Powstanie Warszawskie

13.08.2016 aktualizacja 05.10.2016

Zygmunt Głuszek „Victor”: powstanie nie miało szans, ale było wyrazem bohaterstwa młodzieży

Zygmunt Głuszek „Victor”, powstaniec warszawski, najmłodszy instruktor Szarych Szeregów. Fot. PAP/R. Pietruszka Zygmunt Głuszek „Victor”, powstaniec warszawski, najmłodszy instruktor Szarych Szeregów. Fot. PAP/R. Pietruszka

Powstanie warszawskie nie miało żadnych szans, nie mogło poprawić sytuacji w jakiej była Armia Krajowa i cały kraj. Z drugiej strony było niezwykłym wyrazem bohaterstwa i poświęcenia polskiej młodzieży – mówi PAP Zygmunt Głuszek „Victor”, uczestnik powstania, najmłodszy instruktor Szarych Szeregów.

PAP: Jest pan warszawiakiem, urodzonym na Saskiej Kępie. Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie w przedwojennej Warszawie.

Zygmunt Głuszek: Moja data urodzenia sięga dnia 22 maja 1928 r.  Mieszkaliśmy wtedy całą rodziną w domu zbudowanym w okresie napoleońskim, który stał w obecnej części Parku Skaryszewskiego, na przedłużeniu ulicy Saskiej. Kiedy miałem pięć lat przeprowadziliśmy się na ulicę Podskarbińską 6, i zamieszkaliśmy na parterze. Tam osiągnąłem siódmy rok i poszedłem do szkoły. Po dwóch, trzech latach przeniesiono mnie do nowoczesnego budynku szkolnego na rogu ul. Siennickiej i Grochowskiej, w którym mieściły się trzy szkoły. Ja chodziłem do szkoły nr 149.

Mój ojciec był z zawodu piekarzem. Zwyczajnym piekarzem i czasem miał pracę, czasem nie. Mama zajmowała się domem i starała się zarobić trochę pieniędzy. Rodzina była bardzo prosta.

Od 1937 r. mieszkaliśmy na ulicy Dobrowoja, a w 1939 r. przenieśliśmy się do Starej Miłosnej.

PAP: Dobrze wspomina Pan okres szkolny?

Zygmunt Głuszek: Nawet bardzo dobrze, miałem wielu kolegów, graliśmy w piłkę. Sportem się bardzo interesowałem, zwłaszcza, że koło naszego mieszkania na Podskarbińskiej było boisko. Tam przedwojenne kluby grały w piłkę i ja to ciągle oglądałem, bardzo mi się to podobało. Graliśmy z kolegami, organizowaliśmy zawody. Muszę powiedzieć, że to były wesołe czasy. W tej szkole byłem do wybuchu wojny.

Kiedy wybuchła wojna i Niemcy wkroczyli już do Warszawy to tę szkołę Niemcy zajęli na szpital wojskowy. Nasze nauczanie przeniosło się na ulicę Krypską.

PAP: Jak zapamiętał Pan wybuch wojny?

Zygmunt Głuszek: Z Niemcami „zapoznałem się", gdy zajęli Starą Miłosną. Prowadzili polskich żołnierzy pod lufami, Polacy byli z podniesionymi rękami. To był dla nas przygnębiający widok, bo żyliśmy nadzieją, że może tę wojnę wygramy. Byliśmy optymistami. Wierzyliśmy, że musi się ona zakończyć sukcesem. Ale co taki chłopiec, mógł wiedzieć…

Z Niemcami „zapoznałem się", gdy zajęli Starą Miłosną. Prowadzili polskich żołnierzy pod lufami, Polacy byli z podniesionymi rękami. To był dla nas  przygnębiający widok, bo żyliśmy nadzieją, że może tę wojnę wygramy. Byliśmy optymistami. Wierzyliśmy, że musi się ona zakończyć sukcesem. Ale co taki chłopiec, mógł wiedzieć…

PAP: Kiedy trafił Pan do konspiracji?

Zygmunt Głuszek: Po skończeniu szkoły powszechnej, czyli we wrześniu 1942 r., zdołano mnie zapisać na tajne komplety do takiej grupy sześcioosobowej na Grochowie. Mieszkanie na naukę udostępniał nieznany mi kolega. Zapoznaliśmy się dopiero wtedy, jak lekcje zaczęliśmy przyjmować. Wcześniej nikt o nikim nic nie wiedział, bo zapisywało się pojedynczo na takie komplety.

Ojciec zwolnił mnie ze wszystkich obowiązków domowych i w tym czasie miałem się poświęcać tylko nauce. Coś we mnie ojciec zobaczył.

Po tygodniu, dwóch w mieszkaniu, gdzie odbywały się lekcje jeden z kolegów podszedł do mnie na boku i takim trochę tajemniczym głosem zapytał mnie, czy nie wstąpiłbym do konspiracji.

PAP: Jak Pan na to zareagował?

Zygmunt Głuszek: Entuzjastycznie. Wiele się dowiadywałem o konspiracji, wiele już o niej czytałem, o różnych wydarzeniach, o poborze w całym kraju. W Warszawie ten pobór był bardzo widoczny.

To nas pociągało, bardzo pociągało. Oczywiście przystałem na tę propozycję. Jeszcze tego samego roku jesienią zapoznałem się z instruktorami, którzy działali już w Szarych Szeregach.

Szare Szeregi powstały jednocześnie z kapitulacją Warszawy w 1939 r., działały więc już trzy lata, ale nie wiadomo było jeszcze, jaką docelową strukturę przybiorą.

To byli starsi chłopcy, w liceum na ogół, albo już po liceum. Liceum im. Stefana Batorego to była taka nasza pokazowa szkoła Szarych Szeregów. Tam było wielu naszych bardzo bohaterskich chłopców – „Zośka”, „Rudy”, „Alek”.

Dokumentcja

PAP: Kim byli chłopcy z Szarych Szeregów? Jaka to była młodzież, z jakich środowisk się wywodziła?

Zygmunt Głuszek: Bardzo różna. W czasie okupacji nie było gimnazjów, bo Niemcy je skasowali, były tylko szkoły zawodowe, które przysposabiały młodych do pracy w różnych zawodach. Chodziłem na komplety, ale jednocześnie właśnie do takiej szkoły zawodowej, bo musiałem mieć dokumenty jakieś. Prawdę mówiąc traktowałem tę szkołę tylko jako wytłumaczenie, przed ewentualnymi wpadkami z  Niemcami. Wciągnęli mnie do niej instruktorzy Szarych Szeregów. Oni prowadzili tam lekcje, więc to nam ułatwiało jeszcze dodatkowe kontakty organizacyjne, konspiracyjne.

PAP: Czy mógłby Pan więcej opowiedzieć o swoich kolegach?

Zygmunt Głuszek: To byli koledzy z Grochowa oczywiście. Nas łączyła tylko nauka, kontaktów prywatnych nie mieliśmy. Od momentu kiedy ten kolega z naszego kompletu zaproponował mi wstąpienie do organizacji, to stał się dla mnie takim kontaktem. On mnie wciągnął do szerszego grona, do takiej grupy  harcerskiej, samodzielnie organizującej się na Woli, przy Towarowej i w Ogrodzie Jordanowskim.

Ogrody Jordanowskie były wykorzystywane przez nas, Zawiszaków (najmłodsza grupa Szarych Szeregów - chłopcy w wieku 12-14 lat – przyp. red.) w konspiracji. To były takie ogrody z dużym terenem i mogliśmy tam uprawiać sport i spotykać się.

Tam spotkałem Władka Ślesickiego, który był kierownikiem właśnie takiej grupy chłopców z różnych ulic, ale z mojego kompletu nikogo tam nie było.

PAP: Jaka atmosfera panowała w Szarych Szeregach?

Zygmunt Głuszek: To była fantastyczna atmosfera, która oczywiście tworzyła się z upływem czasu. Ja wstąpiłem do Szarych Szeregów jesienią 1942 r., po miesiącu byłem już zastępowym.

Zorganizowałem zastęp  sześciu - siedmiu chłopców jeszcze ze swojej szkoły powszechnej, bo tamtych kolegów pamiętałem, ale z kompletów nikogo nie wciągnąłem.

W grupie Władka było już około 15 chłopców i on był wciągnięty już w konspiracyjne harcerstwo. On sam z własnej inicjatywy organizował taką harcerską grupę, bo sam był przed wojną harcerzem.

PAP: Jaką grupą byli Zawiszacy? Czy byliście przygotowywani do powstania? Kiedy dowiedzieliście się, że może ono wybuchnąć, od kiedy była o tym mowa?

Zygmunt Głuszek: Bardzo wcześnie. Ja zrobiłem bardzo szybko „karierę” w Szarych Szeregach. Nami zaopiekował się instruktor Batorego – Tomasz Jaźwiński „Julek”. On we mnie zauważył dobrego kandydata na przywódcę, bo szybko zorganizowałem drużynę, to jest cztery-pięć zastępów.

Miałem dużo znajomych chłopców na Grochowie. „Julek” wtedy powiedział, że po wojnie musimy odzyskać ziemie, które bardzo dawno temu były polskie, tj. „Ziemie Zachodnie” i taką właśnie nazwę nadał hufcowi, który założył. My, byliśmy drużynowymi po kursie drużynowym. Ja w styczniu 1943 r. byłem już drużynowym.

PAP: Jak się przechodziło taki kurs?

Zygmunt Głuszek: Miałem szereg własnych inicjatyw. Pomyślałem sobie na przykład, że warto wydawać pismo drużyny, że warto byłoby zająć chłopców sportem. Szare Szeregi to była organizacja wychowawcza, oparta na zasadach ZHP. Bardzo propagowała braterstwo i służbę dla kraju. To były kierunki, które obowiązywały i funkcyjnych i chłopców, którzy wchodzili dopiero do harcerstwa.

To była atmosfera bardzo ciekawa, bo różne inicjatywy się rodziły i każdy kolega był wartościowy. Gotowi byliśmy dla tych kolegów wiele poświęcić. Taki klasyczny przykład to jest „Rudy” i „Alek” i Akcja pod Arsenałem, w której harcerze ratowali kolegę.

PAP: Czyli byliście gotowi narazić własne zdrowie i życie za kolegów?

Zygmunt Głuszek: Tak jest. To nas pociągało, bo normalna organizacja wojskowa nie pociągała nas. Mieliśmy wielkie uznanie dla wojska. Oczywiście oni walczyli, bili się, mieliśmy znajomych i bliskich, którzy byli na froncie, potem powrócili, ale co innego harcerstwo. Atmosfera u nas była bardziej wychowawcza.

Szare Szeregi to była organizacja wychowawcza, oparta na ZHP. Bardzo propagowała braterstwo i służbę dla kraju. To były kierunki, które obowiązywały i funkcyjnych i chłopców, którzy wchodzili dopiero do harcerstwa. To była atmosfera bardzo ciekawa, bo różne inicjatywy się rodziły i każdy kolega był wartościowy. Gotowi byliśmy dla tych kolegów wiele poświęcić. Taki klasyczny przykład to jest „Rudy” i „Alek” i Akcja pod Arsenałem, w której harcerze ratowali kolegę.

PAP: Jak wyglądały przygotowania do powstania?

Zygmunt Głuszek: Problem był bardzo złożony organizacyjnie. W pierwszej połowie 1943 r. wydany został rozkaz Stefana Roweckiego „Grota”, w którym znalazł się specjalny punkt o Szarych Szeregach. Zostało w nim zamieszczone takie zdanie: „Każdy członek Szarych Szeregów, bez względu na wiek, jeśli został przyjęty w struktury konspiracyjne, jest żołnierzem Armii Krajowej”.

PAP: To było bardzo nobilitujące dla Was?

Zygmunt Głuszek: O tak, ale wtedy jeszcze myśmy o tym nie wiedzieli. Bardzo mało ludzi o tym wiedziało i do tej pory nie wie, że taki był rozkaz.

PAP: Czy przeszliście  przeszkolenie wojskowe przed powstaniem?

Zygmunt Głuszek: Zbrojne nie. My do Szarych Szeregów wstąpiliśmy około listopada 1942 r. Wtedy odbyła się specjalna odprawa instruktorów harcerskich na Grochowie przy ul. Lubelskiej, gdzie została utworzona struktura Szarych Szeregów - podzielona na trzy grupy wiekowe.

Wtedy powstali Zawiszacy, czyli ten najmłodszy człon Szarych Szeregów, grupujący młodzież od 12-14 lat. Funkcyjni mogli mieć więcej lat oczywiście. Wobec tego w tym czasie, po wspomnianym rozkazie Roweckiego „Grota”, było wiadomo, że w przygotowaniu jest powszechne powstanie. W związku z tym zaczęło obowiązywać  szkolenie do służby pomocniczej w powstaniu, ale dla Zawiszaków bez broni.

PAP: Na czym polegało to szkolenie?

Zygmunt Głuszek: Służba pomocnicza polegała na wielu specjalnościach. Np. służba sanitarna to pomoc sanitariuszkom,  przenoszenie rannych. Służba łączności, w której łącznikami byli bardzo często młodzi chłopcy. Potem służba wartownicza. Służba obserwacyjna, żeby pewne ulice obserwować, np. ile samochodów niemieckich przejechało przez ten teren.

To były informacje przekazywane później do sztabu wojskowego.

Prowadziłem takie szkolenie swojej drużyny w terenie. Od Pragi Północ, kiedyś kończyła się tam granica Warszawy, szła szosa dalej do Radzymina, przez Strugę i Marki. Tam były lasy wzdłuż szosy, więc pomyślałem, że dobrze by było tam przeprowadzić zajęcia wojskowe, takie jak bieganie, chowanie się, musztra - padnij, powstań, sprawność obserwacyjna w tym terenie.

Organizowałem co niedzielę wypady do Strugi. To bardzo podobało się „Julkowi”, czyli komendantowi hufca i jego kolegom z komendy Zawiszy. Pewnego razu przyjechali ze mną na te ćwiczenia i zobaczyli, jak my to robimy. Mam nawet zdjęcia zachowane do dzisiaj z tych spotkań szkoleniowych.

Oni podjęli decyzję, że właśnie na tym terenie będą organizować ćwiczenia dla Zawiszaków z innych drużyn i innych hufców. Tym żyliśmy, przygotowaniami do powstania, aż do jego wybuchu.

W lipcu 1943 r. zacząłem organizować obozy, takie obozy harcerskie, jakie były przed wojną. Było to możliwe dzięki temu, że rodzice niektórych chłopców mieli majątki albo domy na wsi. Miałem takiego kolegę, którego ojciec wszystkich nas zawiózł samochodem na obóz. Tam również przyjechał komendant Zawiszaków, żeby zobaczyć pierwszy taki obóz zorganizowany w terenie.

Gdzieś koło lipca-sierpnia 1943 r., komendant naszego hufca „Julek”, otrzymał wyższą funkcję w Szarych Szeregach na terenie województwa mazowieckiego. On wytypował mnie, jako swojego następcę, na hufcowego. Byłem zaskoczony, bo z  pięciu drużynowych w tym hufcu, ja byłem najmłodszy.

 „Julek” wpadł w związku z tym w małe kłopoty. Gdy ogłosił, że ja obejmę funkcję hufcowego, to dwóch się oburzyło, bo oni byli starsi ode mnie o dwa lata. To była trudna sytuacja, również dla „Julka”. Ja przyjąłem oczywiście tę funkcję, ale tych dwóch drużynowych przeszło do innych hufców.

Dokumentacja

PAP: Gdzie Pana zastał wybuch powstania warszawskiego? Jak było z decyzją, że Zawiszacy mają się nie grupować?

Zygmunt Głuszek: Podjąłem decyzję, że ja nie uznaję tego rozkazu. Rzecz polegała na tym, że przygotowaniami do powstania kierowała główna kwatera Szarych Szeregów, czyli „Pasieka” ze Stanisławem Broniewskim „Orszą” na czele. Wiele różnych rozkazów, materiałów szkoleniowych, instrukcji wychodziło od najwyższego stopniem dowodzenia.

Druh Broniewski rządził, dowodził trzema członami - Grupami Szturmowymi, Bojowymi Szkołami i Zawiszą, którą się w zasadzie nie interesował. On wolał być bliżej starszych, którzy podejmowali już akcje bojowe, wykonywali wyroki na Niemcach. Zawiszakami jakoś mało się interesował, główna kwatera też się nie interesowała, a kierownictwo sprawowali młodsi instruktorzy, z Liceum Batorego i absolwenci innych szkół. Tych drużyn w Warszawie było bardzo dużo.

Druh Broniewski wydawał rozkazy okresowe, w których informował, jak przygotować się do powstania itd. My tym żyliśmy. To wszystko było nastawione na powstanie, ale czas mijał, myśmy się szkolili, poziom już osiągnęliśmy dobry i dla nas to była najważniejsza akcja jaką żyliśmy.

Jakieś 15 dni przed wybuchem powstania, rozkaz „Orszy” mówił o koncentracji Zawiszaków w poszczególnych blokach. Bloki to były struktury w poszczególnych dzielnicach na Mokotowie,  w Śródmieście, na Żoliborzu itd.

Gdzieś koło lipca-sierpnia 1943 r., komendant naszego hufca „Julek”, otrzymał wyższą funkcję w Szarych Szeregach na terenie województwa mazowieckiego. On wytypował mnie, jako swojego następcę, że ja będę hufcowym. Byłem zaskoczony, było nas pięć drużyn w tym hufcu, ja byłem najmłodszym drużynowym w tej grupie.

Każda dzielnica miała blok, który gromadził Zawiszaków i Bojowe Szkoły, które organizowały się w plutony łączności. Oni mieli nawiązać łączność z komendą danego obwodu. Nasze bloki, tak zostały zorganizowane, że pokrywały się z granicami poszczególnych obwodów w Warszawie. Bojowe Szkoły miały podjąć służbę w sztabie wojskowym, w łączności albo w ochronie sztabu. Zawiszacy mieli podjąć służbę pomocniczą. To było wszystko sukcesywnie podawane do wiadomości i rozszerzane. Jakieś 15 dni przed powstaniem pojawił się rozkaz o organizowaniu koncentracji, jak się koncentrować, gdzie, jak nawiązać łączność itd.

Na jakieś trzy, cztery dni przed Godziną „W” ukazuje się nowy jego rozkaz, który podaje, że Zawiszacy nie koncentrują się. Dopiero jak powstańcy zajmą dany teren, to wtedy Zawiszacy wejdą tam do służby.

PAP: Jak to odebraliście? To był zawód?

Zygmunt Głuszek: Ja nie mogłem w to uwierzyć. Miałem przygotowaną koncentrację, atmosfera była już absolutnie frontowa. Przez Warszawę przetaczały się oddziały rozbitych Niemców, dużo cywilów na wozach, na koniach. Krowy, kozy przy tych wozach szły itd. Wszystkie tereny były zajęte, główne ulice, zwłaszcza od Wawra, od Miłosnej, przez Aleję Waszyngtona, przez Most Poniatowskiego, Aleje Jerozolimskie i dalej się wycofywali.

Niemcy byli w odwrocie, a Godzina „W” już była wyznaczona. Ja już miałem przygotowany lokal, szkoły zawodowej, w której najwięcej Zawiszaków niby się uczyło, w Alejach Jerozolimskich, między Kruczą a Marszałkowską. Wszystko jest przygotowane, jedzenie, rodziny, które będą nam pomagały, jeszcze lokale dodatkowe.

Byłem wtedy w dobrych stosunkach z komendantem bloku, który był starszy ode mnie o kilka lat, i spojrzałem mu w oczy bo nie mogłem dojść do siebie, po tym jak przeczytałem rozkaz.  Mocno wzburzony  powiedziałam mu, że ja nie przyjmę  tego rozkazu. Nie mogę teraz chłopców odwołać, oni są już częściowo skoncentrowani. On tak spojrzał na mnie i nic nie powiedział. Milczeliśmy przez moment obaj, a kiedy ja już to pismo schowałem do kieszeni, powiedział: „Myślę, że dobrze zrobiłeś”.

On zginął 1 sierpnia. To było spotkanie decydujące o tym, że jestem już tylko sam. Odtąd nie miałem łączności z żadnym instruktorem Szarych Szeregów.

Mocno wzburzony  powiedziałam mu, że ja nie przyjmę  tego rozkazu. Nie mogę teraz chłopców odwołać, oni są już częściowo skoncentrowani. On tak spojrzał na mnie i nic nie powiedział. Milczeliśmy przez moment obaj, a kiedy ja już to pismo schowałem do kieszeni, powiedział: „Myślę, że dobrze zrobiłeś”.

PAP: Jak się Pan czuł z tą odpowiedzialnością?

Zygmunt Głuszek: Teraz zostałem sam i ja za wszystko odpowiadam, gdybym nawet nie chciał. Przecież nie mogę zostawić tych chłopaków. Jak? Jak można taki rozkaz wydać w momencie, kiedy już koncentracje trwają? Druh Broniewski, postanowił, nagle ni z tego ni z owego, wyprawić się na Stare Miasto, bo tam był dowódca AK Tadeusz „Bór” Komorowski. On się tam udał i wiedział, że nie będzie go tutaj w Śródmieściu i nie będzie kierował organizacją, w związku z czym powołał nową kwaterę główną Szarych Szeregów.

Broniewski wyprawił się na Stare Miasto, bo chciał pełnić służbę u dowódcy AK, jako oficer łącznikowy, ale gdy go dowódca nie przyjął, to postanowił powrócić. Tymczasem już ta nowa główna kwatera działała, a on sam został w Śródmieściu Północ, bo Aleje Jerozolimskie, podzieliły Śródmieście na Północ i na Południe. Nie miał czym kierować, bo przecież bataliony były na Woli, a potem wszystkie oddziały, czyli Bojowe Szkoły, a także Zawiszacy, byli zorganizowani wojskowo. A on z nimi kontaktu nie miał, bo jego tu nie było. Nawet przydziału nie miał, więc dopiero połączył się z tą nową główną kwaterą, we wrześniu, miesiąc po ogłoszeniu tego wszystkiego. Ale ta główna kwatera, według mnie, bardzo dobrze się spisała.

PAP: Przychodzi 1 sierpnia 1944 r., gdzie się Pan wtedy znajduje?

Zygmunt Głuszek: 1 sierpnia zastanawiałem się, jak ja mam się dowiedzieć o Godzinie „W”, bo jeszcze wtedy nie wiedziałem, kiedy to będzie. Czekałem ja i mój brat Roman, który był w „Parasolu”. My jesteśmy w domu, na Dobrowoja, gdzieś koło godz. 8-9 zjawia się jakaś dziewczyna i przynosi do brata informację.

On przyszedł potem do mnie do pokoju i mówi: „Słuchaj Godzina W dzisiaj o 17. Ja już wychodzę”. Teraz ja się zastanawiam, co tu zrobić, bo też muszę szybko wyjść, żeby zorganizować tych, którzy są już na kwaterze skoncentrowani i doprowadzić do niej pozostałych. Druga sprawa, to rodzina, matka. Straciła trzech synów, a teraz dwaj kolejni synowie idą do powstania.

PAP: Jak Pan to powiedział matce?

Zygmunt Głuszek: Niestety, nie mogłem nic wymyślić. Przeżywałem to ciężko, a ona nie wszystko wiedziała. Gdy jej powiedziałem, że wychodzę, to spytała: „Dlaczego tak wcześnie”, z taką zadumą. Ja jej odpowiedziałem: „Bo prawdopodobnie wybuchnie powstanie”. Jej usta się wykrzywiły zupełnie, spojrzała na mnie takim wzrokiem dziwnym bardzo i ja już nic, naprawdę nic, nie byłem w stanie powiedzieć, tyko wyszedłem. Ojciec też był wtedy w domu, ale milczał.

Dotarłem do Alei Waszyngtona na piechotę, bo tam nie było już wtedy żadnej komunikacji. Poszedłem piechotą, w tym tłoku, w tym tłumie. Bałem się, że Most Poniatowskiego jest już zamknięty, ale zdążyłem przejść i dotarłem do naszej kwatery w Alejach Jerozolimskich. Wszedłem do szkoły, na drugie, czy trzecie piętro, tam gdzie byli chłopcy i zaczęła się nasza służba.

Dzień wcześniej dowiedziałem się, że nowa główna kwatera Szarych Szeregów jest na ulicy Wilczej 44 i 1 sierpnia udałem się tam, żeby nawiązać kontakt. To byli dla mnie nowi ludzie. Czekałem w mieszkaniu, aż szef kwatery, Kazimierz Grenda „Granica” znajdzie dla mnie czas, bo tam przychodziło wtedy dużo ludzi.

Gdy zbliżało się pół do 17. powiedziałem mu, że mam skoncentrowany hufiec, niedaleko w Alejach, on oświadczył, że idzie ze mną, na moją kwaterę. Wyszliśmy na Marszałkowską, zobaczyliśmy pierwsze oddziały AK, z pistoletami maszynowymi. Oni jeszcze nie walczyli, przeskakiwali na pozycje, uzbrojeni, umundurowani nawet tak trochę, bo mundurów nie było wtedy, ale jakieś tam opaski mieli.

Szliśmy z „Granicą”, bo chcieliśmy dotrzeć do mojej kwatery, ale nie było łatwo. Niemcy strzelali, nie liczyli się z niczym, dlatego Poznańską szliśmy, a nie Marszałkowską. Przeskakiwaliśmy z bramy do bramy, oglądaliśmy teren, żeby nie wpaść pod lufy Niemców. Kiedy doszliśmy do rogu ulic Marszałkowskiej i Żulińskiego, Niemcy otworzyli ogień, bo tu gromada ludzi się skupiła w tym miejscu, co my.

Pociski uderzały po ścianach, rozrywały i wtedy druh „Granica” powiedział, że on wraca. Kazał mi się zameldować na Wilczej 44, jeżeli wszystko dojdzie do skutku. On wrócił, a ja musiałem dotrzeć na Aleje Jerozolimskie i dotarłem.

Następnego dnia zdobyłem karabin maszynowy.

PAP: Proszę o tym opowiedzieć. Jak to się stało?

Zygmunt Głuszek: Obserwowałem niemieckie oddziały, które przechodziły. Niby w umundurowaniu, ale mieli zawinięte rękawy, hełmy trochę pozsuwane z głowy, karabiny tak różnie trzymali, na szyi, albo na ramieniu. Szły tak całe grupy Niemców. Potem jakieś czołgi się przesuwały, tak jak to frontowe oddziały, w lekkim bałaganie. Doszło do tego, że jeden z oddziałów, zobaczył kawiarnię, naprzeciwko naszej szkoły. Był tam ogródek, stoliki, normalna kawiarnia uliczna. Niemcy, jak to zobaczyli, usiedli na tych stołkach w kawiarni, wyjęli jakieś jedzenie i picie i chcieli odpocząć trochę. Do nas wtedy dołączył oddział AK, który w ten teren wkroczył. Kiedy zobaczył tych Niemców, jak się goszczą, a karabiny stawiają sobie obok, to wtedy od razu oddział postanowił, że zaatakują tych Niemców.

Ten oddział najpierw z drugiego piętra otworzył ogień do tych Niemców w kawiarni, pozabijał dużo żołnierzy, co najmniej ze dwudziestu. Moim oczom ukazują się Niemcy i leżące obok nich, karabiny maszynowe, amunicja, a to było jak lekarstwo dla nas w powstaniu. Żołnierze nie mieli broni, ten oddział, który dołączył do nas, był bardzo słabo uzbrojony i nagle ma okazję zdobyć broń, więc to było niezwykłe. Ale dowódca wydał  rozkaz, że nie wolno wyskakiwać na ulicę, bo z Banku Gospodarstwa Krajowego jest prowadzony ostrzał i na pewno będą zastrzeleni.

Kalendarium

Ja nie należałem do tego oddziału, to pomyślałem sobie, że ja wyskoczę, a dlaczego nie? Zobaczyłem, że Niemiec leży na skraju chodnika i przykrywa ciałem karabin maszynowy i dwa pojemniki z amunicją. W pewnym momencie wykonuję skok, nie pytam nikogo o zgodę, żadnego dowódcy, wyskakuję, biegnę, biorę za karabin maszynowy, zrzucam to ciało Niemca z karabinu, złapałem dwa pojemniki z amunicją i przybiegłem z powrotem i przytoczyłem nienaruszone do naszego budynku.

To trwało wszystko z 2-3 minuty. Potem tamci żołnierze wpadli w amok, nagle wyskakuje jakiś żołnierz, bierze jakiś karabin i jak wskakuje do sklepu zostaje postrzelony. Dostaje serię, wpada mi w ręce po prostu. Dla mnie on się stał ważniejszy od mojego karabinu, który postawiłem sobie obok i patrzę, co to będzie z tym młodym chłopakiem. Zająłem się nim, sprawdzałem, czy jest mocno postrzelony, czy nie. Zobaczyłem, że nie żyje. W moich rękach skonał, przeżyłem to bardzo, odwracam się i chcę wziąć karabin, karabinu nie ma. Oddział odmaszerował i zabrał mój karabin.

Potem stwierdziłem, że nasza kwatera jest jednak niebezpieczna, bo wieczorem Niemcy weszli do tego naszego budynku w Alejach i rozglądali się co tu jest, więc było to realne niebezpieczeństwo. Zapytałem chłopaków ze Śródmieścia, gdzie tu jest jakiś budynek, który moglibyśmy zająć, a oni odparli, że na Hożej jest opuszczona szkoła. Zarządziłam wymarsz na Hożą 13 i tam  założyłem naszą główną kwaterę. Z tego miejsca dopiero, wszystkie akcje zorganizowane, prowadziłem, samodzielnie i stamtąd wyruszyłem już 7 sierpnia na Pragę.

Zobaczyłem, że Niemiec leży na skraju chodnika i przykrywa ciałem karabin maszynowy i dwa pojemniki z amunicją. W pewnym momencie wykonuję skok, nie pytam nikogo o zgodę, żadnego dowódcy, wyskakuję, biegnę, biorę za karabin maszynowy, zrzucam to ciało Niemca z karabinu, złapałem dwa pojemniki z amunicją i przybiegłem z powrotem i przytoczyłem nienaruszone do naszego budynku.

PAP: Za przepłynięcie Wisły z meldunkami do oddziałów AK na Pradze i powrót do Śródmieścia został Pan mianowany podharcmistrzem oraz odznaczony Krzyżem Walecznych. Proszę opowiedzieć o tym zadaniu.

Zygmunt Głuszek:  5 sierpnia szef kwatery głównej „Granica” wraz z pułkownikiem „Kalwinem” (Kazimierz Krzyżak - przyp. PAP) dowódcą wojskowym VII Obwodu Armii Krajowej, przychodzą do mnie na Hożą 13.

Ja oniemiałem, co się dzieje? Szef kwatery głównej przychodzi do mnie na kwaterę, niesamowite. Oni usiedli, spokojnie. Opanowanie. Odgrywali rolę, bardzo spokojnych, a ja raczej nie. Byłem bardzo zdenerwowany. „Granica” mówi do mnie,  że trzeba wykonać takie zadanie, bardzo odpowiedzialne. Mamy dopiero 5 sierpnia, a już dowództwo powstania wie, że nie osiągnęło celów, które powinny być opanowane. Sytuacja staje się coraz trudniejsza z każdym dniem, trzeba więc wysłać łączników z rozkazami do warszawskiego powiatu, żeby przybyli z pomocą do Warszawy, bo oni mają tam broń.

On mówi do mnie, że on nie rozkazuje, bo sytuacja jest taka , że on nie może mi rozkazać. To jest zadanie trochę beznadziejne, przedostać się przez Wisłę, przedostać się

Przez miejsca, gdzie są Niemcy, są już oddziały frontowe. Nie mogę Ci wydać rozkazu. Występuję do Ciebie – mówią – bo tylko do Ciebie mogę wystąpić, bo twoi chłopcy może tam dotrą.

PAP: Jak Pan zareagował? Jak Pan się czuł?

Zygmunt Głuszek: W tym momencie ja nie miałem jeszcze pełnej świadomości. Przecież trzeba przyjąć każde zadanie, które służy powstaniu w Warszawie. Jeśli jest taka pomoc potrzebna absolutnie nie mogę odmówić. Przyjąłem zadanie.

W związku z tym druh „Granica” powiedział, że jeśli będę wybierał poszczególne powiaty, cztery po jednej stronie Wisły i cztery po drugiej stronie Wisły, osiem w sumie, to muszę wysłać po dwóch chłopców, bo jeśli jeden nie dotrze, to żeby drugi dotarł przynajmniej.

Byłem bardzo zdenerwowany. „Granica” mówi do mnie, że trzeba wykonać takie zadanie, bardzo odpowiedzialne. Mamy dopiero 5 sierpnia, a już dowództwo powstania wie, że nie osiągnęło celów, które powinny być opanowane. Sytuacja staje się coraz trudniejsza, z każdym dniem, trzeba więc wysłać łączników z rozkazami do warszawskiego powiatu, żeby przybyli z pomocą do Warszawy, bo oni mają tam broń.

Zorganizowałem to tak, że zarządziłem zbiórkę i przedstawiłem chłopcom, jaka propozycja została mi złożona. Zapytałem, kto się zgłasza na ochotnika do podjęcia tego zadania. I zgłosiło się 16, czy nawet więcej jeszcze chłopców, ale oni nie zdawali sobie sprawy, co to znaczy.

Już po zakończeniu całej tej akcji okazało się, że zaledwie trzy osoby dotarły do celu i trzy osoby wróciło z powrotem. To nie znaczy, że oni zginęli, nie, tylko, że nie chcieli wracać, rodzina im nie dała wrócić.

Jednym z tych, któremu się udało, byłem ja.

Ja sobie tak pomyślałem, czy ja mam prawo wysyłać młodych chłopców na takie trudne zadanie i samemu się tego zadania nie podjąć? Chodziłem z tą sprawą w głowie przez cały dzień i całą noc. W końcu podjąłem zadanie pójścia na Pragę, mieszkałem na Grochowie, więc znam te tereny i punkt, gdzie miałem dotrzeć. To było za Gocławkiem.

Okazało się, że nie ma żadnych informacji o tym, jak wygląda sytuacja na mojej trasie - najpierw trzeba było pokonać Wisłę. Musiałem sobie sam to wymyśleć. Postanowiłem, że pójdę najpierw do Portu Czerniakowskiego.

7 sierpnia o godzinie mniej więcej 21. wyszedłem z „Jackiem”, chłopcem z mojej kwatery, który mieszkał na ulicy Grochowskiej. Zameldowałem się u dowódcy zgrupowania Śródmieście Południe, pułkownika Jana Szczurka-Cergowskiego „Sławbora”, któremu powiedziałem, że idziemy nad Wisłę z rozkazami od pułkownika „Kalwina” i żeby dali mi jakiegoś  łącznika, bo przejść ze Śródmieścia do Portu Czerniakowskiego nie było łatwo. Wszędzie były barykady i kontrole powstańcze, więc mogłem nie dojść z tych tylko  względów. Oni przydzielili mi łącznika.

Dotarliśmy do portu, gdzie był dom dwupiętrowy porucznika „Janusza” i jego oddziału, który pilnował, chronił Port Czerniakowski. Zameldowałem mu się, a on mówi: „Kto to wymyślił, żeby przedostać się przez Wisłę. Jeszcze nikt się nie przedostał”. Ale mnie to wcale nie zdemobilizowało. On był zaskoczony, ale jak ja nie ustąpiłem, to mi pomógł przedostać się na cypel.

Siedzieliśmy tam z „Jackiem” i jakiś czas i obserwowaliśmy reflektory z Mostu Poniatowskiego, które oświetlały Wisłę. Obliczyłem, że reflektory zapalają się i ich światła osiadają na Saskiej Kępie co dwie minuty. Potem od tego brzegu powoli, powoli systematycznie, dwa reflektory z początku mostu i z drugiego końca mostu, łączyły się tutaj i to było straszne światło. Przechodziły przez całą powierzchnię Wisły, aż do brzegu lewego i gasły.

Pomyślałem sobie, że trzeba zacząć przeprawę kajakiem, bo mamy siłę i przepłyniemy frontowy odcinek, jak najdłużej jak najwięcej, a później na tamtym kawałku gdzie już jest spokój, to już sobie damy rady. Niestety nie udało się. Zaczęliśmy sobie spokojnie, ale prąd w Wiśle był niezwykły i zniósł nas mocno, i choć pierwsze zapalenie reflektorów jakoś nas ominęło, ale drugie oświetlenie złapało nas. W świetle niebywałym dwóch reflektorów, mówię „Jackowi”, żeby się położył i ja się kładę w kajaczku, udajemy belkę nieruchomą, ale okazuje się, że reflektory nas nie puszczają, prowadzą nas pod mostem.

Krąży mi po głowie, co ja mam robić, a oni nie po to trzymają nas w oświetlenie, żeby przeprawić nas na drugą stronę, tylko czekają, kiedy będzie można nas zastrzelić z mostu, bo oni mieli tam karabiny maszynowe. W pewnym momencie mówię, że dalej już się nie możemy przesuwać, wyskakujemy i staramy się przepłynąć wpław. Wyskoczyliśmy z tego kajaczka i „Jacek” mi krzyknął tylko jeszcze: „Ja nie mogę płynąć”, więc ja mu powiedziałem, to wracaj na brzeg, a ja płynę na drugą stronę.

Dokumentacja

Zacząłem nurkować, bo ja bardzo dobrze pływałem. Udało mi się zmylić Niemców, że z reflektorów przez pewien czas wyskoczyłem, ale byłem już bardzo blisko mostu. Pomyślałem sobie, że jeśli dotrę do molo betonowego, to się uratuję, bo oni zaczęli strzelać wtedy. Kiedy stwierdziłem, że mam już wodę tylko do pasa, przestałem się ukrywać i zacząłem biec przez wodę, aby dostać się na drugą stronę. Udało się. Dobiegłem, a oni mnie nie trafili. Co to za żołnierze, to trwało chyba z 10 minut. Przecież to kawał drogi był, ale od razu zerwałem się, bo oni mogli zejść z mostu po schodach i mnie przejąć. Co ja bym zrobił wtedy? Brzeg był porośnięty taką wikliną, wskoczyłem w te krzaki i zacząłem biec w górę rzeki, schowałem meldunki. Dobiegłem aż do miejsca naprzeciwko przystani, do ulicy Zwycięzców i nie spotykam nikogo. Wał Miedzeszyński jest kompletnie pusty. Żadnego samochodu, żadnego człowieka.

Zacząłem nurkować, bo ja bardzo dobrze pływałem. Udało mi się zmylić Niemców, że z reflektorów przez pewien czas wyskoczyłem, ale byłem już bardzo blisko mostu. Pomyślałem sobie, że jeśli dotrę do molo betonowego, to się uratuję, bo oni zaczęli strzelać wtedy. Kiedy stwierdziłem, że mam już wodę tylko do pasa, przestałem się ukrywać i zacząłem biec przez wodę, aby dostać się na drugą stronę. Udało się. Dobiegłem, a oni mnie nie trafili.

Przebiegam przez Wał, idę środkiem ulicy i zastanawiam, czy tu są powstańcy, czy Niemcy. Nie wiem, więc wyjąłem legitymacje AK-owską, trzymam ja w sposób widoczny w ręce i idę środkiem ulicy, rozglądając się, żeby nie dać się zaskoczyć. Dopiero kiedy dochodziłem do ulicy Francuskiej, z parteru, z domu, ktoś tam krzyknął „Kto tam idzie?”. Odpowiedziałem, że łącznik zza Wisły, i ten ktoś do mnie mówi: „chodź tutaj”. Ja podszedłem do tego okna na parterze i zostałem  wciągnięty do tego mieszkanie i słyszę: „Co ty wyprawiasz, przecież tutaj są Niemcy”. Dowiedziałem się wtedy, że na Saskiej Kępie wywożą ludzi codziennie. Atakują, strzelają, nie pytają o nic. Cały Park Skaryszewski zapełniony czołgami.

Wszystko Niemcy opanowali. Jak oni mi wytłumaczyli jaka jest sytuacja, to przenocowali mnie i dali mi cywilne ubranie. Zdecydowałem, że muszę ruszyć Wałem Miedzeszyńskim, aż do Gocławia.

Oczywiście najpierw chciałem pójść do domu, do matki i dowiedzieć się, co tu się w ogóle dzieje. Czy są Niemcy, czy nie ma. Jak wygląda sytuacja. Udało mi się dotrzeć ulicą Grenadierów, potem Siennicką do Dobrowoja i wszedłem do domu.

Więc 8 sierpnia rano jestem na ulicy Dobrowoja i witam się z matką, która omal nie zemdlała, a ojciec w ogóle stoi jak wryty.

Zbiegli się sąsiedzi, zbiegły się matki, których synowie również byli w powstaniu. Pytają, czy ich nie widziałem? To wszystko było trochę radosnym i trochę smutnym przeżyciem, bo sytuacja była beznadziejna. Tu zaraz Niemcy będą, a ja muszę już wychodzić i wypełnić swoje zadanie.

Znałem adres jednego z instruktorów, komendanta „Roju”, Leszka Skalskiego i dotarłem do niego. On powiedział, że zaprowadzi mnie do tego miejsca, do którego muszę dostarczyć meldunek. Przyszliśmy na miejsce, ale nie zastałem tego człowieka, tylko jego żonę, więc musiałem jej zostawić meldunki.

Udałem się w drogę powrotną do domu. Musiałem wracać. To był dla mnie najbardziej dramatyczny chyba czas, kiedy powiedziałem matce, że ja wracam, a z podwórka można było obserwować wielką panoramę czarnego dymu nad miastem, nad Wolą. Wola płonęła. Straszliwy obraz. Ja mówię matce, że ja już wychodzę, a ona przerażona  niemal zemdlała. W każdym razie nie miałem innego wyjścia, jak zrobić to, co przed ośmioma dniami. Po prostu wyszedłem, tylko tak mogłem postąpić.

Wróciłem na drugą stronę Wisły dość swobodnie. Zameldowałem wszędzie swoje przybycie, wszyscy byli zdumieni. Zwyczajnie nie wierzyli, że to możliwe. Wróciłem 11 sierpnia do swojej kwatery i tak się zakończyła ta moja przygoda, za którą zostałem odznaczony Krzyżem Walecznych.

Druh Broniewski, gdy dowiedział się o mojej akcji, to 20 sierpnia mianował mnie podharcmistrzem, co oznaczało, że jestem najmłodszym podharcmistrzem Szarych Szeregów w całym kraju. Mieć 16 lat i być podharcmistrzem to sobie trudno to wyobrazić.

Udałem się w drogę powrotną do domu. Musiałem wracać. To był dla mnie najbardziej dramatyczny chyba czas, kiedy powiedziałem matce, że ja wracam, a z podwórka można było obserwować wielką panoramę czarnego dymu nad miastem, nad Wolą. Wola płonęła. Straszliwy obraz. Ja mówię matce, że ja już wychodzę, a ona niemal nie zemdlała
i była przerażona.

PAP: Był Pan również zaangażowany w tworzenie Harcerskiej Poczty Polowej?

Zygmunt Głuszek: 2 sierpnia przyszedł do mnie druh „Granica” i powiedział, że musimy zorganizować harcerską pocztę, ponieważ ludzie nie mają dostępu do listów. Listy przychodzą, albo nie przychodzą i ludzie nie wiedzą, co się dzieje z ich bliskimi. I tak zostałem włączony do zespołu organizacyjnego Harcerskiej Poczty Polowej. Trzeba było zebrać jak najwięcej skrzynek pocztowych. Ja miałem organizować służbę i kursy listonoszy – gdzie mają się udawać, jak odbierać pocztę, skąd wziąć torby. Takie techniczne, pomocnicze obowiązki.

PAP: Co Pan dziś sądzi o decyzji wybuchu powstania w Warszawie?

Zygmunt Głuszek: Ja rozważam to w dwóch kategoriach. Czy musiało powstanie wybuchnąć? To jest dyskusyjne. Nie w takich sytuacjach różni generałowie, w różnych bitwach na całym świecie, na pierwszym planie stawiali życie ludzi. Pamiętajmy, że w powstaniu 180 tys. ludzi ginie nie wiadomo dlaczego, są zamordowani, a do tego przyczynili się polscy dowódcy.

To powstanie nie miało żadnych szans na sukces, nie mogło poprawić sytuacji w jakiej była Armia Krajowa i cały kraj w tamtym czasie. Tak też się stało zresztą. Bo co sprawiło powstanie, oprócz szkód, zniszczenia całej stolicy?

Ale z drugiej strony uważam, że był to niezwykły wyraz bohaterstwa i poświęcenia polskiej młodzieży. Ja byłem blisko tych ludzi, tych kolegów, starszych ode mnie, ale kolegów. Wiemy jakich oni bohaterskich czynów dokonywali i przed powstaniem i w czasie powstania. Jak oni starali się walczyć o kraj.

Ja te dwa argumenty zawsze łączę i zawsze twierdzę, że nie można opierać się tylko na jednym. Nie można mówić, że powstanie było zbrodnią, bo i tak piszą. Kto wie, co by uczyniła polska młodzież, gdyby jednak to się przeciągnęło jeszcze kilka dni? Nie wiadomo. To są bardzo skomplikowane problemy - umysłowe, uczuciowe, honorowe w dużym stopniu i to wszystko zostało wyzwolone. Młodzież polska takiego egzaminu już nie będzie miała okazji zdać, jestem pewien.

To powstanie nie miało żadnych szans na sukces, nie mogło poprawić sytuacji w jakiej była Armia Krajowa i cały kraj w tamtym czasie. Tak też się stało zresztą. Bo co sprawiło powstanie, oprócz szkód, zniszczenia całej stolicy? Ale z drugiej strony uważam, że był to niezwykły wyraz bohaterstwa i poświęcenia polskiej młodzieży. Ja byłem blisko tych ludzi, tych kolegów, starszych ode mnie, ale kolegów. Wiemy jakich oni bohaterskich czynów dokonywali i przed powstaniem i w czasie powstania.

PAP: Jakie nastroje panowały wtedy wśród młodych ludzi?  Wierzyliście w sukces powstania?

Zygmunt Głuszek: My, młodzi Zawiszacy, oczywiście, że wierzyliśmy w sukces. Jak dowódcy decydują się rozpocząć powstanie, a o tym była mowa u nas już od dwóch lat, a w wojsku to było dłużej, to przecież wiedzą chyba, że to będzie sukces. Rosjanie są już blisko, więc nawet, jak nie chcą, to muszą wyzwolić Warszawę, bo chcą dostać się do Berlina. Tak sobie to tłumaczyliśmy. Okazało się, że Stalina stać było na to, żeby zatrzymać swoje wojska, żeby poczekać ten miesiąc, czy dwa i zniszczyć Armię Krajową. Chciał opanować Polskę, a łatwiej mu ją było opanować, po zniszczeniu AK.

Wywiad

PAP: Czy pamięć o powstaniu warszawskim daje siłę, czy jest raczej traumą, która paraliżuje?

Zygmunt Głuszek: Nie, siły nie może dać. Gdzie tam jest miejsce na siłę? Jeżeli jest jakiś pozytywny element, to tylko to poświęcenie i bohaterstwo tej młodzieży, że zdobyła się na taki niebywały wyczyn. Warszawiacy też zdali egzamin, bo jednak wytrwali w takich tragicznych, śmiertelnych sytuacjach. To był jeden wielki cmentarz, tutaj codziennie ginęły dziesiątki, setki ludzi.

Ludzie, którzy urodzili się już po powstaniu warszawskim, organizują się w różne grupy rekonstrukcyjne, które odtwarzają te dawne wydarzenia. Ja nie mogę na te pokazy patrzeć, bo to nie jest w najmniejszym stopniu, to co było.

Każda akcja, każde wydarzenie, miało swoją atmosferę.

To byli przecież ludzie, którzy mieli swój rozum, swoje myśli, swoje emocje i oni patrzą na taką rekonstrukcję, martwą przecież, sztuczną…

Te grupy naśladują tych, którzy wtedy rzeczywiście byli bohaterami i stworzyli legendę. Mnie się to nie podoba.

PAP: Co Pan czuje myśląc o Warszawie? Czy utożsamia się Pan szczególnie z tym miastem, jako uczestnik powstania?

Zygmunt Głuszek: Jednak tak. Ja uważam powstanie za wielki fragment mojego życiorysu. Dla mnie Warszawa to jest miejsce, jakiego innego, dla mnie nie ma. Miałem dziesiątki propozycji przedostania się na Zachód, gdy była tamta władza jeszcze. Miałem propozycje dużych zarobków. Na nic się nie zgodziłem.

PAP: Pana wspomnienia, związane ze stolicą, mają bardziej pozytywny czy negatywny charakter?

Zygmunt Głuszek: Ja uważam, że pozytywny. Wszystko, co się tam wtedy robiło, wymagało poświęcenia i jakiegoś takiego potraktowania po ludzku wszystkiego. Po ludzku, ale koniecznie pomóc. Koniecznie pomóc. Ja w ogóle mam taki charakter, że wolę dla kogoś coś zrobić niż dla siebie.

To powstanie nie miało żadnych szans na sukces, nie mogło poprawić sytuacji w jakiej była Armia Krajowa i cały kraj w tamtym czasie. Tak też się stało zresztą. Bo co sprawiło powstanie, oprócz szkód, zniszczenia całej stolicy? Ale z drugiej strony uważam, że był to niezwykły wyraz bohaterstwa i poświęcenia polskiej młodzieży.

PAP: Wydaje mi się, że taka postawa była znamienna dla pokolenia powstańców.

Zygmunt Głuszek: Tak. Ja jestem pewien, że mnie ukształtowały Szare Szeregi. Ta grupa instruktorów, ale nie ta z głównej kwatery, tylko ta grupa, która tworzyła komendę Zawiszaków.

To była grupa około 10 młodych instruktorów, zaledwie po maturze, którzy byli niezwykle, nie tylko że odważni, bohaterscy, ale mieli dobrze wszystko w głowie ułożone. Atmosferę mieliśmy w czasie konspiracji niezwykle przyjemną, chętnie się szło na to wszystko.

Rozmawiała Katarzyna Krzykowska (PAP)

*        *         *

Zygmunt Głuszek "Victor" - członek Szarych Szeregów, uczestnik powstania warszawskiego, współtwórca Harcerskiej Poczty Polowej, za przepłynięcie Wisły z meldunkami do oddziałów AK na Pradze i powrót do Śródmieścia mianowany podharcmistrzem w wieku 16 lat oraz odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wojnie wieloletni dziennikarz. Pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Przeglądzie Sportowym”. W latach 1971-1981 był redaktorem naczelnym miesięcznika „Lekkoatletyka”.

Autor książek „Hej, chłopcy... Zawiszacy z Szarych Szeregów”, „Hej, chłopcy...Harcerze Szarych Szeregów w Powstaniu Warszawskim” oraz Słownika Biograficznego Szarych Szeregów.

Jego trzej bracia stracili życie w czasie II wojny światowej: Mieczysław (1920-1943) zginął w obozie na Majdanku; Henryk (1924-1943) zmarł po śledztwie w radomskim Gestapo; Roman (1926-1944) „Kaczor”, „Gąsior” żołnierz 3. kompanii batalionu „Parasol”, poległ 12.08.1944 na Starym Mieście. Najstarszy z braci Ryszard (1918-1976) był więźniem KL Stutthof.

ksi/mjs/ls

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL