków, co jednak w niczym nie umniejszało jego winy za tortury i śmierć trudnej do zliczenia liczby Polaków.

„Ost 47…”

Zamach, w którego wyniku zginął Junk, był jednym z pierwszych przeprowadzonych w ramach tzw. akcji „Pol”. Na rozkaz Komendy Głównej AK oddziały Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej i Okręgu Warszawskiego miały zorganizować serię ulicznych potyczek przeciwko niemieckiej policji bezpieczeństwa. A konkretnie – przeciw wszystkim pojazdom, których rejestracja rozpoczynała się od „Ost 47…”, gdyż, jak ustalono, takimi numerami posługiwali się poszukiwani przez AK funkcjonariusze. Rozkaz nie był jednak aż tak bezwzględny w określeniu celu. Akowcom pozwolono atakować również auta policji porządkowej, jeśli akurat na jakieś się natkną.

Dla kedywiaków akcja nie była zaskoczeniem. Analogiczną przeprowadzono kilka miesięcy wcześniej, jesienią 1943 r., tym razem jednak akowskie patrole zostały wyjątkowo dobrze uzbrojone – miały broń maszynową, granaty, często też broń krótką. Jeden z niemieckich meldunków daje niezłe pojęcie o tym, jaką siłą ognia dysponowali zamachowcy. Wspomina się w nim o: „siedmiu mężczyznach uzbrojonych w granaty, pistolety maszynowe i butelki z płynem zapalającym” – liczba osób w patrolach bywała różna, uzbrojenie jednak było zawsze podobne. Tak zresztą jak taktyka, o czym wspominał prof. Tomasz Strzembosz:

„Taktyka przeprowadzania tych zasadzek była dwojaka. Niektóre zespoły, zwłaszcza Kedywu Okręgu, patrolowały pieszo wyznaczone odcinki ulic, atakując granatami nadjeżdżające samochody o rejestracjach „Ost 47…”, inne natomiast krążyły samochodami także po określonych ulicach, dopędzając i ostrzeliwując bądź obrzucając filipinkami [rodzaj granatu – przyp. red.] napotkane auta”.

Nie wiadomo dokładnie, ile pojazdów zaatakowano w ramach akcji „Pol” ani jakie były w jej wyniku niemieckie straty. Nie do końca o nie zresztą chodziło. Fakt, że zamachy celowo miały być przeprowadzane w ciągu dnia, na ulicach, w dodatku za pomocą materiałów wybuchowych i broni maszynowej, świadczy o tym, że ważniejszy był efekt propagandowy. I chyba nawet nie w celu wystraszenia okupanta, ale zamanifestowania siły podziemia samym Polakom. Jak podkreślał Tomasz Strzembosz – a inni badacze zgadzali się z nim – akceptacja społeczeństwa dla działań konspiracji rosła wprost proporcjonalnie do wzrostu brutalności okupanta. Jej poziom miał opaść dopiero mniej więcej w połowie powstania, tymczasem osiągała swój najwyższy poziom. Być może z tego właśnie powodu rozkaz KG AK obowiązywał niespełna tydzień. Tyle wystarczyło.

Bitwa na ul. Krasińskiego

15 czerwca po południu samochód z czterema żołnierzami z oddziału Stanisława Sosabowskiego „Stasinka” jechał ulicą Krasińskiego na warszawskim Żoliborzu. Taki po prostu wyznaczono rejon trasy. Byli to akowcy o dużym już stażu, w dodatku ich dowódca należał do prawdziwych legend podziemia.

„A jeśli chodzi o akcje bojowe, to o kim nie wspomnieć, jak nie o +Stasinku+. On grał tu pierwsze skrzypce, było wielu odważnych, wielu dzielnych, lecz wśród nich gwiazdą pierwszej wielkości był +Stasinek+ […] On to przyprowadził ze sobą takich chłopaków do walki jak +Kazik+ (Kazimierz Jakubowski), +Antek+ (Antoni Wojciechowski), +Kolumb+ (Krzysztof Sobieszczański), +Machabeusz+ (Stanisław Likiernik) i dziesiątki innych. Stworzył wspaniałą grupę bojową, którą śmiało mogę zaliczyć do pierwszych tego rodzaju. Był duszą, sercem i mózgiem tego oddziału. Rogaty, czupurny, czasem sztorcem stojący, ale zawsze karny, zawsze bezgranicznie wierny idei walki; śmiałość charakteru biła zawsze od niego. Czuło się zajadłość i nienawiść wprost dziecka, gdy mówił o walce z wrogami. Postawa żołnierska (a wyniósł ją ze szkoły sanitarnej, kończył właśnie studia medyczne) bez zarzutu, za wzór stawiana innym” – pisał o nim ówczesny szef stołecznego Kedywu, Józef Roman Rybicki.

Tuż po godz. 17 dostrzegli wreszcie auto z rejestracją „Ost 47…”. Natychmiast ruszono za nim, a kiedy niemiecki wóz przyhamował, rzucono w jego kierunku dwie filipinki. Ładunki eksplodowały, ale na masce – pogięły trochę blachę, popękały szyby, ale ani kierowcy, ani pasażerom nic poważniejszego się nie stało. Zareagowali błyskawicznie. Wyskoczyli z samochodu i z dwóch peemów ostrzelali akowców. Ci jednak nie pozostali dłużni. Również z dwóch peemów zaczęli strzelać do Niemców. Zapowiadało się na długą strzelaninę, co rzecz jasna stawiało Niemców w znacznie lepszej sytuacji – wkrótce powinni otrzymać posiłki, akowcy zaś musieli liczyć tylko na siebie i zawartość swoich magazynków. W którymś momencie nadjechała ciężarówka z niemieckimi żołnierzami – prawdopodobnie nie były to wspomniane posiłki, lecz przypadkowy transport. Nie zmieniało to jednak tego, że zaczęli się wysypywać z wozu i strzelać do Polaków. Doświadczenie jednak zrobiło swoje. Akowcy nie spanikowali i rzucili w stronę ciężarówki filipinkę – która jednak znów okazała się mało skuteczna – a następnie razili pojazd zwartym ogniem pistoletów. 

Nie wiadomo, ile trwała ta wymiana ognia, wiadomo jednak, że w pewnym momencie Niemcy dali za wygraną i rozproszyli się w zaułkach Żoliborza. Na pobojowisku zostały trzy martwe ciała, z których jedno należało do Polaka, Stefana Płotki „Mikołaja II”. Nie wiadomo też, czy akowcy od razu rozpoznali zabitych Niemców – nie mieli zresztą czasu na oględziny. Wkrótce jednak okazało się, że byli to oficerowie gestapo, niejaki SS-Untersturmführer Hoffman i Herbert Junk.

Na wieść o śmierci Junka Niemcy wpadli we wściekłość. Następnego dnia rozstrzelali kilkudziesięciu – prawdopodobnie siedemdziesięciu pięciu – więźniów Pawiaka. W obwieszczeniu wywieszonym kolejnego dnia na ulicach nazywali ich „komunistami”. Ich ciała spalono w okolicach ul. Gęsiej.

Na podstawie:
„Wielka księga Armii Krajowej”, Kraków 2015
Józef Roman Rybicki, „Notatki szefa warszawskiego Kedywu”, Warszawa 2011
Tomasz Strzembosz, „Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939–1945”, Warszawa 1983

Wojciech Wysocki (PAP)

wjk / skp /

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL